"Podróżnicy mówią, że nie ma nic jaśniejszego na twarzy Ziemi niż Kair (...)

Ten, który nie widział Kairu, nie widział świata. Jego kurz jest jak złoto, jego Nil jest jak cud, jego kobiety są jak czarnookie niewiasty z raju, jego domy są jak pałace (...)

I jakże mogłoby być inaczej, skoro Kair jest Matką Świata?"

(opowieść żydowskiego lekarza)

22 listopada 2011

Obietnice wyborcze

05 października 2011, godzina 18:00

Od dłuższego czasu po Kairze krążą pogłoski, że wojsko planuje utrzymać się przy władzy poprzez wystawienie w nadchodzących wyborach prezydenckich własnego kandydata. Informacja wzbudza nie tylko oburzenie wśród Egipcjan, ale również prowadzi do nasilenia niepokoju społecznego. Mieszkańcy Kairu coraz głośniej i częściej odgrażają się siłom zbrojnym, które przejęły pełnię władzy po obaleniu Mobaraka, że ponownie wyjdą na ulicę i dokonają kolejnej rewolucji mającej na celu przekazanie władzy w ręce cywilne.
W sprawie zajął dzisiaj głos marszałek Sił Zbrojnych Tantawi, który jednoznacznie zaprzeczył wszelkim pogłoskom dotyczącym utrzymania się wojska przy władzy. Zaprzeczył, jakoby wojsko planowało wystawienie własnego kandydata na prezydenta. Pytanie tylko, czy jest to zwykłe „mydlenie oczu” mające na celu uspokojenie społeczeństwa, czy też naprawdę wojsko planuje ostatecznie zrzec się władzy i, jak powiedział Tantawi, chce ją jak najszybciej przekazać nowej władzy cywilnej? Mam duże wątpliwości, czy społeczeństwo egipskie powinno uwierzyć marszałkowi... mi jakoś zaufania brakuje (chociaż mam nadzieję, że niesłusznie).
Otwartym pozostaje również pytanie o termin wyborów prezydenckich - Rada Najwyższa Sił Zbrojnych do tej pory nie ustaliła dokładnej daty przeprowadzenia wyborów. Wiadomo na razie, że 28 listopada rozpoczną się, trwające cztery miesiące, trzystopniowe wybory do parlamentu.

21 listopada 2011

Napięta sytuacja z Izraelem

04 października 2011, godzina 20:30

Sytuacja z Izraelem staje się coraz bardziej napięta. Po raz kolejny na terenie Synaju doszło do eksplozji gazociągu, który dostarcza gaz zarówno do Izraela, jak i do sąsiadującej Jordanii. Od czasu ustąpienia Mobaraka ze stanowiska prezydenta Egiptu ( co miało miejsce 11 lutego 2011 roku), to już chyba piąty atak na gazociąg. I właściwie trudno ustalić, kto stoi za tymi atakami: czy są to Egipcjanie coraz bardziej wrogo „nastawieni” do Izraela, czy może plemiona Beduinów dość licznie zamieszkujące Synaj, czy może terroryści, albo Palestyńczycy, czy może sami Izraelici? Póki co, wiadomo jedynie, że eksplozje owego gazociągu są w ostatnich miesiącach dość regularne. 

Podróż autobusem

03 października 2011, godzina 13:45

Siedzę w autobusie... tak, tak – siedzę w autobusie. Pomimo, iż jest początek tygodnia, studenci wrócili już po wakacjach, a i godzina nie jest ani bardzo wczesna, ani tym bardziej bardzo późna, bez problemu znalazłam miejsce siedzące. W Kairze byłaby to rzecz niemożliwa – tam, bez względu na dzień tygodnia i porę dnia, autobusy są zawsze przepełnione. Zawsze mnie to dziwiło, bo jak wspominałam wcześniej, podróż autobusem należy do jednego ze sportów ekstremalnych, jakie zmuszony jest uprawiać Europejczyk będąc w Kairze. A tu w Polsce – nie muszę biegać pomiędzy samochodami, żeby dogonić uciekający autobus, który po prostu nie zatrzymał się na przystanku; nie muszę wskakiwać  do środka, a tym bardziej nie muszę wyskakiwać; nie muszę także rozpychać się łokciami pomiędzy spoconymi i pragnącymi wykorzystać ścisk wewnątrz (żeby móc całkiem legalnie dotknąć kobietę – Europejkę - blondynkę) Egipcjanami. Wystarczy, że poczekam na przystanku aż przyjedzie autobus i zatrzyma się, aby umożliwić mi swobodne wejście do środka. I jak się dzisiaj okazuje – mogę nawet znaleźć wolne miejsce siedzące. Ale na tym różnice się nie kończą – z tym, że kolejne są na niekorzyść podróżowania autobusem w Polsce. Jak wspomniałam, miałam dość dużo szczęścia, bo bez żadnego problemu znalazłam miejsce siedzące – w dodatku przy oknie. Mogłam więc rozsiąść się dość wygodnie i przez kolejne pół godziny odkrywać moje rodzinne miasto z okien autobusu (odkrywać je po mojej prawie rocznej nieobecności tutaj). Niestety, ta moja przyjemna podróż dość wcześnie została zakłócona... kilka przystanków dalej do autobusu wsiadło małżeństwo w średnik wieku. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ich obecność najpierw wyczuł mój nos – trudno było bowiem nie poczuć dość silnej woni alkoholu, jaka roztaczała się wokół małżeństwa. Później usłyszałam bełkoczące głosy, a dopiero na samym końcu dostrzegłam nowych współpasażerów. Moim oczom ukazał się widok, jakiego nie miałam okazji oglądać przez ostatni rok (nie licząc moich wcześniejszych wakacji w Polsce) – małżeństwo w średnim wieku było brudne, cuchnące, z trudem trzymające się na własnych nogach. Jak dla mnie, osoby, której tu jakiś czas nie było, widok naprawdę „egzotyczny”. I specjalnie biorę tę egzotykę w cudzysłów, bo jakże jej daleko do tej egzotyki znanej z katalogów biur podróży! Za tego rodzaju egzotykę powinniśmy się jednak wstydzić... a niestety, mam wrażenie, że w oczach świata ta egzotyka wciąż stanowi „reklamę” naszej kochanej Polski. 

20 listopada 2011

Demonstracje na Tahrir

30 września 2011, godzina 23:00

I znowu piątek – w Kairze dzień wolny od pracy. I jak podczas większości piątków w roku 2011, tak i tym razem mieszkańcy zebrali się na Placu Tahrir w centrum miasta. Czego żądają? Przede wszystkim protestujący domagają się jak najszybszego przekazania władzy służbie cywilnej. Zgodnie z zapowiedziami z lutego br. wybory parlamentarne miały się odbyć we wrześniu, a tymczasem miesiąc się skończył i nic się nie wydarzyło. Wiadomo jedynie, że wybory rozpoczną się 28 listopada, a więc za kolejne dwa miesiące. Co się wydarzy do tego czasu? Tego chyba nikt w tym kraju, a może i na całym świecie, nie jest w stanie przewidzieć. Nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać z nadzieją, że nie wydarzy się już nic złego. A co przyniosą same wybory? Tego też chyba nikt nie wie...

15 listopada 2011

W Polsce - spacer w parku

25 września 2011, godzina 17:00

Jak dla mnie, pogoda nie rozpieszcza, chociaż za oknem jest, jak twierdzą moi znajomi, bardzo ciepło i nawet słonecznie. No tak, może nie ma mrozów, ale jak się jeszcze kilka dni temu miało codziennie powyżej 30 stopni Celsjusza, to trudno powiedzieć, że jest ciepło przy zaledwie 20. Mieszkałam w Egipcie niecały rok, a jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tej polskiej pogody. No, ale nie będę narzekać – powiedzmy, że jest ciepło i słonecznie. Postanawiam wykorzystać tę miłą aurę panującą za oknem i idę na spacer. Kieruję się do mojego ulubionego parku, w którym spędzałam długie godziny jeszcze przed moim wyjazdem.
I właściwie już od samego początku odczuwam, że jestem w Polsce, że jestem w zupełnie innym świecie niż ten, w którym spędziłam ostatnie 11 miesięcy.
Egipt jako państwo muzułmańskie bardzo rygorystycznie podchodzi do publicznego okazywania uczuć, które jako przejaw intymności powinno być „zarezerwowane” tylko i wyłącznie dla małżonków. I to nie tylko w sensie samego okazywania uczuć, ale również do okazywania ich publicznie. W Egipcie zabronione jest bowiem dotykanie, przytulanie oraz całowanie się dwojga ludzi w miejscach publicznych, nawet jeżeli są oni małżonkami. W najgorszym przypadku takie zachowanie może zakończyć się aresztowaniem. Okazywanie uczuć na ulicach Kairu ogranicza się zatem do trzymania za ręce, do ukradkowych spojrzeń i całkiem „przypadkowych” dotknięć. Nie ma mowy o niczym więcej...
Zupełnie inaczej sprawa publicznego okazywania sobie uczuć wygląda w Polsce. Mam wrażenie, że zahamowań w tej kwestii jest tu coraz mniej... i nikogo już nie dziwi widok namiętnie całującej się pary na ulicy w centrum miasta, czy też widok dziewczyny siedzącej na kolanach chłopaka w tramwaju. Bo przecież wolne siedzenie jest tylko jedno i trzeba sobie jakoś poradzić w tej sytuacji. A mnie jednak taki widok razi... i już po kilkunastu minutach spaceru w parku mam ochotę wsiąść w samolot i powrócić do Kairu. 

12 listopada 2011

Przyjazd do Polski – zima to czy lato?

16 września 2011, godzina 23:30

Stało się... jestem w Polsce, a dokładniej w mojej rodzinnej Wielkopolsce. Po długiej podróży pomiędzy dwoma, jakże różnymi od siebie światami, postanowiłam spędzić kilka dni z dala od cywilizacji, telefonów, bliższych i dalszych znajomych. „Zaszyłam się” na niewielkiej wsi gdzieś w samym środku Wielkopolski... I zupełnie jak podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce, pogoda jest właściwie do „niczego”. Jest zimno i deszczowo... zaczynam tęsknić za 30 stopniowym upałem i egipskim słońcem. Bo już sama nie wiem, czy za oknem panuje jeszcze wciąż lato, czy może jest już zima?

10 listopada 2011

Przyjazd do Polski – dlaczego?

13 września 2011, godzina 2:15

Ogólna sytuacja polityczna, społeczna, gospodarczo-ekonomiczna, a także wydarzenia, jakie rozgrywają się w moim życiu osobistym, sprawiły, że znów jestem w miejscu, którego szczerze nie lubię. I nie jest to gabinet stomatologiczny, nie jest to także szary budynek Mogammy, ani też areszt. Jest kwadrans po drugiej w nocy i dopijam właśnie ostatni łyk herbaty w jednej z licznych kawiarni na Międzynarodowym Lotnisku w Kairze. Za godzinę będę już siedziała w samolocie, a po kolejnych czterech znajdę się w zupełnie innym świecie. W świecie, do którego wcale nie mam ochoty wracać... ale życie czasem pisze inne scenariusze niż byśmy sobie tego życzyli.
Dopijam ostatni łyk herbaty i kieruję się do „sali odlotów” numer H-23. Nad drzwiami widnieje napis „Warsaw”...

(Fakt przyjazdu do Polski nie oznacza zaprzestania lub zawieszenia mojej twórczej działalności na niniejszym blogu – tematów związanych ze stolicą Egiptu, które chciałabym tutaj poruszyć wciąż mi nie brakuje. A i podejrzewam, że kolejne dni i tygodnie podsuną mi całkiem nowe... Tak więc zachęcam do dalszego śledzenia wpisów na blogu...)

7 listopada 2011

„Dżihad”, czy to „święta wojna”?

12 września 2011, godzina 20:30

Tak sobie pomyślałam, że nadszedł odpowiedni moment, aby napisać kilka słów na temat „dżihadu” – pojęcia, które po zamachach z 11 września 2001 roku, stało się bardzo popularne w kulturze Zachodu, i które pojawia się we wszystkich dyskusjach dotyczących terroryzmu. A czym naprawdę jest „dżihad”?
Wpis w dużym stopniu opieram na książce Ewy Machut – Mandeckiej „Archetypy islamu”, którą bardzo gorąco polecam tym, którzy interesują się kulturą islamu, tym którzy z różnych powodów chcieliby zrozumieć czym jest islam, a także tym, którzy zapragnęli porzucić stereotypowe przekonanie, że każdy muzułmanin jest terrorystą.
Powracam jednak do pytania, czym jest „dżihad” – pojęcie, które w obecnych czasach wzbudza niemało kontrowersji, emocji, a także obaw. Czy jednak słusznie boimy się „dżihadu” i czy słusznie tłumaczymy ten termin jako „świętą wojnę”?
„W kontekście teologii islamu termin „święta wojna” nie znajduje w ogóle zastosowania, ponieważ wobec braku podziału na sfery sacrum i profanum wszystkie działania muzułmanina są interpretowane w kontekście religijnym, a zatem każda wojna jest w takim samym stopniu „święta” jak „świecka””
(Ewa Machut – Mandecka, „Archetypy islamu”, s. 130)
Termin “dżihad” nie występuje w żadnym wersecie Quranu, świętej księgi islamu. Pojawia się natomiast termin „dżahada”, którego znaczenie można określić jako „starać się, bić się, poświęcać wszystkie siły, wojować w imię czegoś”. Quran jest księgą, którą można czytać tylko i wyłącznie w oryginale, a więc w języku, w którym powstał. Wszystkie tłumaczenia (zwane przekładami) jakie znajdujemy na całym świecie są jedynie streszczeniami, interpretacjami oryginalnego tekstu. Przysparza to kolejnych problemów na drodze interpretacji pewnych pojęć zawartych w księdze, w tym także pojęcia „dżahady”, czy powstałego później rzeczownika „dżihad”.
„W pierwszym cyklu objawień islamu, który przypada na okres mekkański, dżihad przyjmuje swoje szerokie znaczenie – starań, wytężonych wysiłków podejmowanych w określonym celu. „Kto usilnie walczy, walczy dla samego siebie” (Quran, sura 29,26).
(Ewa Machut – Mandecka, „Archetypy islamu”, s. 132)
W tym kontekście dżihad pojmowany jest jako walka z własnymi namiętnościami, wysiłek podejmowany przez każdego muzułmanina w celu zbliżenia się do Boga. Nie ma tu ani słowa o walce zbrojnej przeciwko innowiercom, czy niewiernym.
Niestety, przez wieki uczeni i interpretatorzy Quranu, zaczęli pojmować ową walkę, również jako walkę zbrojną przeciwko tym, którzy w jakikolwiek sposób atakują islam.
Koniec XX i początek XXI wieku przynosi zamachy i ataki terrorystyczne, które przez uczonych Zachodu zaczynają być określane jako „święta wojna”. Czy jednak słusznie?

2 listopada 2011

Panorama Kairu w 10 rocznicę zamachów z 11 września

11 września 2011, godzina 20:00

10 rocznica zamachów na World Trade Center w Nowym Jorku – wydarzenia, które wstrząsnęło całym światem, a już na pewno całym światem „zachodnim”.
W Kairze nie wydarzyło się dzisiaj właściwie nic nadzwyczajnego. Jak wszystkie dni przez ostatnie trzy miesiące, tak samo i dzisiaj było upalnie i słonecznie. Jak co dzień na ulicach w centrum miasta tworzyły się „korki” uliczne, jak co dzień ludzie spieszyli się do pracy, jak co dzień wracali po pracy do swoich domów, spotykali się z przyjaciółmi. Zupełnie jakby nikt nie zauważył, że właśnie dzisiaj przypada 10 rocznica tych strasznych wydarzeń, które „zaburzyły” pozycję Stanów Zjednoczonych we współczesnych świecie.
I pewnie gdyby nie fakt, że w hotelu, w którym mieszkam, przebywa również obywatelka USA, nikt z nas nie przypomniałby sobie o wydarzeniach sprzed dziesięciu lat. I zadaję sobie tylko jedno pytanie – czy to coś nagannego, że tak po prostu zapomnieliśmy? Czy powinniśmy zapomnieć, czy może jednak powinniśmy pamiętać? Pamiętać już na zawsze? Tylko jeśli pamiętać, to właściwie co powinniśmy zapamiętać? Atak na Stany Zjednoczone, o którym siły bezpieczeństwa USA wiedziały od dłuższego czasu, tylko zbagatelizowały wszelkie przesłanki? A może powinniśmy zapamiętać niewinnych ludzi, którzy stracili życie wyskakujących z okien obu wieżowców? A może uderzenie drugiego samolotu, które mieliśmy okazję obserwować w relacjach telewizyjnych „na żywo”? A może zawalenie się obu wież, które zabrały ze sobą tak wiele istnień ludzkich? A może powinniśmy zapamiętać wszystko to, co wydarzyło się po ataku na World Trade Center – wojnę w Iraku, wojnę w Afganistanie? A może wszystkie kontrowersyjne pytania i hipotezy na temat przyczyn, przebiegu i nigdy nie wyjaśnionych faktów dotyczących tego straszliwego ataku? Co powinniśmy zapamiętać?
W Kairze jest dzisiaj piękna pogoda... być może taka sama, jaka była tu 11 września 2001 roku... i oby na całym świecie nie wydarzyło się dzisiaj nic, co przyćmiłoby swoją „wielkością” i swoim okrucieństwem wydarzenia sprzed 10 lat.

Kair 11 września 2011 roku





27 października 2011

Demonstracja w ambasadzie Izraela

10 września 2011, godzina 1:30
Kolejny piątek w centrum Kairu. Jak prawie co tydzień, na Placu Tahrir odbyła się demonstracja - pokojowa, trochę wesoła, a momentami nawet chaotyczna. Nie do końca było wiadomo, czego tym razem domagają się mieszkańcy Kairu. Wydawać by się mogło, że po prostu przyszli na Plac Tahrir, aby zademonstrować, że wciąż tu są, że wciąż są silni i pełni energii, że wciąż są w stanie zebrać się dość licznie w jednym miejscu i walczyć „o swoje”. Ale dzisiaj tej walki na ulicach w centrum Kairu nie było... do czasu.
Było już dawno po północy, siedzieliśmy na hotelowym tarasie i rozmawialiśmy „o wszystkim i o niczym”. Gdzieś w tle naszych rozmów był włączony telewizor. Nagle nasz wzrok przykuł dość makabryczny obrazek, jaki pokazywały lokalne wiadomości – płonął dwu-, a może nawet trzypiętrowy budynek, wokół było mnóstwo wojska i rozkrzyczanej (chociaż to dość łagodnie powiedziane) młodzieży. Jednym słowem – na tle płonącego budynku trwała „wojna” pomiędzy dość mocno rozgniewanym tłumem a wojskiem. Nikt z nas, a siedziało nas na tarasie około 8 osób, nawet przez sekundę nie pomyślał, że wydarzenia, jakie mamy okazję oglądać, rozgrywają się niecałe trzy kilometry od nas. Nikt nawet nie pomyślał, że wszystko dzieje się w Kairze. Dopiero po chwili dotarło do nas, że ta wojna toczy się w okolicy, a także (jak się później okazało) wewnątrz ambasady Izraela w centrum stolicy Egiptu. Byliśmy naprawdę zaskoczeni. Pokojowa demonstracja, która przez pół dnia odbywała się pod naszymi oknami, przeistoczyła się w jakąś niszczycielską i pełną nienawiści siłę, która postanowiła dokonać całkowitego zniszczenia izraelskiego budynku rządowego znajdującego się na terenie Kairu.
Jak się dowiedzieliśmy następnego dnia rano, chuligani wtargnęli do budynku ambasady siłą, pobili jednego z pracowników ochrony, a także spalili część znajdujących się wewnątrz dokumentów. Rannych zostało ponad 1000 osób, a 3 poniosły śmierć. 


pokojowa demonstracja w centrum Kairu


25 października 2011

Marzenia o ślubie

7 września 2011, godzina 21:00

Fragment rozmowy dwóch młodych Egipcjanek, jaką miałam okazję podsłuchać na hotelowym tarasie (wiem, wiem... nieładnie jest podsłuchiwać, ale...)

-         Właśnie zerwałam zaręczyny i jestem taka szczęśliwa, że mogłabym tańczyć na stole
-         Jesteś głupia, że to zrobiłaś... facet jest strasznie bogaty! Kupiłby ci wszystko, czego tylko zapragniesz, a ty tak po prostu zrywasz zaręczyny.... popatrz na pierścionek, który masz na palcu... kosztował majątek, a to dopiero początek. Wyobraź sobie ogromną willę, może nawet z basenem, wielki ogród, ekskluzywny samochód, bankiety, przyjęcia, egzotyczne wakacje.... i to wszystko twoje. Nigdy nie będziesz musiała chodzić do pracy, wstawać wcześnie rano... może nic nie będziesz musiała robić. Głupia jesteś!
-         Wiem... tak się z nim tylko bawię. Chcę, żeby płakał mi w słuchawkę i błagał, żebym zmieniła decyzję. Jak jutro zadzwoni i poprosi, żebym jednak została jego żoną, to się zgodzę. Przecież nie zrezygnuję z takiego majątku...
-         A ty go w ogóle kochasz?
-         Nie, ale miłość przecież nie jest potrzebna. Najważniejsze, to żeby był bogaty...i kupował mi prezenty.
-         Masz rację. Miłość nie istnieje...

(chwila przerwy...)

-         Ale ty jesteś szczęściarą, że ci się taki bogaty trafił. Jak ty go w ogóle poznałaś?
-         Poznaliśmy się kilka lat temu i byliśmy jakiś czas ze sobą. Potem mnie zostawił, bo zakochał się w innej. Wiesz, on dużo podróżuje... miał wiele dziewczyn. Z wieloma też sypiał.... ale chce się ożenić ze mną. Któregoś dnia przyszedł do mojego ojca i zapytał go o moją rękę.
-         Byłabyś głupia, gdybyś odmówiła....
-         Nie odmówię... zerwałam zaręczyny, bo się tylko bawię. Ale zadzwoni, zapłacze, a za miesiąc będę jego żoną. I nigdy już nie będę musiała pracować! I będę miała wszystko!
-         Zazdroszczę ci. Naprawdę ci zazdroszczę. Ja za chwilę będę miała 20 lat i jeszcze żaden mężczyzna nie przyszedł i nie zapytał ojca o moją rękę. Jak przez rok nic się nie zmieni, to chyba się zabiję! Przecież nie mogę być starą panną! Ale ja ci zazdroszczę!

Powyższa rozmowa doskonale obrazuje tok myślenia młodych Egipcjanek i myślę, że nie wymaga ode mnie żadnego komentarza. Najważniejsze dla tych młodych dwudziestoletnich dziewczyn, jest po prostu zakończyć edukację na poziomie „koledżu”, znaleźć bogatego męża, zaraz po ślubie zajść w ciążę i... nic nie robić. Na tym kończą się bowiem ich życiowe ambicje. Wszystko, co pragną osiągnąć, to bogaty mąż, którego jedynym zadaniem jest zarabianie pieniędzy. O miłości nie myśli żadna z nich.

22 października 2011

Moda na ulicach Kairu

6 września 2011, godzina 18:30

Słów kilka na temat mody panującej na ulicach Kairu. Nie jestem i nigdy nie byłam specjalistą od mody, nigdy nawet nie interesowałam się aktualnie panującymi trendami, nigdy nie biegałam po sklepach i nie kupowałam tzw. „hitów, czy krzyków mody”. Nie znam nawet nazwisk rodzimych projektantów. Przez całe życie kierowałam się, i nadal tak robię, własnym stylem i ubieram się w to, w czym jest mi po prostu wygodnie.
A jednak jako całkowity laik w tej dziedzinie zauważam dość znaczne różnice w sposobie ubierania się ludzi w Polsce i w Kairze. I nie mam tu na myśli faktu, że kobiety w Polsce odsłaniają, szczególnie latem, dużo więcej ciała niż ich egipskie koleżanki. Myślę tu raczej o kolorach. Ulice Kairu są po prostu bardziej kolorowe, zarówno latem, jak i zimą. Kolorami dominującymi w strojach zarówno młodych dziewcząt, jak i chłopców, są tego roku turkusowy, różowy, burgundowy, błękitny, żółty, czerwony... nie jest niczym zaskakującym spotkać na ulicy mężczyznę ubranego w różową czy żółtą koszulkę, co wcale nie oznacza, że jest homoseksualistą. Może poprzez żywe i jaskrawe kolory mieszkańcy Kairu próbują dodać trochę radości i optymizmu swojemu, często ciężkiemu, życiu? 





19 października 2011

Przeżyć za dwa dolary, czyli bieda w Kairze

5 września 2011, godzina 20:00

Nawiązując do poprzedniego wpisu, chciałabym wspomnieć kilka słów na temat biedy w Kairze. Z pełną świadomością mogę stwierdzić, że stolica Egiptu ma dwie twarze: dumną, majestatyczną, bogatą, kolorową, ukazującą swe oblicze szczególnie nocą i przeznaczoną dla turystów oraz biedną, szarą, stłamszoną, którą zdają się zauważać tylko i wyłącznie biedni mieszkańcy. I nieprawdą jest, że na ulicach tej afrykańskiej metropolii nie ma ludzi bezdomnych, ludzi głodnych, ludzi schorowanych, którzy nie mają dokąd pójść. Ich całe życie to ulica, ławka nad brzegiem Nilu, kawałek kartonu rozłożony na chodniku... W tym osiemnastomilionowym mieście nie brakuje też ludzi, którzy co prawda mają gdzie się schronić na noc, mają swój dom, ale każdy nowy dzień to dla nich walka o przetrwanie, walka o choćby jednego funta. W Kairze jest wiele rodzin, które muszą przeżyć za dwa dolary dziennie. Na poparcie mojej tezy przytoczę tu historię, którą miałam okazję usłyszeć podczas Rewolucji.
Otóż pewna rodzina składająca się z rodziców oraz czwórki synów jest jedną z tych właśnie rodzin, które każdego dnia zmagają się z ubóstwem. Synowie są w wieku 8, 9, 13 i 15 lat, a więc wszyscy z nich podlegają obowiązkowi szkolnemu. Jednym z wielu problemów tej rodziny jest zakup czterech mundurków szkolnych, których noszenie jest tutaj obowiązkiem. Rozwiązaniem okazało się chodzenie do szkoły „na raty” – dwóch młodszych synów uczęszcza na lekcje poranne, potem w pośpiechu wracają do domu, przekazują swoje mundurki braciom, którzy z kolei chodzą do szkoły na zajęcia popołudniowe. Ile rodzin w całym Kairze znajduje się w podobnej sytuacji?
Pamiętam też inną historię, która przybliża sytuację materialną wielu rodzin egipskich. Młoda dziewczyna w dość zaawansowanej ciąży (chyba w siódmym miesiącu) zdecydowała się na poszukiwanie pracy. W tej kulturze była to decyzja nie tylko krępującą, ale również dla wielu szokująca – w końcu to mężczyzna jest odpowiedzialny za zarabianie pieniędzy i utrzymanie  rodziny. Ale problemem tego młodego małżeństwa było to, że młody chłopak nie umiał ani czytać, ani pisać, co bardzo utrudniało mu znalezienie jakiejkolwiek pracy.  Żona, pomimo zaawansowanej ciąży, podjęła pracę jako pokojówka w jednym z kairskich hoteli... gdyby tego nie zrobiła, być może przez kolejny miesiąc oboje nie mieliby co jeść?
Mogłabym tu przytaczać wiele podobnych historii, ale już z tych przedstawionych powyżej nasuwa się pewien bardzo smutny, ale niestety prawdziwy, wniosek – brak wykształcenia oraz bieda są jednym z poważniejszych problemów, z jakimi zmaga się współczesny Egipt. Problem ten był również powodem, dla którego Egipcjanie tak licznie przyszli na Plac Tahrir 25 stycznia 2011 roku i pozostali tam na długie 18 dni i nocy. 

15 października 2011

Motoryzacja na ulicach Kairu

4 września 2011, godzina 14:00

Wielu moich polskich znajomych pyta mnie, szczególnie teraz, po Rewolucji, jak to jest z biedą w Egipcie? Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ponieważ nigdy nie prowadziłam żadnych badań dotyczących statusu materialnego społeczeństwa egipskiego. Jedyne, na czym mogę oprzeć swoją próbę odpowiedzi na stawiane mi pytanie, to obserwacja oraz rozmowy prowadzone z moimi egipskimi znajomymi – większość z nich należy jednak do tzw. klasy średniej - większość z nich pracuje zawodowo, mieszkają w tzw. „lepszych” (bogatszych) dzielnicach Kairu i prawie wszyscy z nich posiadają własny samochód, kupiony za zaoszczędzone pieniądze. Trudno więc na tej podstawie stwierdzić, czy prawdą jest fakt, iż większość rodzin egipskich żyje za dwa dolary dziennie. Postanowiłam jednak przyjrzeć się nieco uważniej ulicom położonym w centrum miasta i swoją próbę odpowiedzi na pytanie dotyczące biedy w stolicy Egiptu oprzeć na obserwacji prywatnych środków transportu.
Muszę przyznać, że zadanie, jakie sobie postawiłam, było niezwykle interesujące... szczególnie biorąc pod uwagę fakt, iż liczę sobie więcej niż 25 wiosen, a więc niejedno już w życiu widziałam i przeżyłam  - nie jestem dzieckiem internetu i kalkulatora, pamiętam również czasy czarno-białej telewizji. A jednocześnie muszę dodać, że od zawsze mieszkałam w dużym mieście, gdzie postęp i nowinki technologiczne docierają znacznie szybciej niż na daleką wieś. A jednak obserwacja ulic Kairu była dla mnie jednocześnie i szokująca, i zaskakująca...
O tym, jakie środki transportu można zobaczyć na ulicach w centrum stolicy Egiptu, najlepiej „opowiedzą” zdjęcia, które zrobiłam podczas moich licznych spacerów ulicami dzielnic: Downtown i Zamalek.














7 października 2011

Mały krokodyl

01 września 2011, godzina 19:00

Uff!!!! Co za popołudnie!!! Ale może zacznę od początku....
Biorąc pod uwagę fakt, że nie jestem muzułmanką i nie obchodzę świąt zakończenia postu, a zawód, jaki wykonuję nie zna ani niedziel, ani świąt, postanowiłam dzisiejszy dzień spędzić w pracy. Mój ambitny plan rozpoczęłam realizować około godziny 16 na tarasie hotelu, w którym mieszkam (do pracy jest mi bowiem potrzebny tylko i wyłącznie laptop z internetem). Słońce chyliło się ku zachodowi, temperatura powietrza powoli spadała poniżej 30 stopni Celsjusza, a mimo to na tarasie nie spotkałam żadnego z mieszkańców hotelu. Wokół panował spokój, który pozwalał mi skupić się wyłącznie na pracy. Niestety, pół godziny później turyści zaczęli wracać z całodziennych spacerów po Kairze i kierowali swe kroki na taras. Zostałam zmuszona do zmiany planów, a przynajmniej do zmiany miejsca pracy. Wróciłam więc do ciasnego hotelowego pokoju. I już zabierałam się za kontynuowanie moich ambitnych zawodowych planów, kiedy na ścianie oddalonej ode mnie o pół metra ujrzałam biegającego małego krokodyla. Zamarłam ze strachu! W mojej głowie pojawiło się tysiąc różnych pomysłów: nie spuszczając wzroku z lokatora, obmyślałam plan ucieczki z własnego pokoju. „Mały krokodyl” wciąż nerwowo biegał po ścianie, a mój wzrok dokładnie rejestrował każdy, nawet najmniejszy, jego ruch. W końcu zdobyłam się na odwagę: w jednej sekundzie podniosłam się z łóżka, podbiegłam do drzwi i wyskoczyłam na korytarz. Dalsze losy małego krokodyla pozostawiłam w rękach pracowników hotelowej recepcji.

* dla wyjaśnienia dodam tylko, że mały krokodyl tak naprawdę był małym gekonem, które dość licznie zamieszkują Kair.  

gekon na ścianie w hotelowym pokoju

5 października 2011

Święto zakończenia postu (Eid al - Fitr), czyli wyludnione ulice Kairu

31 sierpnia 2011, godzina 21:00

Rozpoczęło się trzydniowe święto zakończenia postu – Eid al-Fitr. Oznacza to, że po raz kolejny Kair wygląda jak miasto opuszczone; część mieszkańców, korzystając z kilku dni wolnych od pracy ( w tym roku są to cztery, a nawet pięć dni wolnych), wyjechała z miasta na krótkie wakacje. Ci, którzy z różnych powodów nie mogli wyjechać, cały swój czas spędzają nad Nilem. Ulice Downtown – dzielnicy, w której mieszkam, są puste, ciche i spokojne. Siedząc na hotelowym tarasie ma się wrażenie, że w Kairze brakuje już nie tylko turystów, ale również mieszkańców. 

2 października 2011

Kontrakt małżeński „orfi”

26 sierpnia 2011, godzina 19:00

W nawiązaniu do wcześniejszego wpisu pragnę wyjaśnić czym jest kontrakt małżeński „orfi”. Najprościej jest to po prostu ślub tymczasowy zawierany na, z góry określony, czas. Do zawarcia związku małżeńskiego, jak w każdym przypadku, potrzebni są świadkowie – najczęściej po jednym dla każdej ze stron, a uroczystość zaślubin odbywa się nie w meczecie, ale w kancelarii prawnej.
Dla Egipcjan „orfi” jest nic nie znaczącym kawałkiem papieru. Powód, dla którego muzułmanie decydują się na taki rodzaj związku, jest chyba tylko jeden – odkąd są małżonkami mogą całkiem legalnie i bez grzechu mieszkać pod jednym dachem i sypiać w jednym łóżku. A po wcześniej ustalonym czasie kontrakt po prostu wygasa, a małżeństwo przestaje istnieć.
Dodam jeszcze, że zaproponowanie przez mężczyznę kontraktu „orfi” świadczy o jego kompletnym braku szacunku dla kobiety - prawie zawsze Europejki, która najczęściej nawet nie ma pojęcia, czym jest „orfi”. Słysząc propozycję małżeństwa, nawet nie zastanawia się nad jego formą i powodami, dla których nowo poznany mężczyzna prosi ją o rękę. A młodzi Egipcjanie decydując się na to, jakże krótkotrwałe małżeństwo, mają po prostu czyste sumienie przed Bogiem. 

1 października 2011

„Darling, I lowe ju” (2), wnioski po obejrzeniu filmu

25 sierpnia 2011, godzina 14:30

(jeżeli nie ukończyłeś/aś 18 roku życia, przejdź do innego postu lub cierpliwie poczekaj na nowy wpis...)

 „Większość Polek, które tutaj spotkałem przynoszą wstyd Polsce i wszystkim Polakom. One tu nie przyjeżdżają dla atrakcji turystycznych. One tu przyjeżdżają, żeby się puszczać z miejscowymi (...) Wstyd mi, że jestem Polakiem”. To jedno z ostatnich zdań, jakie pada w filmie i jednocześnie najtrafniejszy wniosek, jaki się nasuwa po obejrzeniu dokumentu Anny Błaszczyk. Mi też czasami jest wstyd, że jestem Polką, ale w przeciwieństwie do związku Polaków w Kairze, nie uważam, że problem poruszany w filmie nie istnieje. Niestety, problem polskich (seks) turystek „wypoczywających” na plażach Morza Czerwonego istnieje i z każdym rokiem staje się coraz większy. Do Hurghady przyjeżdżają zarówno młode dziewczyny, które po zdanym egzaminie dojrzałości postanowiły odpocząć na plażach Egiptu, ale także mężatki w średnim wieku na co dzień pracujące na wysokich stanowiskach.  Ma się wrażenie, że wiek, status społeczny czy materialny, nie mają żadnego znaczenia. Najważniejsza jest zabawa w miejscowych klubach i „mocne”, niezapomniane wrażenia. Jedna z „bohaterek” filmu jest kobietą w pełni dojrzałą, emerytką, a nawet babcią – ale jakże naiwną. Aż trudno uwierzyć, że ta w pełni dojrzała kobieta daje się nabrać na czułe słówka młodych Egipcjan. A co więcej - jest w pełni usatysfakcjonowana ze swojego „powodzenia” wśród młodych mężczyzn, jest wręcz wniebowzięta z ilości otrzymywanych wyznań miłosnych ( za pomocą wiadomości tekstowych wysyłanych na jej telefon komórkowy). Kamera towarzyszy jej podczas wizyty w dość ekskluzywnym sklepie obuwniczym. Kobieta wydaje się być niezwykle szczęśliwa, kiedy sprzedający w owym sklepie Egipcjanin chwyta ją za pośladki, całuje, a następnie pyta o kolor bielizny. A w domu na tę kobietę czeka mąż... ale tu, w Hurghadzie liczy się tylko chwila teraźniejsza.
Kolejnym przykładem na poparcie moich słów jest młoda dziewczyna, która w kilka dni po przylocie do nadmorskiego kurortu, zakochuje się w przystojnym Egipcjaninie (mężczyzna nawet nie zgodził się na pokazanie swojego wizerunku we wspomnianym filmie, ciekawe dlaczego?). Po kilku dniach podczas jednej ze wspólnie spędzanych nocy, mężczyzna pyta o ślub. Bez chwili zawahania dziewczyna odpowiada „tak”. Jest wniebowzięta!!! Cała „uroczystość” odbywa się u prawnika i nie trwa dłużej niż 10 minut, a całkowity koszt ślubu wynosi dla kobiety 1 funta (równowartość 50 polskich groszy), a dla wybranka aż 100 funtów. Taką też kwotę otrzyma młoda dziewczyna w przypadku rozwodu... ale rozwodu nigdy nie będzie. Rodzaj ślubu, na jaki zdecydowała się ta młoda Polka raczej wyklucza taką możliwość, gdyż jest to ślub tymczasowy – tzw. „orfi”.
Obie bohaterki są równie naiwne, co pięcioletnie dzieci. I o ile można by taki „poryw serca” wybaczyć zauroczonej egzotyczną urodą dwudziestolatce, o tyle trudniej zrozumieć postawę babci – emerytki (jak bohaterka nazywa samą siebie). Ale nie zamierzam nikogo ani oceniać (a tym bardziej negatywnie), ani oskarżać o niemoralność... tylko dlaczego tak powszechne, i w tutejsze kulturze naganne, zachowania Polek wypoczywających na plażach Hurghady, wywierają równie negatywny wpływ na postrzeganie wszystkich przedstawicielek narodowości polskiej???!!!  I dlaczego kiedy jakiś przesympatyczny Kairczyk pyta o kraj mojego pochodzenia, zaczynam się zastanawiać nad odpowiedzią?! Bo jak wyznał jeden z młodych Egipcjan, „Europejki można pieprzyć, ale nie szanować”. A ja jednak wolałabym, żeby otaczający mnie mężczyźni odnosili się do mnie z szacunkiem i patrzyli na mnie przez pryzmat tego, co ukrywam w moim sercu i duszy, a nie traktowali mnie tylko jako obiekt seksualny. 

30 września 2011

Ramadan

20 sierpnia 2011, godzina 19:00

Mój powrót do Kairu przypadł na połowę świętego miesiąca Ramadan – miesiąca postu. W trakcie trzydziestu dni każdy muzułmanin ma obowiązek powstrzymywać się od jedzenia, picia, palenia papierosów (o innych używkach nie wspominając), a także od uprawiania seksu i spoglądania na kobiety pożądliwym wzrokiem – a wszystko to od wschodu do zachodu słońca. W praktyce oznacza to mniej więcej czas pomiędzy godziną 4 nad ranem a 18:30.
Jak wygląda codzienne życie mieszkańców Kairu w trakcie świętego miesiąca?
Mam to szczęście, że mieszkam na szóstym piętrze starej kamienicy w samym centrum stolicy kraju faraonów skąd swobodnie mogę prowadzić obserwacje jej mieszkańców. Życie codzienne różni się od tego, które miałam okazję obserwować i analizować przez ostatnie dziesięć miesięcy - przede wszystkim cały cykl dnia podporządkowany jest „zasadom” obowiązującym każdego muzułmanina podczas Ramadanu. I tak życie na ulicach Kairu „zamiera” około godziny czwartej nad ranem, kiedy śpiewny głos muezina ogłasza czas modlitwy, i od kiedy zaczyna obowiązywać post. Większość mieszkańców udaje się na spoczynek, a miasto pogrąża się we śnie. Z ulic znikają samochody, spacerowicze, rodziny z dziećmi, bezpańskie psy i bezdomne koty – panuje, jakże obca temu miastu, cisza. Około godziny siódmej rano rozpoczyna się kolejny dzień, ale jakże inny od tych, które znałam do tej pory. Część okolicznych kawiarni i restauracji jest zamknięta do wczesnych godzin popołudniowych, sklepikarze pracują jakby wolniej, na ulicach spacerują tylko turyści. Jest środek lata, temperatura przekracza trzydzieści stopni Celsjusza i kto nie musi spieszyć się do pracy, pozostaje w zaciszu domowym i spędza dzień na odsypianiu nocnych spotkań towarzyskich. Miasto zaczyna się budzić około godziny 16. Wtedy to na ulicach pojawiają się stoły i krzesła, gdzie półtorej godziny później uroczyste śniadanie będą mogli zjeść najubożsi. W restauracjach i kawiarniach panuje ożywienie, na ulicach pojawia się coraz więcej mieszkańców, szukających wolnych stolików w restauracjach. Zbliża się czas „iftar”, czyli uroczystego śniadania spożywanego w gronie rodziny lub przyjaciół, ale nigdy w samotności. Ramadan to taki czas w roku, w którym potrzeba bliskości drugiego człowieka jest szczególnie  mocno odczuwalna. O zachodzie słońca głos muezina ponownie wzywa na modlitwę, a jednocześnie jest to sygnał zakończenia codziennego postu. Na ulicach miasta, z każdą godziną, pojawia się coraz więcej jego mieszkańców, którzy mogą już swobodnie jeść i pić. Jest to czas spotkań z rodzinami, przyjaciółmi, sąsiadami... czas, kiedy całe życie towarzyskie przenosi się na ulice Kairu. Jest to czas „wspólnej biesiady”, która potrwa aż do wschodu słońca. A potem wszyscy udadzą się na zasłużony spoczynek, by kolejnego dnia znów spotkać się przy wspólnym stole. 

6 września 2011

Doniesienia z Kairu

19 sierpnia 2011, godzina 12:00

Ostatni miesiąc spędziłam w Polsce, do której wiadomości z Egiptu, a już w szczególności z Kairu, nie docierały. Nie oznacza to, że przez cały mój pobyt w rodzinnym kraju nie korzystałam z możliwości jakie daje internet i nie śledziłam losów „mojego” miasta i jego mieszkańców.  Spróbuję w bardzo dużym skrócie przybliżyć wydarzenia, które miały tu miejsce podczas mojej nieobecności.
Kiedy 17 lipca opuszczałam Kair, na Placu Tahrir znów zbierali się demonstranci, którzy po raz kolejny utworzyli „miasteczko namiotowe” w centrum miasta. Domagali się wprowadzenia zapowiadanych kilka miesięcy wcześniej zmian oraz ukarania wszystkich tych, którzy ponoszą jakąkolwiek odpowiedzialność za śmierć protestujących. Dwa tygodnie później rozpoczął się Ramadan – święty miesiąc w kalendarzu muzułmanów. Większość mieszkańców Egiptu głęboko wierzyła, że na ten czas w mieście zapanuje względny spokój, ale tak się nie stało. Protestujący zgromadzeni na Placu Tahrir zapowiedzieli, że nie wrócą do swoich domów dopóki ich żądania nie zostaną spełnione. Kilka dni po rozpoczęciu Ramadanu wojsko wraz z policją użyli siły do rozpędzenia demonstrującego tłumu. Z Placu Tahrir zniknęły wszystkie namioty, zniknęli protestujący.
Poza tym zaraz na początku sierpnia rozpoczął się proces sądowy byłego prezydenta, jego dwóch synów, a także byłego ministra spraw wewnętrznych. Relację z pierwszej rozprawy pokazywano we wszystkich stacjach telewizyjnych na całym świecie, także w Polsce. Ale nigdzie nie wzbudziła ona takiego zainteresowania, jak w krajach arabskich - relację śledzono w domach, kawiarniach, restauracjach, sklepach... Ze względu na stan zdrowia były prezydent Hosni Mubarak pojawił się w sali rozpraw na szpitalnym łóżku, co wzbudziło ogromne emocje wśród Egipcjan. Większość przeciwników byłego prezydenta nie mogła uwierzyć, że to, co widzą na ekranie telewizora, dzieje się naprawdę. Nie mogli uwierzyć, że udało im się doprowadzić do procesu Hosniego Mubaraka. Niestety, ogólnodostępna transmisja z sali rozpraw doprowadziła do wzrostu napięcia wśród mieszkańców Egiptu i na terenie Kairu doszło do kolejnych zamieszek, w wyniku których kilkanaście osób zostało rannych. Podobnie sytuacja przedstawiała się podczas kolejnej rozprawy, która odbyła się 15 sierpnia. W związku z powyższym sędzia prowadzący zadecydował, że kolejne rozprawy nie będą transmitowane przez żadną stację telewizyjną, aż do ogłoszenia wyroku.
I to chyba najważniejsze wydarzenia jakie miały miejsce w Kairze podczas mojego miesięcznego pobytu w Polsce. 

4 września 2011

Na lotnisku w Kairze


18 sierpnia 2011, godzina 02:30

Jest środek nocy, chociaż mieszkańcy miasta, w którym się aktualnie znajduję absolutnie nie myślą jeszcze o spoczynku. Dla nich ten wieczór będzie trwał jeszcze dwie godziny. Jak nietrudno zgadnąć – wróciłam do Kairu.
Już nie raz wylatywałam i wracałam do tego miasta, ale nigdy wcześniej nie czułam takiego smutku jak dzisiejszej nocy. Międzynarodowe lotnisko w Kairze dosłownie „świeci” pustkami, a w samolotach jest więcej miejsc pustych, niż pasażerów chcących spędzić w stolicy kraju faraonów choćby kilka dni. Niestety, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – turyści przestali przyjeżdżać do Egiptu. Ze względu na ogólną sytuację polityczną w tym regionie, większość odpoczywających wybrała w tym roku plaże Turcji. Z tego co mi wiadomo, hotele w kurortach nad Morzem Czerwonym są obłożone zaledwie w 50%, natomiast w samym Kairze jest to mniej więcej 20%.
Wysiadam z prawie pustego samolotu, przechodzę przez opustoszałe lotnisko, mijam kontrolę paszportową, odbieram bagaż, w końcu spotykam kierowcę i opuszczam terminal. Ale przez całą długą drogę do hotelu, w którym mieszkam, nie opuszcza mnie smutek.

Jeszcze kilka miesięcy temu cała Europa, a nawet cały świat solidaryzował się z mieszkańcami Egiptu, wspierając ich w walce o lepszą przyszłość dla swoich dzieci. A dzisiaj? A dzisiaj, kiedy gospodarka tego kraju jest w „opłakanym” stanie i kiedy najbardziej potrzebne są nam wpływy od zagranicznych turystów, cały świat o nas zapomniał. A przecież tak niewiele się tu zmieniło – w Gizie wciąż wznoszą się Piramidy, wody Nilu wciąż cierpliwie wdzierają się w piaski pustyni, w Muzeum w Kairze nadal można podziwiać zabytki starożytnego Egiptu. A jednak coś się zmieniło – na ulicach Kairu na próżno można szukać turystów.
Docieram do hotelu z jednym pytaniem w głowie – kiedy, i czy w ogóle, to miasto będzie znów takie, jak dawniej, jak jeszcze osiem miesięcy temu? 

2 września 2011

Wakacje w Polsce – w kawiarni


10 sierpnia 2011, godzina 23:00

Jest godzina 23. W Kairze właśnie rozpoczyna się wieczór (szczególnie teraz, w okresie Ramadanu), ale tu w Polsce wieczór dobiega końca. Ludzie wracają do swoich domów – o ile w ogóle z nich wyszli, powoli gasną światła, miasto układa się do snu. Często zdarzało mi się o tej godzinie dopiero rozpoczynać spotkania towarzyskie, spacerować nad Nilem, czy szukać wolnego stolika w zatłoczonych kawiarniach. A tutaj?
Umówiłam się z dawno niewidzianą koleżanką na kawę, i nawet (ku mojemu zaskoczeniu) nie musiałam jej specjalnie przekonywać, że może lepiej byłoby wypić tę kawę w przytulnej kawiarni, a nie spotykać się (jak to mamy w zwyczaju) w domu. Na miejsce naszego spotkania wybrałyśmy dość znaną kawiarnię w jednym z centrów handlowych. Wieczór był niezwykle przyjemny – ale to już zasługa dobrego towarzystwa, bo samo miejsce sprawiło mi wiele niespodzianek. Przez ostatnie osiem miesięcy przyzwyczaiłam się, że do kawiarni (nawet najbardziej lokalnej, usytuowanej pod gołym niebem) się po prostu wchodzi, siada przy stoliku, przegląda menu i czeka. Obie z koleżanką zasiadłyśmy wygodnie w fotelach i zaczęłyśmy „studiować” dziesięciostronicowe menu. Ja, jak zawsze, wybrałam duże Latte... potem rozpoczęło się oczekiwanie na kelnerkę... i trwałoby wiecznie, gdyby moja koleżanka nie zdecydowała się podejść do lady. Okazało się, że nie dość, że nikt tak naprawdę nie obsługuje klientów, to jeszcze należy zapłacić za zamówienie „z góry”, nie tylko przed wypiciem, ale jeszcze przed odebraniem napoju – po który także należy się osobiście zgłosić do lady, bo kelnerka nie biega między stolikami. Jest tylko jeden plus systemu pracy owej kawiarni – klient zaoszczędza na napiwkach... bo musiałby go zapłacić samemu sobie.
Ale to nie koniec niespodzianek – dokładnie o godzinie 20:50 usłyszałyśmy, że do  zamknięcia lokalu pozostało już tylko dziesięć minut... (dobrze by więc było dopić kawę, herbatę, sok, drinka itp., spakować „manatki” i opuścić kawiarnię). Coś podobnego nie zdarzyło mi się nigdy w Kairze – choćbym poszła na kawę w środku nocy. No, ale widocznie w Polsce nie wszędzie obowiązuje hasło „klient nasz pan”. 

29 sierpnia 2011

Wakacje w Polsce – kaprysy pogody


29 lipca 2011; godzina 21:00

Jestem w Polsce już prawie dwa tygodnie... Od drugiego dnia mojego pobytu nieustannie pada deszcz, a za oknem panuje coraz większy chłód. Czasami mam wrażenie, że zamiast w przestrzeni, przeniosłam się w czasie i oto „dopadła” mnie kolejna zima. Temperatura w nocy spada do mniej więcej 14 stopni, a więc do poziomu wczesnej zimy panującej w stolicy kraju faraonów. Mam tylko nadzieję, że zgodnie z telewizyjnymi prognozami pogody, wkrótce zacznie się robić cieplej, a zza chmur wreszcie wyjrzy słońce. Jakoś nie mam ochoty przeżywać kolejnego „szoku termicznego”, a zostanę w Polsce nie dłużej niż dwa i pół tygodnia. 

Wakacje w Polsce – na zakupach


19 lipca 2011, godzina 13:30

Od dwóch dni przebywam na jednej z wielkopolskich wsi. Miejscowość jest typowo letniskowa, położona na obrzeżach Puszczy Noteckiej. Wieś jest na tyle mała, że nie ma tutaj ani sklepu, ani nawet kościoła ( do najbliższej świątyni trzeba jechać aż 5 kilometrów).  W celu zrobienia tygodniowych zakupów, wybrałam się z moją najukochańszą Mamą do nieco większej miejscowości, oddalonej od owej wsi o 12 kilometrów. I niby wszystko było takie normalne, jak dawniej, jak jeszcze rok temu....do momentu, w którym nie stanęłyśmy obie przy kasie w jednym z marketów. Kasjerka w tempie błyskawicy podnosiła towar do czytnika, a potem równie szybko odkładała go na oddzielająca nas ladę. Moja Mama w równie szybkim tempie błyskawicy pakowała zakupione produkty do bawełnianych siatek i odkładała z powrotem do wózka. Następnie, prawie krzycząc, kasjerka poinformowała nas o wysokości rachunku. W przeciągu kilku kolejnych sekund nastąpiła wymiana banknotów i drobnych monet. Jeszcze dobrze nie zdążyłyśmy odejść od kasy, a cała procedura rozpoczęła się od nowa – z kolejnym, zniecierpliwionym już, klientem. I niby wszystko było jak zawsze... a jednak „robienie” przez mnie zakupów przez ostatnie sześć miesięcy wyglądało zupełnie inaczej.
W Kairze robienie zakupów jest jedną z form nawiązywania, podtrzymywania i zacieśniania kontaktów międzyludzkich. Aby nie zostać uznanym za osobę niesympatyczną, nie należy nerwowo przedreptywać z nogi na nogę, nie należy wywoływać na twarzy zniecierpliwionego uśmiechu, nie można nie zapytać o zdrowie sprzedającego i połowy jego rodziny, nie można tak po prostu bez słowa wejść do sklepu, zapłacić i bez słowa wyjść.
Ach to afrykańskie pojęcie czasu... 

27 sierpnia 2011

Wakacje w Polsce – pierwsze wrażenia...


18 lipca 2011, godzina 22:00

Od ponad 24 godzin jestem w Polsce – po długich sześciu miesiącach nieobecności. W zasadzie nic się tutaj nie zmieniło, a jednak moje własne odbieranie otaczającego mnie świata uległo całkowitej przemianie – aż sama jestem zaskoczona. Zauważyłam to już po pierwszych trzech godzinach spędzonych w hali przylotów warszawskiego Okęcia.
Pogoda jest dość przyjemna, a nawet upalna – jak podkreśliła jedna z moich przyjaciółek w rozmowie telefonicznej. Powiedzmy, że jak dla kogoś przybywającego z zakątka świata, w którym temperatura w ciągu dnia waha się pomiędzy 35 a 38 stopni, jest tutaj dość ciepło. Co nie zmienia faktu, iż wciąż mam na sobie, oprócz długich spodni i koszulki z krótkim rękawem, także jeansową marynarkę. To prawda, że przechodzący obok ludzie, patrzą na mnie ze zdziwieniem – pogoda zachęca do zrzucania maksymalnej liczby odzieży, a nie do wręcz odwrotnego działania. Ja jednak pozostaję w marynarce. Siadam w jednej z kawiarni, zamawiam duże Latte i oddaję się obserwacji otaczających mnie podróżnych (a także tych, którzy na owych podróżnych czekają).
Moje zdziwienie jest równie duże. Przez ostatnie sześć miesięcy „odwykłam” od widoku roznegliżowanych do granic możliwości przedstawicielek płci pięknej. Szanująca się muzułmanka jest zobowiązana do zakrywania nóg (aż do kostek, a przynajmniej do kolan, chociaż większość z nich nie odsłania ich w ogóle), ramion i włosów. A tu? Gdziekolwiek nie spojrzę, widzę młode dziewczyny ubrane w spódniczki zakrywające zaledwie pośladki. Zawsze w takiej sytuacji marzę o jednym – żeby jej tak coś upadło na podłogę ;) (myślę, że każdy się domyśla dlaczego). Nie muszę nawet zgadywać jaki jest kolor bielizny, którą mają na sobie owe „damy” – spod skąpej bluzeczki wystają bowiem ramiączka, a nawet fragmenty miseczek. Przyglądam się z lekkim zażenowaniem – moje spojrzenie musi być równie dziwne, jak spojrzenie tych wszystkich przechodniów na widok młodej kobiety ubranej w jeansową marynarkę. Przecież panuje upał... ciekawe, w co ubrałyby się (o ile w ogóle by się ubrały) te wszystkie dziewczyny będąc w Kairze, gdzie od dwóch miesięcy temperatura przekracza 30 stopni Celsjusza?
Nie zamierzam tutaj nikogo ani urazić, ani obrazić, ale muszę przyznać, że zdecydowanie bardziej komfortowo czuję się na ulicach Kairu. Przynajmniej tam nikt mnie nie zmusza do oglądania nie zawsze zgrabnych, nagich łydek i ud, czy też wszechobecnego na ulicach polskich miast (i wsi) cellulitu. 

22 sierpnia 2011

Wakacje w Polsce – długa podróż


18 lipca 2011; godzina 20:00

Po ponad pięciu miesiącach spędzonych w stolicy kraju faraonów, postanowiłam zrobić sobie „małe” wakacje w Polsce. O 3 w nocy z 16 na 17 lipca wsiadłam do samolotu i wyruszyłam w długą drogę do Poznania. Odległość jaką miałam do pokonania wynosi zaledwie 3000 kilometrów, ale czas jaki musiałam poświęcić na podróż wyniosła prawie 15 godzin. A wszystko dlatego, że zamiast skorzystać z oferty niemieckich bardzo znanych linii lotniczych, wybrałam nasze polskie, z przesiadką w Warszawie. Na lotnisku w stolicy wylądowałam o siódmej rano, po czterech godzinach lotu. Po dwóch kolejnych dowiedziałam się, że samolot do mojego rodzinnego Poznania, z powodów technicznych, został odwołany. Przewoźnik zaproponował nam przejazd autobusem lub też oczekiwanie na kolejny samolot, który miał wystartować o godzinie 16:30, co oznaczało, że do odlotu pozostało mniej więcej siedem godzin. A więc spędziłam na lotnisku w stolicy dłuuuuugie dziewięć godzin. 

Przedłużanie wizy, czyli podwyżki cen


13 lipca 2011; godzina 12:00

W związku ze zbliżającym się terminem wygaśnięcia ważności mojej wizy, zostałam zmuszona do odwiedzenia budynku Mogammy na Placu Tahrir. Zdarzyło się to mniej więcej dwa tygodnie temu, kiedy sytuacja w centrum Kairu przedstawiała się całkiem normalnie i spokojnie. A jednak te dwa tygodnie, które musiałam czekać na przyznanie mi nowej wizy, zmieniły oblicze miasta. Po odbiór kolejnej wizy miałam się zgłosić w niedzielę, 10 lipca, co po piątkowych protestach zorganizowanych na Placu Wyzwolenia, okazało się niemożliwe. Na Tahrir wciąż pozostawali demonstranci, którzy zablokowali tę część miasta na kilka, a nawet kilkanaście dni. Także budynek Mogammy pozostawał zamknięty, co całkowicie uniemożliwiało mi przedłużenie wizy. Nie stanowiłoby to większego problemu, gdyby nie fakt, że miałam już wykupiony bilet na samolot do Polski (na 17 lipca) i bałam się problemów związanych z brakiem ważnej wizy jakie mogły mnie spotkać na lotnisku. Tak więc codziennie rano odbywałam spacer na Plac Tahrir, który miał na celu sprawdzenie, czy Mogamma nadal pozostaje zamknięta.
Po trzech kolejnych dniach sytuacja w centrum miasta zmieniła się o tyle, że otwarto urząd, a więc mogłam przedłużyć wizę. W związku ze zbliżającym się wyjazdem do Polski złożyłam wniosek o przyznanie mi wizy na miesiąc. Jak duże było moje zdziwienie, kiedy Egipcjanka w średnim wieku oznajmiła mi, że muszę zakupić znaczki skarbowe o wartości 53 funtów – a więc o wartości, która przedłuża wizę o całe sześć miesięcy. Próbowałam jej wytłumaczyć, że potrzebuję wizę tylko na jeden miesiąc, która kosztuje niecałe 4 funty, ale kobieta nie posługiwała się językiem angielskim. Powtarzała tylko „53 funty, 53 funty...”. Nie miałam wyjścia; musiałam zapłacić całe 50 funtów więcej niż dotychczas, a wizę otrzymałam i tak tylko na miesiąc. Taka podwyżka cen ze względu na ogólną sytuację w Egipcie... tylko nie bardzo rozumiem, jak to się wiąże z jednym z haseł Rewolucji dotyczącym walki z korupcją?! 

11 lipca 2011

Nadchodzi rewolucja?

11 lipca 2011; godzina 18:00

Z założenia blog miał dotyczyć życia codziennego w stolicy kraju faraonów, miał przybliżać kulturę i tradycję Egiptu, miał ukazywać jego mieszkańców. I absolutnie nie miał być blogiem politycznym! Jednak sytuacja, w której znajduje się obecnie Egipt zmusza mnie do skorygowania pierwotnych założeń, więc zamiast o codziennym życiu, będzie trochę o polityce. Nie zamierzam dokonywać dogłębnych analiz życia politycznego, nie zamierzam oceniać ani byłego prezydenta, ani partii politycznych i systemu, jaki tu panował, nie będę również prowadziła rozważań na temat tego, co wydarzy się po wyborach i która z partii zdobędzie większość parlamentarną. Powyższe rozważania pozostawiam arabistom.
Trudno jednak pisać o życiu w Kairze zapominając lub nie zauważając tego, co aktualnie dzieje się w centrum tego miasta. A wyczuwa się nadchodzącą kolejną rewolucję... Od piątku, a właściwie od czwartkowego wieczoru, na Placu Wyzwolenia po raz kolejny gromadzą się protestujący, po raz kolejny powstało „miasteczko namiotowe”, ulice dochodzące do Placu są zamknięte dla ruchu samochodowego, a każdy, kto ma ochotę znaleźć się wśród protestujących jest legitymowany i przeszukiwany. Tylko policja i armia pozostają z boku, aby nie prowokować, nie wywoływać agresji i nie doprowadzić do sytuacji, w której na ulicach Kairu zginą kolejni Egipcjanie, walczący o przyszłość kraju i swoich dzieci. Jeśli chodzi o hasła, które pojawiają się na ustach protestujących, to niewiele się zmieniło przez ostatnie kilka miesięcy – wciąż żądają godnej pracy i płacy, sprawiedliwego traktowania, zbudowania zaplecza socjalnego dla najuboższych, wprowadzenia demokracji i wolnych wyborów. Poza tym żądają, aby wojsko, które 11 lutego 2011 roku objęło dowództwo nad krajem, rozpoczęło wprowadzać obiecywane pięć miesięcy temu zmiany, szczególnie zmiany w konstytucji. Żądają również ukarania wszystkich, którzy ponoszą odpowiedzialność za strzelanie do demonstrantów podczas Rewolucji – według oficjalnych źródeł na ulicach Egiptu zginęło wówczas 846 osób. Czy obecne protesty przemienią się w kolejną rewolucję, czy wojsko spełni żądania i oczekiwania Egipcjan? Trudno powiedzieć. Tak naprawdę nikt nie wie, co wydarzy się za godzinę, za dwie, jutro... pozostaje nam czekać i mieć nadzieję, że Rewolucja przyniesie ze sobą zmiany w tym kraju, i że będą to zmiany na lepsze. Pozostaje wierzyć, że śmierć 846 demonstrantów miała sens...

więcej o obecnej sytuacji w centrum Kairu na stronach arabia.msn.com (w języku angielskim)


5 lipca 2011

Początek lipca w Kairze

05 lipca 2011; godzina 21:45

W centrum Kairu wciąż jest niespokojnie. Na Placu Wyzwolenia znów zbierają się protestujący, znów stoją namioty, wciąż słychać karetki pogotowia. Słychać też skandujących ludzi. Dni zaczynają przypominać te z początku rewolucji... czyżby miała być następna?