"Podróżnicy mówią, że nie ma nic jaśniejszego na twarzy Ziemi niż Kair (...)

Ten, który nie widział Kairu, nie widział świata. Jego kurz jest jak złoto, jego Nil jest jak cud, jego kobiety są jak czarnookie niewiasty z raju, jego domy są jak pałace (...)

I jakże mogłoby być inaczej, skoro Kair jest Matką Świata?"

(opowieść żydowskiego lekarza)

13 czerwca 2011

Muzułmanie atakują chrześcijan

14 maja 2011; godzina 21:30

No i stało się... wczoraj młodzi Kairczycy zorganizowali pokojową demonstrację, aby pokazać całemu światu, że konflikt pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami nie istnieje. A dzisiaj w centrum stolicy kraju faraonów doszło do zamieszek na tle religijnym. Jak podaje strona arabia.msn.com rannych zostało 51 osób. Zamieszki wybuchły w pobliżu budynku telewizji,  gdzie od tygodnia młodzi Koptowie protestowali przeciw agresji wywołanej różnicami religijnymi. A wszystko zaczęło się 7 maja 2011 w Imbabie (dzielnicy Kairu), gdzie doszło do zamieszek pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami, w wyniku których zginęło 15 osób.  Powodem, dla którego muzułmanie zaatakowali chrześcijan przed tygodniem było uwięzienie młodej Koptyjki, która postanowiła zmienić religię na islam i opuścić swojego męża. Chrześcijanie nie zaakceptowali decyzji młodej kobiety i nie pozwolili jej odejść. W jej obronie wystąpili muzułmanie i zaatakowali chrześcijan. W efekcie końcowym spalono dwa kościoły, zginęło 8 muzułmanów i 7 chrześcijan.
Po wydarzeniach jakie miały miejsce tydzień temu w Imbabie, młodzi Koptowie protestowali pod budynkiem telewizji w obronie wolności religijnej. Dzisiaj doszło do kolejnych zamieszek na tle religijnym...

Przeprosiny...

Z powodów osobistych nie miałam ani czasu ani natchnienia, żeby coś napisać i wrzucić na bloga, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. Obiecuję nadrobić zaległości i opisać wszystkie wydarzenia, których byłam świadkiem przez ostatni miesiąc.

1 czerwca 2011

Piątek trzynastego, czyli protesty w centrum Kairu

13 maja 2011; godzina 20:00

I znowu było słychać strzały w centrum Kairu – wojsko strzelało w powietrze, aby rozpędzić demonstrantów. Dzisiaj protestowali pod ambasadą Izraela i domagali się zerwania wszelkich stosunków z tym krajem.

Ale nie była to jedyna demonstracja, jak odbyła się dzisiaj w centrum Kairu. Młodzi mieszkańcy stolicy Egiptu zorganizowali pokojową demonstrację, aby pokazać całemu światu, że konflikt pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami nie istnieje, a agresja pomiędzy wyznawcami obu religii jest sztucznie podsycana przez międzynarodowych dziennikarzy. Szkoda tylko, że światowe media nawet nie zauważyły tej demonstracji i nie zrozumiały przesłania młodych Kairczyków. 

Rejs feluką

12 maja 2011; godzina 23:00

Właśnie wróciłam do hotelu. Razem z grupą przyjaciół postanowiliśmy spędzić początek weekendu na Nilu – wynajęliśmy felukę (tradycyjną egipską żaglówkę używaną już od czasów starożytnych) i żeglowaliśmy.
Życie w Kairze, szczególnie o tej porze dnia i szczególnie o tej porze roku, kiedy dni stają się coraz bardziej upalne, toczy się właśnie nad rzeką. Nil spełnia bardzo ważną rolę w kształtowaniu życia towarzyskiego oraz w kształtowaniu relacji międzyludzkich. Jest to miejsce, gdzie spotykają się całe rodziny, przyjaciele, ale także turyści. Jest to miejsce, gdzie znikają wszelkie granice pomiędzy mieszkańcami Kairu, a turystami, granice pomiędzy biednymi a bogatymi. Wszyscy jednakowo kochają Nil. I nie ma chyba w tym mieście nic bardziej niezwykłego niż późno wieczorny, a nawet nocny, spacer właśnie nad Nilem.
Trzeba przyznać, że Egipcjanie, a w szczególności mieszkańcy Kairu, doskonale wiedzą w jaki sposób wykorzystać to, czym obdarzyła ich natura – swoje położenie geograficzne (w odróżnieniu od kilku miast w Polsce, które zupełnie nie zauważają swoich rzek i zupełnie nie wiedzą jak je wykorzystać, choćby w celach turystycznych, promocyjnych, czy towarzyskich).
Po Nilu pływają leniwe, ale też wzbudzające respekt, feluki, które są doskonałym miejscem do prowadzenia głębokich rozmyślań. Pływają też kolorowo oświetlone małe stateczki wycieczkowe, z których rozbrzmiewa głośna orientalna muzyka. Te drugie są w większości wypełnione turystami z całego świata, którzy zachęcani przez sternika tańczą, śpiewają i próbują cieszyć się ulotną chwilą. 
Ale po wodach Nilu pływa również wzbudzający zachwyt Maxim - największy i najbardziej ekskluzywny statek - restauracja w Kairze, należący do hotelu Mariott. Rejs połączony z kolacją i pokazem tańca brzucha kosztuje kilkaset egipskich funtów, co sprawia, że większość mieszkańców Egiptu może tylko z zazdrością spoglądać na zamożnych turystów znajdujących się na pokładzie „perły kairskiego odcinka Nilu”. 
feluka na Nilu
"przystań" z felukami na Nilu w Kairze
kolorowo oświetlone stateczki wycieczkowe w Kairze

24 maja 2011

Truskawki

12 maja 2011; godzina 13:30
Jak wiadomo polskie truskawki są najlepsze i najbardziej truskawkowe na świecie. Można spokojnie zamknąć oczy i być pewnym, że je się właśnie truskawkę. Żadne inne truskawki nie pachną truskawkami i żadne inne nie smakują jak truskawki. Te sprowadzane z Hiszpanii kuszą klientów swoim wyglądem – są zawsze duże i intensywnie czerwone, ale niestety smakują jak woda i są całkowicie pozbawione zapachu. Tutaj w Kairze też są truskawki – duże i czerwone. Kuszą mnie już od trzech tygodni... i kuszą coraz bardziej. Jest połowa maja i muszę przyznać, że jedną z niewielu rzeczy, za którymi tęsknię, są właśnie truskawki. Tak więc prawie codziennie robiąc zakupy lub spacerując ulicami dzielnicy Downtown, mijam stragan z czerwonymi truskawkami i walczę sama z sobą, żeby ich nie kupić. Nie chcę się rozczarować, jak to robiłam wcześniej kupując równie duże i równie czerwone truskawki hiszpańskie. W końcu polskie są najlepsze.
Ale dzisiaj nie wytrzymałam. Mijając po raz kolejny stragan z owocami, zaryzykowałam. Nie kosztowały dużo, bo 6 LE za pół kilograma (czyli około 3zł), więc nawet gdyby się okazało, że smakują jak woda, nie straciłabym majątku. Wyglądały naprawdę „smakowicie” – ułożone równiutko na styropianowej tacce i owinięte przeźroczystą folią spożywczą. Kupiłam... wróciłam do domu, odpakowałam moje truskawki i od razu poczułam, że trzymam w rękach truskawki. Truskawki pachnące truskawkami... pozostała mi do rozwiązania kwestia smaku. Umyłam, jak nakazują wszystkie przewodniki po Egipcie, i ... odkryłam, że truskawki w Egipcie mają nie tylko zapach truskawek, ale także smak truskawek, zupełnie taki sam, jaki znam z Polski. Nie wiem tylko, czy truskawki, które można kupić w Kairze są egipskimi truskawkami, czy może pochodzą z importu. Ale jedno jest najważniejsze – nie zawiodłam się i wiem, że egipskie truskawki można swobodnie jeść z zamkniętymi oczami. I co ciekawsze, Egipcjanie jedzą truskawki posypane cukrem – zupełnie jak w moim rodzinnym domu oddalonym o 3000 kilometrów. 

21 maja 2011

Rewolucja, trzy miesiące później...

11 maja 2011; godzina 18:30 
Od ustąpienia prezydenta Hosni Mubaraka ze stanowiska prezydenta Egiptu mijają dokładnie trzy miesiące. Czy, zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa, coś się zmieniło w życiu Egipcjan? Chyba jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek zmiany... niestety, życie wciąż nie jest takie, jak było przed Rewolucją. Nadal o czwartej nad ranem Kair pogrążony jest w głębokim śnie. Niestety, na ulicach nie jest już tak bezpiecznie, jak jeszcze cztery miesiące temu (nie dotyczy to turystów, bo Ci nadal, a może szczególne teraz, traktowani są z ogromnym szacunkiem i mogą naprawdę czuć się bezpiecznie). Poza tym w całym mieście można wyczuć nastrój wyczekiwania na to, co się wydarzy jutro, za tydzień, za miesiąc, a przede wszystkim we wrześniu. A tego tak naprawdę nikt nie jest w stanie przewidzieć. Mam tylko nadzieję, że znów będę mogła o trzeciej nad ranem pójść do piekarni po świeże ciastka, a potem jeszcze na nocny spacer nad Nilem. Tylko kiedy to nastąpi? Odpowiedzi brak...




11 maja 2011

Miłość w kulturze islamu

9 maja 2011; godzina 01:20 
Tak się czasem rozglądam wokół siebie i zastanawiam się dlaczego prawie wszyscy moi egipscy znajomi nadal są singlami. Większość z nich ma po 27-28 lat i nadal pozostają stanu wolnego. Nie mówię, że wszyscy, ale duża część z nich. Otóż małżeństwo, a przynajmniej wybór odpowiedniej kandydatki na żonę lub kandydata na męża, stanowi nie lada wyzwanie i nie ma nic wspólnego z miłością. Mam wrażenie, że miłość w kulturze islamu mogłaby w ogóle nie istnieć, bo najczęściej jest ona przyczyną cierpienia, smutku, łez i rzadko kiedy ma coś wspólnego ze szczęściem. Oto kilka przykładów: ( ze względu na ochronę prywatności moich przyjaciół nie podaję imion)
A.  – kilka lat temu zakochany po uszy w młodej, ładnej i wrażliwej Egipcjance. Byli ze sobą około roku...potem doszło do spotkania wybranki z mamą i...związek się zakończył. Mama nie zaakceptowała wyboru swojego syna, uznając, że dziewczyna nie jest najlepszą kandydatką na żonę. Były łzy, był smutek i bolesne dla obu stron rozstanie.
N. – zakochany po uszy w równie młodej, sympatycznej i ładnej Egipcjance. Byli szczęśliwi do czasu spotkania mojego przyjaciela z ojcem dziewczyny. Okazało się bowiem, iż mój przyjaciel nie był w stanie kupić mieszkania, a jedynie płacić za wynajem do czasu uzbierania odpowiedniej kwoty na zakup nowego. Związek musiał się zakończyć, gdyż ojciec dziewczyny powiedział stanowcze „nie”. I znowu łzy, smutek, bolesne rozstanie.
M. – młoda, niezwykle sympatyczna młoda Egipcjanka... zakochana w swoim bliskim przyjacielu ze wzajemnością. Ale niestety on musiał zaręczyć się z inną... próbują się przyjaźnić, ale kiedy się kocha, przyjaźń staje się niemożliwa. I znowu łzy i ból.
S. – przeurocza, przesympatyczna i niezwykle ładna dziewczyna. Była w związku z młodym Amerykaninem...nie wiem, czy była to tylko bardzo bliska przyjaźń, czy oficjalny związek dwojga młodych ludzi, ale na pewno było między nimi głębsze uczucie. Niestety, on okazał się nieodpowiednim kandydatem na męża (ze względu na swój status materialny, gdyż dziewczyna pochodzi z dość zamożnej rodziny). Zaręczyła się z bogatym Egipcjaninem... usłyszałam tylko jak młody chłopak powiedział do S. – „nie jestem szczęśliwy, że się zaręczyłaś, ale cieszę się, że przynajmniej on jest bogaty”. Ale oboje mają jakiś ukryty głęboko smutek w oczach...
Historii takich, jak te jest dużo więcej... ja przytoczyłam tylko kilka z nich, dotyczących moich najbliższych przyjaciół. We wszystkich przypadkach miłość schodzi na dalszy plan i przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Ważniejsze stają się pieniądze, mieszkanie, status społeczny, wykształcenie i opinia matki. Dla człowieka Zachodu, dla którego to właśnie miłość ma decydujące znaczenie przy wyborze kandydata na męża, czy też przy wyborze kandydatki na żonę, jest to sytuacja bardzo trudna do zrozumienia. Ale muzułmanie wierzą, że miłość przyjdzie z czasem, że kiedy się z kimś przebywa przez dłuższy okres, to z czasem zrodzi się głębsze uczucie. Co ja o tym myślę? No cóż, po latach może się pojawić w związku przywiązanie do partnera lub nawet uzależnienie. Może pojawić się przyjaźń, ale w miłość rodzącą się pięć albo dziesięć lat po ślubie to nie wierzę. Jeżeli nie ma miłości od początku trwania związku, to w moim przekonaniu, nie będzie jej już nigdy. Pozostaje zaprzyjaźnić się z własną żoną, czy mężem i czekać przez całe życie na pojawienie się miłości, która nigdy nie nadejdzie...

8 maja 2011

Ablucja a prysznic...

06 maja 2011; godzina 11:30 
Życie każdej jednostki składa się z pewnych powtarzalnych rytuałów – i tak każdy mój dzień zaczyna się tak samo. Wstaję pomiędzy 10 a 11, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym zrywać się z łóżka o ósmej rano. W końcu zdarza mi się położyć spać o szóstej czy siódmej nas ranem ... a że charakter mojej pracy nie wymaga ode mnie wstawania wcześnie rano i pędzenia przez miasto do biura...wstaję, jak się wyśpię. Po zjedzeniu śniadania i wypiciu porannej kawy nadchodzi czas na poranny prysznic. Tak się złożyło, że dzisiaj pora na prysznic nadeszła około godziny 11:30. Udałam się do łazienki i dokonałam dość niemiłego odkrycia...w kranie zabrakło wody. Myślałam, że to jakiś przejściowy problem, ale kiedy po pięciu minutach w moim kranie nadal było tylko powietrze, postanowiłam zapytać w recepcji o przyczynę takiego stanu rzeczy. I usłyszałam, że jest piątek, niecałe pół godziny przed modlitwą, więc wszyscy mieszkańcy kamienicy, w której znajduje się hotel, właśnie teraz zużywają wodę w celu dokonania ablucji. Muszę poczekać około pół godziny i woda w moim kranie na pewno się pojawi. Nie pozostało mi nic innego, jak czekać...jedno muszę przyznać, po pół godzinie, woda rzeczywiście się pojawiła.
A czym jest ablucja?

Ablucja – wudu (czyt. łudu) jest to rytualne obmycie ciała przed każdą modlitwą; zarówno przed najważniejszą modlitwą odbywającą się w piątek, jak i jedną z pięciu codziennych modlitw. Przed każdą z nich obowiązkiem każdego muzułmanina, który ma dostęp do wody jest dokonanie ablucji – oczyszczenia. ( w przypadku braku dostępu do wody ablucję można wykonać za pomocą piasku):

"O wy którzy wierzycie! Kiedy stajecie do modlitwy, to obmywajcie wasze Twarze i ręce aż do łokci; przetrzyjcie lekko wasze głowy, a nogi myjcie - aż do kostek."

(Koran, 5:6)
Rytualne obmycie ciała:
-         trzykrotne umycie dłoni do nadgarstków;
-         trzykrotne przepłukanie ust;
-         trzykrotne przepłukanie nosa;
-         trzykrotne przemycie całej twarzy;
-         trzykrotne mycie rąk aż do łokci;
-         zwilżenie głowy od czoła do czubka głowy;
-         przemycie uszu zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz;
-         trzykrotne umycie nóg aż do kostek.
Dodatkowo przed modlitwą w piątek każdy muzułmanin powinien wykonać gusl, czyli obmycie całego ciała, aby przystępować do modlitwy w stanie jak najbardziej oczyszczonym.

7 maja 2011

Zmiany czasu nie będzie...

01 maja 2011; godzina 12:00

Egipt, podobnie jak Polska, posługiwał się czasem zimowym (+1:00 GMT) oraz czasem letnim (+2:00 GMT). Zmiana czasu z zimowego na letni następowała w noc poprzedzającą dzień 1 maja – Święto Pracy, a więc dla większości Egipcjan dzień wolny od pracy. W tym roku jednak zmiana czasu nie nastąpiła. Siły Zbrojne, które po ustąpienia prezydenta Hosni Mubaraka przejęły władzę w tym państwie, postanowiły, że Egipt będzie posługiwał się tylko i wyłącznie czasem zimowym. Jako uzasadnienie podano, iż ma to związek z Ramadanem, który w tym roku przypada na pełnię lata, czyli miesiąc sierpień. Rok wcześniej w związku z ramadanem zmieniano czas z letniego na zimowy (na czas ramadanu, którego początek przypadał na połowę sierpnia), a po zakończeniu miesiąca postu powrócono na kilka tygodni do czasu letniego. Tym samym wprowadzono ogólny chaos oraz „rozstrojenie czasowe” mieszkańców Egiptu. Bo ileż to razy można zmieniać czas w przeciągu kilku miesięcy?! Decyzję o tym, iż w tym roku zmiany czasu nie będzie, przyjęliśmy więc z ulgą i zadowoleniem. 

6 maja 2011

Sham el Nessim, czyli święto wiosny

25 kwietnia 2011, godzina 20:30

Poniedziałek wielkanocny to doskonała okazja do świętowania dla wszystkich Egipcjan. Tego dnia przypada bowiem święto wiosny – Sham el Nessim. Dzień wolny od pracy nie tylko dla chrześcijan.
Sham el Nessim (w dosłownym tłumaczeniu znaczy „wąchanie, wdychanie wiatru”) jest świętem pochodzącym jeszcze z czasów, kiedy władzę w Egipcie sprawowali faraonowie, a jego początki datuje się na około 2500 lat przed Chrystusem. „Prof. Mahmud Abdel Ghafaar, wykładowca na Uniwersytecie w Banha specjalizujący się w historii starożytnego Egiptu uważa, że Sham Al-Nessim w języku arabskim oznacza oddychanie wiosenną bryzą – w języku ludowym zwane wąchaniem wietrzyka, a datuje się od czasów starożytnych, kiedy święto znano pod nazwą Shama, co oznaczało – odrodzenie się życia, płodność ziemi – zanim przybrało postać Shamm – wąchanie – w czasach koptyjskich. Człon Nessim – został dodany później i początkowo łączono to z Exodusem, potem ze zmartwychwstaniem Jezusa 3 dni po ukrzyżowaniu. Wierzono też, że wdychanie olejków eterycznych z pociętej cebuli ma uzdrawiającą moc.
Inny historyk Sayed Karim – twierdzi, że zwyczaj ten jest tak samo stary jak samo Shamo. Według papirusu z 6 Dynastii znalezionego w Memphis, syn faraona cierpiał na niewyjaśnioną chorobę. Przez lata lud nie celebrowal święta wiosny przez sympatię dla chorego. Ostatecznie arcykapłan Oun postawił diagnozę, że zły duch opanował ciało chorego. W ramach terapii Oun nakazał ułożenie dojrzałej cebuli nad głową pacjenta a pokrojoną w plastry do inhalacji. Syn wyzdrowiał a lud przejął kurację jako zwyczaj wieszając cebulę nad drzwiami i tradycyjnie obowiązkowo spożywając ją w dniu święta wiosny.
Wraz ze świtem tłumy wypełniają wolne zielone przestrzenie jak trawniki na skwerach i w parkach, często owinięci w koce z powodu porannego chłodu. Inni spędzają ten dzień na łodziach wiosłując po Nilu.”1

Czego nie może zabraknąć na stole lub w piknikowym koszyku w dniu święta wiosny?
-         jajek, które barwi się gotując w łupinach cebuli, liściach anyżu, herbaty, mięty i truskawek,
-         różnego rodzaju solonych ryb -  zwanych fiseekh o specyficznej ostrej woni,
-         sałaty,
-         wiosennej młodej cebuli dymki,
-         gotowanych nasion łubinu,

1.        opracowanie – Anna Gamal el Din, na podstawie prasy egipskiej

30 kwietnia 2011

Gdzie jest Wielkanoc?

24 kwietnia 2011; godzina 13:00 
Nadeszła Wielkanoc, ale jakby jej wcale nie było. W przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, kiedy to większość restauracji i kawiarni jest przyozdobiona choinkowymi łańcuchami, bombkami, kolorowymi lampkami i wizerunkami świętego Mikołaja, Wielkanocy się nie zauważa. I chociaż 10 procent społeczeństwa egipskiego stanowią chrześcijanie, to Wielkanocy jakby w ogóle nie było. Nie jest to w każdym razie powód do przyozdabiania kawiarni czy restauracji pisankami, kurczaczkami czy zajączkami. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że nastrój Bożego Narodzenia jest w Kairze obecny tylko i wyłącznie ze względu na turystów. A Wielkanoc, jak wiadomo, jest świętem „ruchomym” i obchodzonym przez chrześcijan w różnym czasie. Akurat w tym roku zdarzyło się tak, że Wielkanoc przypadała w tym samym czasie zarówno dla chrześcijan zachodnich, jak i wschodnich, ale nie zdarza się to co roku. Tak więc powstaje pytanie, kiedy przyozdabiać kawiarnie wielkanocnymi ozdobami?

A skąd chrześcijanie w Egipcie?
„Chrześcijaństwo dotarło na te ziemie wkrótce po Zesłaniu Ducha Świętego i wiąże się przede wszystkim z działalnością św. Marka Ewangelisty, który tu właśnie miał założyć gminę chrześcijańską. Co prawda nie można potwierdzić tej tezy wiarygodnymi materiałami archiwalnymi, a pierwszym biskupem Aleksandrii, którego istnienie jest pewne, był dopiero św. Demetriusz (†231), niemniej jednak funkcjonowanie od wieków takiej właśnie tej wersji świadczy o co najmniej bardzo dawnym pochodzeniu miejscowej stolicy biskupiej. Do dzisiaj Kościół aleksandryjski bywa nazywany Kościołem św. Marka. Aleksandryjska stolica biskupia do połowy V w. zajmowała drugie, po Rzymie, miejsce w hierarchii Kościołów lokalnych i dopiero Sobór Chalcedoński (451) wyniósł do tej godności Konstantynopol, spychając Aleksandrię na trzecią pozycję w światowej hierarchii. (...)
Głównym wyznaniem chrześcijańskim Egipcjan, obecnym na tym terenie od początku nowej religii, jest Kościół koptyjski. Należy on do tzw. monofizyckiego lub niechalcedońskiego odłamu chrześcijaństwa, chociaż dziś zaliczanie koptów do monofizytów nie jest precyzyjne.
Koptowie są potomkami starożytnych Egipcjan, o czym świadczy już sama ich nazwa: kopt to nieco zniekształcone greckie słowo Aigyptos (Egipt), to zaś wywodzi się ze staroegipskiego Hikaptah (lub Hut-ka-Ptah), czyli „świątynia [lub sanktuarium] duszy Ptaha” – jednego z najbardziej czczonych bóstw religii staroegipskiej. Cały wyraz był inną nazwą pierwszej stolicy dawnego Egiptu i głównego ośrodka kultu tego boga – Memfisu. A zatem Kopt to Egipcjanin, a język koptyjski to kontynuacja staroegipskiego, tyle że zapisywana już nie hieroglifami, ale literami pochodzącymi z greki. Dopiero po wiekach, gdy tereny te podbili muzułmańscy Arabowie, narzucając miejscowej ludności swój język i wiarę, nazwa Koptowie zaczęła się odnosić do tych mieszkańców Egiptu, którzy zachowali wiarę chrześcijańską, posługując się zarazem na co dzień językiem arabskim. Koptyjski zaś stał się językiem martwym, używanym jedynie w Kościele.”
(źródło: www.misyjnedrogi.pl)  

25 kwietnia 2011

Sporty ekstremalne, a może jestem za "stara"?

15 kwietnia 2011; godzina 22:30
„Pustynia wciąga nas od głowy do pięt,
Wypala oczy, suszy ciało i krew,
I tylko tra, tra, tra, zgrzyta w zębach piach
Słońce opala brzuchy, wiatr tarmosi nasze ciuchy?

(Bajm, „Nie ma wody na pustyni”)

Dzień rozpoczął się bardzo wcześnie, bo już o siódmej rano od szybkiej porannej toalety i śniadania jedzonego w biegu. Potem ponad półgodzinna jazda samochodem przez miasto, żeby zdążyć na umówione spotkanie na czas. I znów pojawia się moje europejskie pojęcie czasu ;) A potem to już tylko relaks... Razem z przyjaciółmi postanowiliśmy spędzić cały dzień na pustyni, na uprawianiu sportów ekstremalnych, a dokładniej – na amatorskim uprawianiu sandboardingu.
I nareszcie nikt mi nie mówi, że jestem „za stara” na jazdę na sankach, rzucaniu się śnieżnymi kulkami, lepieniu bałwana, czy spacerze do zoo (oczywiście, w Kairze nie ma śniegu i prawie wszystkie wymienione przez mnie formy spędzania wolnego czasu nie są możliwe do wykonania w słonecznym Egipcie, ale to tylko przenośnia). Nareszcie nikt mi nie mówi, że licząc sobie trzydzieści wiosen, powinnam być stateczną i poważną kobietą. Tutaj, bez względu na wiek, dozwolona jest każda forma spędzania wolnego czasu, nawet ta zarezerwowana dla wieku dziecięcego. Najważniejsze jest to, aby spędzić miło czas w gronie przyjaciół i potencjalnych przyjaciół, żeby oderwać się, choć na chwilę od szarej i trudnej codzienności, żeby po prostu spędzić miło czas z uśmiechem na twarzy. I nikt nie jest na nic za stary, tak długo, jak wybrana forma spędzenia wolnego czasu przynosi radość i zadowolenie. I jeżeli mam ochotę w wieku trzydziestu lat pojeździć na sankach, czy spędzić dzień w ogrodzie zoologicznym, to po prostu to robię.
Dodam tylko, że razem z nami na pustynię wybrał się przebywający na wakacjach w Kairze młody Amerykanin. I wybrał się tam razem ze swoją mamą (muzułmanką, od dłuższego czasy mieszkającą w Egipcie), która 50 urodziny obchodziła już jakiś czas temu. Ale ten fakt wcale nie przeszkodził jej w spróbowaniu swoich sił w jeździe na „desce” po piasku. 
tymczasowy obóz na pustyni ;)
pełnia księżyca na pustyni
mała plama na środku, to JA ;)



23 kwietnia 2011

Kawa z "mlekiem"

12 kwietnia 2011; godzina 18:00
W Kairze można kupić wszystko. Gdyby jakiś zabłąkany turysta znalazł się całkiem przypadkowo w tym mieście, w dodatku bez żadnego bagażu, to w przeciągu godziny (no, może dwóch) jest w stanie zakupić wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. A po jednym dniu bez żadnego problemu będzie mógł zakupić dużą walizkę i wypełnić ją wszystkim tym, co chciałby tu ze sobą przywieźć.
W Kairze można kupić naprawdę wszystko. Kilka dni temu znalazłam herbatniki, które wyglądają i smakują dokładnie tak, jak „polskie” petit- beuree’y. Poza tym postanowiłam zaprzestać kupowania pojedynczych saszetek kawy rozpuszczalnej „3w1”  - bo jakoś kawa z cukrem mi nie smakuje. Zakupiłam więc duży słoik kawy rozpuszczalnej – tej samej, którą wcześniej piłam w Polsce. Pozostało mi do kupienia mleko. Niby taka prosta rzecz...a jednak nie miałam szczęścia, a może miałam większe niż myślę. Otóż wybrałam się do najbliższego sklepu, w którym od pół roku codziennie robię zakupy. Zajrzałam do lodówki i wyciągnęłam z niej jedną butelkę „mleka”. To znaczy byłam w stu procentach pewna, że jest to mleko. Wróciłam do hotelu, nasypałam kawę do kubka, zagotowałam wodę i... okazało się, że owe „mleko”, które przyniosłam ze sklepu nie jest mlekiem, ale... maślanką. No cóż, do kawy się nie nadawało i musiałam zejść do sklepu ponownie. Tym razem już nie udawałam, że wszystko wiem i po prostu zapytałam sprzedawcę o mleko. Ale jednocześnie smak świeżej maślanki, którą po raz ostatni piłam w moim rodzinnym domu ponad pół roku wcześniej, przywołał miłe wspomnienia i wywołał uśmiech na mojej twarzy. Bo co, jak co, ale maślanki to się nie spodziewałam tutaj znaleźć. 

17 kwietnia 2011

Mrówki faraona

10 kwietnia 2011; godzina 17:00
Ja i mrówki, oczywiście faraona. Siedzę przy drzwiach od balkonu i rozmyślam nad mrówkami faraona, których tu w Egipcie nie brakuje. Siedzę i obserwuję jak próbują wtargnąć do mojego hotelowego pokoju. Jak tylko któraś z nich przekroczy próg drzwi balkonowych, ginie tragicznie zmiażdżona moim butem. Ale czy mam prawo zabijać mrówki faraona w Egipcie? Przecież to ich dom i z pewnością pojawiły się tu długo długo wcześniej niż ja. Poza tym mogłabym tak siedzieć i mordować je, jedną po drugiej, przez cały dzień, a i tak nie wygram tej wojny. Pytanie tylko czy mam  prawo zabijać mrówkę faraona, w stolicy kraju faraonów? Bo nie chciałabym paść ofiarą „zemsty faraona”....

13 kwietnia 2011

Strzały...

09 kwietnia 2011; godzina 05:45
Kolejna nieprzespana noc. Chociaż muezzin już prawie dwie godziny temu oznajmił czas porannej modlitwy, wciąż nie mogę spać. I nie jestem w tym dzisiaj odosobniona. Siedzimy na tarasie i mamy łzy w oczach. Dlaczego? I co się wydarzyło, że nie możemy zasnąć? 
Jak w każdy piątek, na Placu Tahrir zebrali się mieszkańcy Kairu, aby przypomnieć wojsku, które po ustąpieniu prezydenta w dniu 11 lutego przejęło władzę w tym kraju, o swojej obecności. Oczekują przeprowadzenia zapowiadanych zmian i w każdy piątek po południowej modlitwie zbierają się licznie na Placu Wyzwolenia. Ale dzisiaj (a właściwie wczoraj) przyszli dużo wcześniej, przyszli z nowymi żądaniami. Domagają się postawienia przed sądem byłego już prezydenta oraz ministrów i osądzenia ich za korupcję. Protestowali (dość pokojowo) cały dzień i zamierzali protestować całą noc, a może i dłużej – chociaż wciąż w godzinach od 2 w nocy do 5 obowiązuje godzina policyjna. I tak około godziny drugiej wojsko rozpoczęło ustawiać blokady ulic dochodzących do Tahrir. A półtorej godziny później usłyszeliśmy pierwsze strzały. Wojsko użyło siły, aby rozpędzić tłum protestujących zebranych na Placu Wyzwolenia. Po pół godzinie strzały ucichły, próbowaliśmy nawet zasnąć. Ale tuż przed piątą, po raz kolejny usłyszeliśmy strzały... i już wiemy, że ta noc będzie należeć do tych nieprzespanych.


(Tej nocy na Placu Tahrir zginęły 2 osoby, a 18 zostało rannych. Dowództwo wojskowe twierdzi, że nie użyło „żywej” amunicji, a jedynie gumowej w celu wystraszenia i rozpędzenia tłumu). 

11 kwietnia 2011

Kawa pod gołym niebiem

08 kwietnia 2011; godzina 13:00
Piątek – dzień wolny od pracy. Razem z moimi przyjaciółmi oraz przyjaciółmi moich przyjaciół postanowiliśmy spędzić ten dzień razem, w dzielnicy, w której mieszkam, a więc w samym sercu Kairu. I tak, jest godzina 13, a my siedzimy sobie w lokalnej kawiarni i popijamy słodką jak miód herbatę. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że siedzimy na drewnianych krzesłach, prawie na środku ulicy. Bo tutaj lokalna kawiarnia (a więc nie należąca do żadnej dużej, międzynarodowej sieci ) znajduje się zazwyczaj pod gołym niebem. A ponieważ jest piątek i większość mieszkańców postanowiła spędzić ten dzień z dala od swoich domów, na chodniku zabrakło już miejsca dla klientów spragnionych gorącej mocnej kawy po turecku, czy (jak w naszym przypadku) herbaty. Tak więc siedzimy na drewnianych krzesłach, na środku ulicy, przy metalowym stole o wymiarach nie przekraczających 30x30cm, chociaż jest nas 7 osób – ale na tacę z siedmioma szklankami miejsca w zupełności wystarczyło. 

9 kwietnia 2011

Kaprysy pogody

03 kwietnia 2011; godzina 20:30
Zaledwie dwa dni wcześniej rozmawiałam z jednym z moich bardzo dobrych przyjaciół – ot taka zwyczajna rozmowa o pogodzie. Uprzedził mnie, że w tym kraju  i w tym mieście kwiecień jest miesiącem burz piaskowych i że powinnam się „nastawić” psychicznie na przesycone piaskiem i kurzem powietrze, trudności z oddychaniem oraz piekące i łzawiące oczy. I jeszcze zalecił mi przedwczesną wizytę w aptece w celu zakupienia specjalnych kojących kropli do oczu. Burza piaskowa, którą miałam okazję zobaczyć już wcześniej, nie należy do najprzyjemniejszych zjawisk atmosferycznych na świecie – no, ale cóż taki klimat. Taka uroda miasta, które wybrałam na swój dom, stały czy tymczasowy – bez znaczenia. Z Polski uciekłam przed mrozami i śniegiem, to w zamian mam „do czynienia” z burzami piaskowymi. W życiu nie ma lekko.
Minęły zaledwie dwa dni, a zamiast powietrza przesyconego piaskiem nawianym z Sahary, pojawił się ulewny deszcz. Deszcz w kwietniu w samym sercu Kairu???!!! Wniosek nasuwa się tylko jeden – zmiany klimatyczne, o których tak dużo i często się mówi, mają miejsce naprawdę i dotyczą nie tylko Europy czy Ameryki Północnej, ale całego świata. Doskonałym przykładem zmian zachodzących w naszym klimacie jest ulewny całodniowy deszcz w Kairze w miesiącu kwietniu!!! A napadało tyle, że część sklepów została zamknięta wcześniej niż zazwyczaj, właśnie z powodu ulewnego deszczu. A jadąc samochodem miało się wrażenie, że za chwilę woda pozostająca na ulicach „wleje się” do środka.  

2 kwietnia 2011

Ziemia się zatrzęsła

01 kwietnia 2011; godzina 15:30
Jak prawie każdego dnia o tej godzinie siedzę na hotelowym tarasie i pracuję. Wiem, że jest piątek – w tym kraju dzień wolny od pracy, ale w branży, w której pracuję, nie zawsze są dni wolne. Czasami przypada nam pracować nawet w święta. Tak więc siedzę sobie na hotelowym tarasie, piję kawę rozpuszczalną z mlekiem i odrobiną cukru i pracuję. Dzień jest wyjątkowo ciepły, żeby nie powiedzieć, że upalny. Temperatura chyba delikatnie przekracza 30 stopni Celsjusza, świeci słońce. I nagle...wszystko zaczyna się ruszać – stół z moim laptopem, krzesło na którym siedzę wraz ze mną (może jestem szczupła, ale nie ważę przecież 5kg!?), ściana za moimi plecami też nie jest stabilna. Czasem zdarza się, że kamienica, w której znajduje się hotel, lekko drży kiedy ulicą przejeżdża autobus lub ciężarówka. Ale tym razem nie ma ani autobusu, ani ciężarówki...ani nawet samochodów. A jednak wszystko lekko drży. Rozglądam się z zaciekawieniem wokół, ale nie znajduję odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie – co się stało? Zaczynam nawet myśleć, że widzę i odczuwam coś, co w rzeczywistości nie istnieje. Zwariowałam od nadmiaru słońca?
Po kilkudziesięciu sekundach drżenie ustaje i wszystko wraca do normy...

Godzina 19:00

Właśnie znalazłam odpowiedź. Czytając wiadomości na jednym z portali internetowych, dowiedziałam się, że o godzinie 15:29 czasu kairskiego miało miejsce trzęsienie ziemi na Morzu Egejskim, a wstrząsy były odczuwalne między innymi w Kairze. No to ja je czułam.

Była już burza piaskowa, był niespodziewany deszcz w środku zimy, była rewolucja, teraz delikatne wstrząsy...co jeszcze tu przeżyję?

28 marca 2011

Czy to nadal Kair?

26 marzec 2011; godzina 06:20
Znowu nie mogę spać... raz na jakiś czas zdarza mi się nie spać całą noc. Tak już mam. Noc jest nawet ciepła, a przynajmniej nie ma chłodnego wiatru, dlatego też całą noc przesiedziałam na naszym hotelowym tarasie. Wsłuchiwałam się w odgłosy miasta. Wsłuchiwałam się w ciszę tego miasta... miasta, o którym mówiło się, że nigdy nie śpi. A dzisiaj można usłyszeć tylko śpiew ptaków. Przez ponad trzy godziny na ulicy, przy której zlokalizowany jest mój hotel, nie pojawił się żaden samochód, żaden przechodzień. Tylko kilka bezdomnych psów, kilka zabłąkanych kotów i ptaki... widziałam nawet białą sowę – przeleciała tuż nad moją głową. I cisza... Miasto, które nigdy nie śpi, dzisiaj pogrążyło się w głębokim śnie. Czy to nadal Kair? Chyba tak... ale jakby nie ten sam. 

26 marca 2011

Zakazana miłość

11 marzec 2011; godzina 21:30
Od ustąpienia prezydenta Mobaraka minął dokładnie miesiąc – czy życie wróciło do normalności trudno powiedzieć. Wciąż obowiązuje godzina policyjna, na Tahrir wciąż przebywają protestujący. Ale pojawił się jeszcze jeden problem i mam nadzieję, że nie potrwa on długo. Gdyby dwa miesiące temu ktoś powiedział mi, że w Egipcie dojdzie do walk pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami, nie uwierzyłabym. A jednak...
Trzy dni temu w Kairze miał miejsce ślub, który wydawać by się mogło, nigdy nie powinien się wydarzyć. Zgodnie z nienaruszalnymi zasadami islamu muzułmanka może wyjść za mąż tylko i wyłącznie za muzułmanina i nie ma mowy o żadnych odstępstwach od tej zasady. Jest to podyktowane faktem, iż dzieci zawsze (i wszędzie) dziedziczą religię po ojcu, a więc ojciec musi być muzułmaninem. Nie dotyczy to oczywiście mężczyzn, którzy żonę mogą wybierać zarówno spośród muzułmanek, jak i chrześcijanek, a nawet Żydówek – w tym przypadku dzieci z takiego małżeństwa i tak będą wyznawcami islamu. A jednak trzy dni temu miał miejsce ślub, do którego nie miało prawa dojść. Otóż młoda muzułmanka postanowiła wyjść za mąż za... chrześcijanina. Wywołało to ogromną burzę i narastający konflikt pomiędzy wyznawcami obu religii. Sam ślub zakończył się dramatycznie... a gniew, jaki wywołał doprowadził do kolejnych zamieszek na ulicach Kairu. W efekcie końcowym spalono kościół, fabrykę należącą do chrześcijan, zginęło 10 osób. Eskalacja agresji pomiędzy wyznawcami obu religii miała miejsce dzisiaj na Placu Tahrir. Jak co piątek, mieszkańcy Kairu zgromadzili się na Placu Wyzwolenia, aby domagać się przeprowadzenia zapowiadanych zmian. Tym razem jednak nie chodziło o zmiany w konstytucji... dzisiaj na Placu Tahrir zdarzyło się coś, czego ten naród powinien się wstydzić – chrześcijanie i muzułmanie zaczęli walczyć między sobą. Już nie stanowili jednej grupy walczącej o wolność, o demokrację, o lepszą przyszłość dla swoich dzieci... dzisiaj utworzyli dwa odrębne obozy. I tylko mam nadzieję, że ten konflikt nie potrwa długo...

(Polecam video w serwisie youtube o jedności muzułmanów i chrześcijan w Egipcie:

20 marca 2011

Darling, I lowe you - czyli Polki w Hurghadzie


Dzisiaj kilka słów o Polsce i Polakach, a szczególnie o tej piękniejszej części polskiego narodu. Postanowiłam zabrać głos w dyskusji jaką wywołał film emitowany w HBO – „Darling, I lowe you”. Na początku muszę zaznaczyć, że samego filmu nie widziałam, ale problem, który porusza, jest mi bardzo dobrze znany. Dla tych, którzy o filmie nie słyszeli wspomnę tylko, iż dotyczy on Polek wyruszających na tak zwane „sex wakacje” nad Morze Czerwone, czyli do Hurghady. Nie zamierzam tutaj dyskutować, czy film jest prawdziwym dokumentem, czy też tylko pozoruje na dokument – zarzuca się autorce filmu, iż wszyscy biorący udział w produkcji byli aktorami i z góry wiedzieli, jak mają się zachowywać. Pod tym względem można by się zastanawiać, czy film zasługuje na miano rzetelnego filmu dokumentalnego. Ale nie w tym jest problem – problem dotyczy zachowań bohaterów, jakie zostały przedstawione. I tutaj już na pewno nie można mówić o jakimkolwiek wyimaginowanym scenariuszu. Zapewniam, że film został oparty na faktach i autentycznych wydarzeniach. Niestety, pań podobnych bohaterkom filmu jest w Hurghadzie (i nie tylko, bo Polskie turystki dotarły już także do Marsa Alam i Sharm el Sheikh) całe mnóstwo. I nie są to tylko młode, samotne, dwudziestoletnie dziewczyny, które postanowiły sprawdzić fakty i mity na temat seksualnych zachowań Arabów. Niestety, wśród seks – turystek z Polski są również młode matki, żony, pracownice wysokich szczebli administracji... Czasem nawet nie przyjeżdżają do Egiptu same, ale w towarzystwie całej rodziny – z dziećmi, z mężami. A potem udając ból głowy, albo przypadłość nazywaną popularnie „zemstą faraona” wysyłają rodziny na plaże, aby móc pobyć sam na sam w towarzystwie przystojnego Egipcjanina. Jak się kończy takie spotkanie – myślę, że każdy się domyśla. I to właśnie ukazuje film, który wywołał skandal i ogromną burzę, szczególnie w środowisku Polonii mieszkającej w Kairze. Otrzymałam kilka wiadomości, iż film jest niszowy, mało ambitny i krzywdzący. Może i jest... bo mnie samej czasem trudno się przyznać, że jestem z Polski (aby uniknąć wizerunku polskiej seks – turystki, którą nigdy nie byłam, nie jestem i zapewniam, że nigdy nie będę), ale czy Polki same siebie nie krzywdzą takimi, a nie innymi zachowaniami? Ja rozumiem, że dla wielu kobiet jest to oburzające i smutne... ale niestety, czas spojrzeć prawdzie w oczy – wśród Egipcjan Polki są postrzegane jako te najłatwiejsze do zdobycia (poza Rosjankami). Wystarczy szepnąć takiej wypoczywającej nad morzem dziewczynie kilka słodkich komplementów i za godzinę można już skonsumować nową, przelotną znajomość. Obie strony są zadowolone – polska turystka sprawdziła, czy seks z Arabem jest rzeczywiście taki namiętny i niezapomniany; a Egipcjanin zaspokoił swoją czysto biologiczną potrzebę. Bo żadna szanująca się Egipcjanka nigdy nie zgodzi się na seks przed ślubem, więc panowie korzystają z darmowych usług turystek, których tutaj nie brakuje. I niestety, problem nie jest niszowy... więc może zamiast obrzucać obelgami autorkę filmu, warto byłoby się zastanowić, co jest prawdziwą przyczyną przedstawionego przez nią problemu?!

16 marca 2011

Zakaz wjazdu, czyli ulica jednokierunkowa

26 luty 2011; godzina 17:00
W powietrzu powoli czuć wiosnę – dni stają się coraz dłuższe, coraz cieplejsze i coraz częściej na niebie pojawia się słońce. Muszę przyznać, że od kilku dni jednym z moich ulubionych zajęć jest przesiadywanie w fotelu na hotelowym tarasie i obserwowanie życia toczącego się na ulicy. Szczególnym zainteresowaniem „obdarzyłam” ruch samochodowy. Od pierwszego dnia mojego pobytu w Kairze wiedziałam, że ruch na ulicach tego miasta jest chaotyczny i wymaga dużo cierpliwości oraz oczu krążących dookoła całej głowy. Ale to, co dzieje się teraz, to już nawet nie jest chaos... to coś znacznie więcej. Większość ulic w tej dzielnicy Kairu jest (a może powinnam powiedzieć – była) jednokierunkowa. Ale od kiedy wybuchła rewolucja i od kiedy policja przestała kierować ruchem, wszyscy jadą kiedy chcą i w którą stronę chcą. Tak więc żadna z ulic nie jest już jednokierunkowa, chociaż szerokość większości z nich nie pozwala na wyminięcie się dwóch samochodów. Prowadzi to do powstania niewyobrażalnych, na ulicach europejskich, sytuacji. Bo jak wyobrazić sobie sytuację, w której dziesięć samochodów jedzie na wstecznym biegu tylko dlatego, że z przeciwnej strony jedzie kolejne dziesięć samochodów, a szerokość ulicy nie pozwala im się wyminąć. Na jednym ze skrzyżowań jest nawet umieszczony znak „zakazu wjazdu”, ale tutaj nikt nie zwraca uwagi na znaki. Tak więc mieszkańcy i właściciele okolicznych sklepów postanowili wziąć sprawę ruchu ulicznego w swoje ręce i walczyć z tymi, którzy znaków nie widzą. Na samym początku wymontowali znak „zakazu wjazdu”, który był przymocowany do latarni i ustawili go prawie na środku ulicy. Ale dla większości kierowców nadal był niewidoczny. Następnym etapem było ustawienie blokady ulicy, ale to też nie pomogło – kierowcy sprytnie ją omijali. Nie pomogło nawet zatrzymywanie samochodów i tłumaczenie, że ulica jest jednokierunkowa. Nie pomogło nic... i tylko dziękować Bogu, że nie doszło do żadnego jednego wypadku. 

15 marca 2011

Kair po rewolucji

24 luty 2011; godzina 01:30
Kair się zmienił... od czasu rozpoczęcia rewolucji to już nie to samo miasto... chociaż wciąż ci sami mieszkańcy. Od „obalenia” prezydenta minęły prawie dwa tygodnie. Próbujemy jakoś żyć normalnie, jak jeszcze miesiąc temu, ale jednak jest inaczej. Przede wszystkim wciąż obowiązuje godzina policyjna, co oznacza, że pomiędzy północą a szóstą rano nikt nie powinien przebywać poza domem. I to właśnie powoduje, że miasto jest zupełnie inne. Dzisiaj rozpoczął się weekend, a jednak ulice są puste. Sklepy i okoliczne kawiarnie są zamknięte od godziny 23:30... ruch uliczny zamiera krótko po północy.
Siedzę na tarasie naszego hotelu i patrzę na te puste i ciche ulice. Jestem w samym centrum miasta... miasta, które nigdy nie śpi... a wokół panuje taka obca cisza. Już nie można o pierwszej w nocy kupić świeżych ciastek z czekoladą, już nie można pójść na nocny spacer nad Nil, już nie można zrobić żadnych zakupów o drugiej w nocy, już nie można „powłóczyć” się z przyjaciółmi po ulicach Kairu do czwartej nad ranem.
I niby to samo miasto, niby ci sami mieszkańcy, niby ta sama atmosfera, a jednak jest inaczej. 

11 marca 2011

Agresja na Placu Tahrir

18 luty 2011; godzina 23:00
Obudziłam się dość późno, bo w samo południe. I nie wiem, czy obudziłam się dlatego, że byłam wyspana, czy też dlatego, iż usłyszałam głos muezina i wiedziałam już, że najwyższa pora aby wstać z łóżka. W każdym razie kiedy wyszłam na balkon ujrzałam kilkadziesiąt samochodów parkujących na całej szerokości ulicy, przy której zlokalizowany jest mój hotel. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie były samochody. A pomiędzy tymi samochodami spacerowały setki, a może nawet tysiące, ludzi. Wszyscy, rzecz jasna, podążali w kierunku Placu Wyzwolenia (Tahrir). Stamtąd też dobiegał głos muezina.
Od rezygnacji prezydenta ze stanowiska minął dokładnie tydzień. Z tej też okazji, wszyscy mieszkańcy Kairu postanowili po raz kolejny zgromadzić się na Placu Tahrir, aby świętować swoje zwycięstwo. Cała „impreza” rozpoczęła się w południe od wspólnej modlitwy. Później wystąpiło kilka mało znanych zespołów muzycznych, a na wieczór zapowiadano występ bardzo popularnego w Egipcie piosenkarza – Mohameda Mounira. Niestety, była to tylko plotka... żaden popularny piosenkarz nie pojawił się na Placu Tahrir, co doprowadziło do wieczornych zamieszek. Ludzie byli tak oburzeni faktem, że ich oszukano, iż postanowili wyładować swoją agresję na sobie nawzajem. Musiało interweniować wojsko. 

10 marca 2011

Przyjaciel, kto to taki?

14 luty 2011; godzina 0:00
„Każdy chce mieć przyjaciela, a nikt nie myśli, co robić, aby nim być”

Muszę przyznać, że ostatnie wydarzenia były bardzo ważne w moim życiu. I to nie ze względu na ważność międzynarodową owych wydarzeń, ani też nie ze względu na ich historyczność. Mam na myśli moje prywatne życie... ostatnie wydarzenia spowodowały, iż zrozumiałam, że są na tym świecie ludzie, dla których słowo „przyjaźń” ma równie dużą wartość, jak dla mnie. Ale żeby to zrozumieć musiałam wyruszyć w podróż... żeby odnaleźć ludzi myślących podobnie jak ja, musiałam oddalić się od mojego rodzinnego kraju o całe 3000 kilometrów.
Bo kimże jest przyjaciel w Polsce ( i chyba w większości krajów europejskich)? Przyjaciel w Polsce to ktoś, kto może nam pomóc zaspokoić nasze własne cele, nie żądając niczego w zamian i nie oczekując, że i my będziemy mu pomagali w trudnych chwilach. Bo przecież w Polsce myśli się tylko o sobie... jeżeli nie możesz mi pomóc, nie możesz być moim przyjacielem. Jeśli wymagasz ode mnie, że będę przy tobie, kiedy mnie potrzebujesz (a ja niekoniecznie mam wtedy wolny czas, bo jestem zajęty wyłącznie sobą), nie będziesz moim przyjacielem.
Wydarzenia z ostatnich tygodni uświadomiły mi, że można być przyjacielem i mieć przyjaciół tak po prostu; dając tylko siebie i swoją obecność przy tej drugiej osobie. Ale żeby takich przyjaciół znaleźć musiałam przyjechać do Egiptu. A kiedy to zrobiłam okazało się, że wielu z tych, których wcześniej uważałam za swoich bardzo dobrych przyjaciół, po prostu o mnie zapomniało. Tak jakby chcieli mi powiedzieć: jak cię widzę, to możemy być przyjaciółmi, a jak cię nie widzę, to już o tobie nie pamiętam.

I właśnie w tym miejscu pragnę podziękować wszystkim tym, którzy podczas całej tej rewolucji okazali mi wsparcie (przede wszystkim telefoniczne) i pozwolili uwierzyć, że są jeszcze na tym świecie prawdziwi przyjaciele.

„Prawdziwy przyjaciel to ten, który przychodzi, kiedy wszyscy inni odchodzą” 

8 marca 2011

Goście z Ameryki

12 luty 2011; godzina 0:30
Dzisiaj nie będzie o Egipcie, nie będzie o Kairze, nie będzie o Egipcjanach... ale chcę napisać kilka słów o obywatelach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Podczas rewolucji w Egipcie w naszym hotelu przebywało dwóch turystów z USA – jakże różnych od siebie, a mimo to żaden z nich nie zapisze się pozytywnie w mojej pamięci.

Pierwszy z nich to Daniel. Jego historia zaczyna się bardzo podobnie do mojej. Kilka miesięcy temu przyjechał do Kairu na dwutygodniowe wakacje – chciał zobaczyć Piramidy, zbiory Muzeum Egipskiego, zbiory Muzeum Sztuki Islamskiej. Chciał odpocząć od życia codziennego w Ameryce i poznać i poczuć odmienną kulturę. Spędził w Egipcie dwa tygodnie i postanowił, że za pół roku wróci tu na dłużej. I tak też się stało. W naszym hotelu pojawił się na początku stycznia zanim rozpoczęła się rewolucja. Wydawało mi się, że jest jakąś bratnią duszą. Dużo czasu spędzaliśmy siedząc na balkonie i rozmawiając o różnicach kulturowych pomiędzy Europą (Daniel mieszkał dwa lata w Hiszpanii) a Bliskim Wschodem, a w szczególności Egiptem. Ten młody Amerykanin był zafascynowany życiem w Kairze, był zafascynowany miastem, jego zabytkami, mieszkańcami, kuchnią. Postanowił nawet nauczyć się języka arabskiego i całkiem nieźle mu to wychodziło. Miał wrodzony talent do zapamiętywania języków obcych. W każdej rozmowie z pracownikami hotelu podkreślał, że zamierza tu pozostać na dłużej, bo tu (cytuję) „jest jego miejsce na ziemi”. I co się stało?? Cztery tygodnie po jego powrocie do Kairu, miasto zmieniło swoje oblicze – wybuchła rewolucja. Na ulicach nie było krwawych zamieszek jak później w Libii, w naszym hotelu mimo wszystko czuliśmy się bezpiecznie. Ale Daniel, już drugiego dnia po rozpoczęciu masowych demonstracji, był spakowany i gotowy do ucieczki do Stanów Zjednoczonych. Próbował mnie nawet przekonać, że powinnam zrobić to samo, bo Egipt jest krajem bardzo niebezpiecznym. A jeszcze trzy dni wcześniej chciał tu zostać na dłużej?! A kiedy zobaczył w telewizji (nie miał odwagi pójść na Tahrir, więc ograniczył się, jak większość z nas, do oglądania przekazów telewizyjnych) demonstrujących ludzi był pierwszą i chyba jedyną osobą w naszym hotelu, która postanowiła jak najszybciej uciec. Uciec i powrócić do Stanów Zjednoczonych, które tak bardzo krytykował w każdej rozmowie z nami. Ale może nie powinnam się dziwić takiemu zachowaniu, bo w końcu Ambasada USA w Kairze była pierwszą, która ewakuowała swoich pracowników?!

W tym samym czasie w naszym hotelu „mieszkał” John, który jest całkowitym zaprzeczeniem postawy Daniela. Otóż John pojawił się w Kairze 27 stycznia wieczorem, tuż przed rozpoczęciem rewolucji (przez dwa dni po proteście z dnia 25 stycznia było całkiem spokojnie i „normalnie”). I przez kolejne 16 dni pojawiał się w hotelu tylko na kilka godzin dziennie, żeby oddać się w ramiona Orfeusza. Poza tym całymi dniami siedział wraz z protestującymi na Tahrir i „udawał” zaangażowanego w rewolucję. Skandował z tłumem, maszerował w protestującymi i poznawał ludzi. Poza tym nawet na sekundę nie rozstawał się ze swoim aparatem fotograficznym. Jaki był prawdziwy powód „zaangażowania się” Johna w rewolucję? Otóż chciał, żeby wszyscy wokół (zarówno tutaj w Kairze, jak i w Stanach Zjednoczonych) byli z niego dumni... dumni, że nie odczuwa strachu przed niczym, że pomaga dokonać przewrotu w Egipcie, dumni, że bierze udział w historycznym wydarzeniu, dumni, że obalił prezydenta. I ani przez minutę nie pomyślał, że zostawił w USA troje małych dzieci, które go potrzebują. Przez 16 dni „siedział” na Placu Wyzwolenia tylko po to, by zaspokoić swoją próżność. 

6 marca 2011

Rewolucja

25 stycznia - 11 luty 2011
To, co wydarzyło się przez ostatnie 18 dni w Kairze i w całym Egipcie stanowi rozległy temat na zupełnie inny blog. Powiem tylko, że Egipcjanie odnieśli sukces – prezydent ustąpił ze stanowiska. Jestem dumna... oby tylko doprowadzili tę rewolucję do szczęśliwego końca. Jako że mój hotel jest zlokalizowany w pobliżu Placu Wyzwolenia, widziałam i słyszałam prawie wszystko, ale to nie jest czas i miejsce, aby o tym opowiadać. Chcę tylko podkreślić, że pomimo trudnej sytuacji w ostatnich dniach, nawet przez chwilę w mojej głowie nie pojawiła się myśl o powrocie do Polski. Mimo wszystko nadal czuję, że tutaj jest moje miejsce na ziemi. I, razem z moimi egipskimi przyjaciółmi, głęboko wierzymy, że z dnia na dzień sytuacja będzie się poprawiać. A za rok, czy dwa Egipt będzie innym - lepszym krajem i żadna rodzina nie będzie musiała żyć za dwa dolary dziennie. „Insza Allah”  

Święto Policji

25 stycznia 2011; godzina 23:30
Dzisiaj jest Święto Policji – dzień wolny od pracy. Na Placu Wyzwolenia (Tahrir) zebrał się tłum protestujących. Domagali się zmian w konstytucji, zmiany rządu oraz ustąpienia prezydenta ze stanowiska. Czyżby Egipt miał być kolejnym krajem po Tunezji, który obali stary reżim?

5 marca 2011

A może by tak użyć noża i widelca?

21 stycznia 2011; godzina 12:30
Jeszcze kilka słów o jedzeniu... a właściwie o sposobie jedzenia. Przypomniało mi się jak kilka dni przed moim przyjazdem do Kairu jedna z moich znajomych próbowała mi udzielić „dobrych” rad na temat panujących tu zwyczajów. Muszę dodać, iż owa znajoma nigdy wcześniej nie była w Egipcie, a kulturę tego kraju znała tylko i wyłącznie z opowiadań. Jedna z jej wypowiedzi na temat Egipcjan dotyczyła sposobu jedzenia, a dokładniej jedzenia palcami i nie używania sztućców. Owa znajoma była tak oburzona sposobem konsumowania jedzenia, że uznała, iż jest to wyraz absolutnego zacofania Egiptu w stosunku do „wysoko” rozwiniętych krajów europejskich, w których jedzenie palcami jest wielce nie na miejscu. Otóż chciałabym w tym miejscu sprostować wyobrażenie owej znajomej na temat obyczajów dotyczących sposobu jedzenia w tym kraju. Moje sprostowanie chciałabym zawrzeć w jednym prostym pytaniu – czy ktokolwiek w wysoko rozwiniętych krajach europejskich korzysta z pomocy noża i widelca jedząc najzwyklejsze kanapki? A właśnie sandwicze oraz chleb podawany z różnego rodzaju sosami i dipami, są tutaj najbardziej popularnymi przekąskami i jedynymi „daniami”, do których konsumpcji nie używa się sztućców. 

Ziemniak na stole

20 stycznia 2011; godzina 21:40
Kilka słów o popularności ziemniaka w Egipcie, a szczególnie w Kairze. Otóż mogłoby się wydawać, że w większości krajów arabskich ziemniak jest zupełnie nieobecny w kuchni i zastępowany przez ryż lub makaron. Nic bardziej mylnego – na każdym targu w Kairze można kupić, jakże popularne w Środkowej Europie, ziemniaki. Tylko muszę przyznać, że sposób przyrządzania i wykorzystywania kartofla w kuchni egipskiej jest dla mnie zupełnie czymś nowym. Najczęstszą postacią pod jaką jest tutaj konsumowany ziemniak są oczywiście frytki. A te z kolei można spotkać nie tylko jako dodatek do dania głównego, ale także jako główny składnik sandwicza. A wygląda to mniej więcej tak – egipski chleb (ten przypominający chleb pita) jest przekrawany na pół, co powoduje powstanie dwóch półokrągłych „naturalnych torebeczek” na jedzenie. Następnie do środka są wrzucane frytki oraz surówka, najczęściej z marchewki lub kapusty. I w ten oto jakże prosty sposób powstaje bardzo popularny i niedrogi ziemniaczany sandwicz. I w ten prosty sposób najczęściej konsumowany jest ziemniak.
Inną formą konsumpcji ziemniaka jest sałatka ziemniaczana (najlepsza jaką jadłam do tej pory została zakupiona w jednym z barów szybkiej obsługi w dzielnicy Maadi), która smakuje dokładnie tak samo jak sałatka serwowana przez moją babcię w Polsce.
Oczywiście nie można zapominać o chipsach, które są tutaj tak popularne, że często stanowią dodatek do innego rodzaju sandwiczów.
Ale chciałabym w tym miejscu wspomnieć o ziemniaczanym sandwiczu, którego jadłam dzisiaj wieczorem. Podobnie jak kilka razy wcześniej, zadzwoniłam do jednego z barów szybkiej obsługi i zamówiłam dwa sandwicze – z serem i ziemniaczanego. Jakże duże było moje zdziwienie, kiedy wewnątrz mojej kanapki odkryłam chipsy „wymieszane” z surówką  zamiast spodziewanych frytek. „Widocznie frytki się skończyły, ale to wciąż jest ziemniaczany sandwicz” – usłyszałam w odpowiedzi na moje pytanie, dlaczego zmieniono „recepturę” kanapki. Owszem... sandwicz wciąż zawierał ziemniaki, ale dla mnie połączenie chleba, ziemniaczanych chipsów i surówki było połączeniem bardzo zadziwiającym. 

Tunezja

17 stycznia 2011; godzina 23:00
Demonstracje antyrządowe w Tunezji. Prezydent wraz z rodziną (oraz niewyobrażalną sumą pieniędzy) ucieka z kraju.

4 marca 2011

Egipska zima

14 stycznia 2011; godzina 13:30
Zima w Kairze w ogóle nie przypomina zimy znanej mi ze Środkowej i Wschodniej Europy. Trudno tu o śnieg, a temperatura, nawet w nocy, nie spada poniżej zera stopni Celsjusza. Nawet padający deszcz wywołuje radość, a może nawet euforię wśród mieszkańców. W końcu deszcz w Kairze zdarza się tylko kilka razy w roku, zazwyczaj w styczniu i lutym.
Tak też zdarzyło się w tym roku. Najpierw na niebie pojawiły się ciemne chmury, a chwilę później zaczął padać ulewny deszcz. W Polsce ciężko by było wygonić nawet psa na taką pogodę, ale tutaj... tutaj wszyscy cieszyli się jak małe dzieci. My w hotelu też! Zebraliśmy się na tarasie i patrzyliśmy na spadające z nieba krople deszczu. Nawet nam nie przeszkadzało, że mokniemy. Po chwili na tarasie pojawiły się nieduże grudki lodu (wielkości ziarenek grochu) i musiałam tłumaczyć moim egipskim przyjaciołom, że to nie jest padający śnieg, ale grad, czyli zamarznięta woda. Sytuacja była naprawdę zabawna i nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej tak się cieszyła z padającego deszczu. W moim rodzinnym kraju jest to raczej jedno z tych mniej lubianych zjawisk atmosferycznych.  
deszcz w Kairze
ciemne chmury nad Kairem