"Podróżnicy mówią, że nie ma nic jaśniejszego na twarzy Ziemi niż Kair (...)

Ten, który nie widział Kairu, nie widział świata. Jego kurz jest jak złoto, jego Nil jest jak cud, jego kobiety są jak czarnookie niewiasty z raju, jego domy są jak pałace (...)

I jakże mogłoby być inaczej, skoro Kair jest Matką Świata?"

(opowieść żydowskiego lekarza)

26 marca 2011

Zakazana miłość

11 marzec 2011; godzina 21:30
Od ustąpienia prezydenta Mobaraka minął dokładnie miesiąc – czy życie wróciło do normalności trudno powiedzieć. Wciąż obowiązuje godzina policyjna, na Tahrir wciąż przebywają protestujący. Ale pojawił się jeszcze jeden problem i mam nadzieję, że nie potrwa on długo. Gdyby dwa miesiące temu ktoś powiedział mi, że w Egipcie dojdzie do walk pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami, nie uwierzyłabym. A jednak...
Trzy dni temu w Kairze miał miejsce ślub, który wydawać by się mogło, nigdy nie powinien się wydarzyć. Zgodnie z nienaruszalnymi zasadami islamu muzułmanka może wyjść za mąż tylko i wyłącznie za muzułmanina i nie ma mowy o żadnych odstępstwach od tej zasady. Jest to podyktowane faktem, iż dzieci zawsze (i wszędzie) dziedziczą religię po ojcu, a więc ojciec musi być muzułmaninem. Nie dotyczy to oczywiście mężczyzn, którzy żonę mogą wybierać zarówno spośród muzułmanek, jak i chrześcijanek, a nawet Żydówek – w tym przypadku dzieci z takiego małżeństwa i tak będą wyznawcami islamu. A jednak trzy dni temu miał miejsce ślub, do którego nie miało prawa dojść. Otóż młoda muzułmanka postanowiła wyjść za mąż za... chrześcijanina. Wywołało to ogromną burzę i narastający konflikt pomiędzy wyznawcami obu religii. Sam ślub zakończył się dramatycznie... a gniew, jaki wywołał doprowadził do kolejnych zamieszek na ulicach Kairu. W efekcie końcowym spalono kościół, fabrykę należącą do chrześcijan, zginęło 10 osób. Eskalacja agresji pomiędzy wyznawcami obu religii miała miejsce dzisiaj na Placu Tahrir. Jak co piątek, mieszkańcy Kairu zgromadzili się na Placu Wyzwolenia, aby domagać się przeprowadzenia zapowiadanych zmian. Tym razem jednak nie chodziło o zmiany w konstytucji... dzisiaj na Placu Tahrir zdarzyło się coś, czego ten naród powinien się wstydzić – chrześcijanie i muzułmanie zaczęli walczyć między sobą. Już nie stanowili jednej grupy walczącej o wolność, o demokrację, o lepszą przyszłość dla swoich dzieci... dzisiaj utworzyli dwa odrębne obozy. I tylko mam nadzieję, że ten konflikt nie potrwa długo...

(Polecam video w serwisie youtube o jedności muzułmanów i chrześcijan w Egipcie:

20 marca 2011

Darling, I lowe you - czyli Polki w Hurghadzie


Dzisiaj kilka słów o Polsce i Polakach, a szczególnie o tej piękniejszej części polskiego narodu. Postanowiłam zabrać głos w dyskusji jaką wywołał film emitowany w HBO – „Darling, I lowe you”. Na początku muszę zaznaczyć, że samego filmu nie widziałam, ale problem, który porusza, jest mi bardzo dobrze znany. Dla tych, którzy o filmie nie słyszeli wspomnę tylko, iż dotyczy on Polek wyruszających na tak zwane „sex wakacje” nad Morze Czerwone, czyli do Hurghady. Nie zamierzam tutaj dyskutować, czy film jest prawdziwym dokumentem, czy też tylko pozoruje na dokument – zarzuca się autorce filmu, iż wszyscy biorący udział w produkcji byli aktorami i z góry wiedzieli, jak mają się zachowywać. Pod tym względem można by się zastanawiać, czy film zasługuje na miano rzetelnego filmu dokumentalnego. Ale nie w tym jest problem – problem dotyczy zachowań bohaterów, jakie zostały przedstawione. I tutaj już na pewno nie można mówić o jakimkolwiek wyimaginowanym scenariuszu. Zapewniam, że film został oparty na faktach i autentycznych wydarzeniach. Niestety, pań podobnych bohaterkom filmu jest w Hurghadzie (i nie tylko, bo Polskie turystki dotarły już także do Marsa Alam i Sharm el Sheikh) całe mnóstwo. I nie są to tylko młode, samotne, dwudziestoletnie dziewczyny, które postanowiły sprawdzić fakty i mity na temat seksualnych zachowań Arabów. Niestety, wśród seks – turystek z Polski są również młode matki, żony, pracownice wysokich szczebli administracji... Czasem nawet nie przyjeżdżają do Egiptu same, ale w towarzystwie całej rodziny – z dziećmi, z mężami. A potem udając ból głowy, albo przypadłość nazywaną popularnie „zemstą faraona” wysyłają rodziny na plaże, aby móc pobyć sam na sam w towarzystwie przystojnego Egipcjanina. Jak się kończy takie spotkanie – myślę, że każdy się domyśla. I to właśnie ukazuje film, który wywołał skandal i ogromną burzę, szczególnie w środowisku Polonii mieszkającej w Kairze. Otrzymałam kilka wiadomości, iż film jest niszowy, mało ambitny i krzywdzący. Może i jest... bo mnie samej czasem trudno się przyznać, że jestem z Polski (aby uniknąć wizerunku polskiej seks – turystki, którą nigdy nie byłam, nie jestem i zapewniam, że nigdy nie będę), ale czy Polki same siebie nie krzywdzą takimi, a nie innymi zachowaniami? Ja rozumiem, że dla wielu kobiet jest to oburzające i smutne... ale niestety, czas spojrzeć prawdzie w oczy – wśród Egipcjan Polki są postrzegane jako te najłatwiejsze do zdobycia (poza Rosjankami). Wystarczy szepnąć takiej wypoczywającej nad morzem dziewczynie kilka słodkich komplementów i za godzinę można już skonsumować nową, przelotną znajomość. Obie strony są zadowolone – polska turystka sprawdziła, czy seks z Arabem jest rzeczywiście taki namiętny i niezapomniany; a Egipcjanin zaspokoił swoją czysto biologiczną potrzebę. Bo żadna szanująca się Egipcjanka nigdy nie zgodzi się na seks przed ślubem, więc panowie korzystają z darmowych usług turystek, których tutaj nie brakuje. I niestety, problem nie jest niszowy... więc może zamiast obrzucać obelgami autorkę filmu, warto byłoby się zastanowić, co jest prawdziwą przyczyną przedstawionego przez nią problemu?!

16 marca 2011

Zakaz wjazdu, czyli ulica jednokierunkowa

26 luty 2011; godzina 17:00
W powietrzu powoli czuć wiosnę – dni stają się coraz dłuższe, coraz cieplejsze i coraz częściej na niebie pojawia się słońce. Muszę przyznać, że od kilku dni jednym z moich ulubionych zajęć jest przesiadywanie w fotelu na hotelowym tarasie i obserwowanie życia toczącego się na ulicy. Szczególnym zainteresowaniem „obdarzyłam” ruch samochodowy. Od pierwszego dnia mojego pobytu w Kairze wiedziałam, że ruch na ulicach tego miasta jest chaotyczny i wymaga dużo cierpliwości oraz oczu krążących dookoła całej głowy. Ale to, co dzieje się teraz, to już nawet nie jest chaos... to coś znacznie więcej. Większość ulic w tej dzielnicy Kairu jest (a może powinnam powiedzieć – była) jednokierunkowa. Ale od kiedy wybuchła rewolucja i od kiedy policja przestała kierować ruchem, wszyscy jadą kiedy chcą i w którą stronę chcą. Tak więc żadna z ulic nie jest już jednokierunkowa, chociaż szerokość większości z nich nie pozwala na wyminięcie się dwóch samochodów. Prowadzi to do powstania niewyobrażalnych, na ulicach europejskich, sytuacji. Bo jak wyobrazić sobie sytuację, w której dziesięć samochodów jedzie na wstecznym biegu tylko dlatego, że z przeciwnej strony jedzie kolejne dziesięć samochodów, a szerokość ulicy nie pozwala im się wyminąć. Na jednym ze skrzyżowań jest nawet umieszczony znak „zakazu wjazdu”, ale tutaj nikt nie zwraca uwagi na znaki. Tak więc mieszkańcy i właściciele okolicznych sklepów postanowili wziąć sprawę ruchu ulicznego w swoje ręce i walczyć z tymi, którzy znaków nie widzą. Na samym początku wymontowali znak „zakazu wjazdu”, który był przymocowany do latarni i ustawili go prawie na środku ulicy. Ale dla większości kierowców nadal był niewidoczny. Następnym etapem było ustawienie blokady ulicy, ale to też nie pomogło – kierowcy sprytnie ją omijali. Nie pomogło nawet zatrzymywanie samochodów i tłumaczenie, że ulica jest jednokierunkowa. Nie pomogło nic... i tylko dziękować Bogu, że nie doszło do żadnego jednego wypadku. 

15 marca 2011

Kair po rewolucji

24 luty 2011; godzina 01:30
Kair się zmienił... od czasu rozpoczęcia rewolucji to już nie to samo miasto... chociaż wciąż ci sami mieszkańcy. Od „obalenia” prezydenta minęły prawie dwa tygodnie. Próbujemy jakoś żyć normalnie, jak jeszcze miesiąc temu, ale jednak jest inaczej. Przede wszystkim wciąż obowiązuje godzina policyjna, co oznacza, że pomiędzy północą a szóstą rano nikt nie powinien przebywać poza domem. I to właśnie powoduje, że miasto jest zupełnie inne. Dzisiaj rozpoczął się weekend, a jednak ulice są puste. Sklepy i okoliczne kawiarnie są zamknięte od godziny 23:30... ruch uliczny zamiera krótko po północy.
Siedzę na tarasie naszego hotelu i patrzę na te puste i ciche ulice. Jestem w samym centrum miasta... miasta, które nigdy nie śpi... a wokół panuje taka obca cisza. Już nie można o pierwszej w nocy kupić świeżych ciastek z czekoladą, już nie można pójść na nocny spacer nad Nil, już nie można zrobić żadnych zakupów o drugiej w nocy, już nie można „powłóczyć” się z przyjaciółmi po ulicach Kairu do czwartej nad ranem.
I niby to samo miasto, niby ci sami mieszkańcy, niby ta sama atmosfera, a jednak jest inaczej. 

11 marca 2011

Agresja na Placu Tahrir

18 luty 2011; godzina 23:00
Obudziłam się dość późno, bo w samo południe. I nie wiem, czy obudziłam się dlatego, że byłam wyspana, czy też dlatego, iż usłyszałam głos muezina i wiedziałam już, że najwyższa pora aby wstać z łóżka. W każdym razie kiedy wyszłam na balkon ujrzałam kilkadziesiąt samochodów parkujących na całej szerokości ulicy, przy której zlokalizowany jest mój hotel. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie były samochody. A pomiędzy tymi samochodami spacerowały setki, a może nawet tysiące, ludzi. Wszyscy, rzecz jasna, podążali w kierunku Placu Wyzwolenia (Tahrir). Stamtąd też dobiegał głos muezina.
Od rezygnacji prezydenta ze stanowiska minął dokładnie tydzień. Z tej też okazji, wszyscy mieszkańcy Kairu postanowili po raz kolejny zgromadzić się na Placu Tahrir, aby świętować swoje zwycięstwo. Cała „impreza” rozpoczęła się w południe od wspólnej modlitwy. Później wystąpiło kilka mało znanych zespołów muzycznych, a na wieczór zapowiadano występ bardzo popularnego w Egipcie piosenkarza – Mohameda Mounira. Niestety, była to tylko plotka... żaden popularny piosenkarz nie pojawił się na Placu Tahrir, co doprowadziło do wieczornych zamieszek. Ludzie byli tak oburzeni faktem, że ich oszukano, iż postanowili wyładować swoją agresję na sobie nawzajem. Musiało interweniować wojsko. 

10 marca 2011

Przyjaciel, kto to taki?

14 luty 2011; godzina 0:00
„Każdy chce mieć przyjaciela, a nikt nie myśli, co robić, aby nim być”

Muszę przyznać, że ostatnie wydarzenia były bardzo ważne w moim życiu. I to nie ze względu na ważność międzynarodową owych wydarzeń, ani też nie ze względu na ich historyczność. Mam na myśli moje prywatne życie... ostatnie wydarzenia spowodowały, iż zrozumiałam, że są na tym świecie ludzie, dla których słowo „przyjaźń” ma równie dużą wartość, jak dla mnie. Ale żeby to zrozumieć musiałam wyruszyć w podróż... żeby odnaleźć ludzi myślących podobnie jak ja, musiałam oddalić się od mojego rodzinnego kraju o całe 3000 kilometrów.
Bo kimże jest przyjaciel w Polsce ( i chyba w większości krajów europejskich)? Przyjaciel w Polsce to ktoś, kto może nam pomóc zaspokoić nasze własne cele, nie żądając niczego w zamian i nie oczekując, że i my będziemy mu pomagali w trudnych chwilach. Bo przecież w Polsce myśli się tylko o sobie... jeżeli nie możesz mi pomóc, nie możesz być moim przyjacielem. Jeśli wymagasz ode mnie, że będę przy tobie, kiedy mnie potrzebujesz (a ja niekoniecznie mam wtedy wolny czas, bo jestem zajęty wyłącznie sobą), nie będziesz moim przyjacielem.
Wydarzenia z ostatnich tygodni uświadomiły mi, że można być przyjacielem i mieć przyjaciół tak po prostu; dając tylko siebie i swoją obecność przy tej drugiej osobie. Ale żeby takich przyjaciół znaleźć musiałam przyjechać do Egiptu. A kiedy to zrobiłam okazało się, że wielu z tych, których wcześniej uważałam za swoich bardzo dobrych przyjaciół, po prostu o mnie zapomniało. Tak jakby chcieli mi powiedzieć: jak cię widzę, to możemy być przyjaciółmi, a jak cię nie widzę, to już o tobie nie pamiętam.

I właśnie w tym miejscu pragnę podziękować wszystkim tym, którzy podczas całej tej rewolucji okazali mi wsparcie (przede wszystkim telefoniczne) i pozwolili uwierzyć, że są jeszcze na tym świecie prawdziwi przyjaciele.

„Prawdziwy przyjaciel to ten, który przychodzi, kiedy wszyscy inni odchodzą” 

8 marca 2011

Goście z Ameryki

12 luty 2011; godzina 0:30
Dzisiaj nie będzie o Egipcie, nie będzie o Kairze, nie będzie o Egipcjanach... ale chcę napisać kilka słów o obywatelach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Podczas rewolucji w Egipcie w naszym hotelu przebywało dwóch turystów z USA – jakże różnych od siebie, a mimo to żaden z nich nie zapisze się pozytywnie w mojej pamięci.

Pierwszy z nich to Daniel. Jego historia zaczyna się bardzo podobnie do mojej. Kilka miesięcy temu przyjechał do Kairu na dwutygodniowe wakacje – chciał zobaczyć Piramidy, zbiory Muzeum Egipskiego, zbiory Muzeum Sztuki Islamskiej. Chciał odpocząć od życia codziennego w Ameryce i poznać i poczuć odmienną kulturę. Spędził w Egipcie dwa tygodnie i postanowił, że za pół roku wróci tu na dłużej. I tak też się stało. W naszym hotelu pojawił się na początku stycznia zanim rozpoczęła się rewolucja. Wydawało mi się, że jest jakąś bratnią duszą. Dużo czasu spędzaliśmy siedząc na balkonie i rozmawiając o różnicach kulturowych pomiędzy Europą (Daniel mieszkał dwa lata w Hiszpanii) a Bliskim Wschodem, a w szczególności Egiptem. Ten młody Amerykanin był zafascynowany życiem w Kairze, był zafascynowany miastem, jego zabytkami, mieszkańcami, kuchnią. Postanowił nawet nauczyć się języka arabskiego i całkiem nieźle mu to wychodziło. Miał wrodzony talent do zapamiętywania języków obcych. W każdej rozmowie z pracownikami hotelu podkreślał, że zamierza tu pozostać na dłużej, bo tu (cytuję) „jest jego miejsce na ziemi”. I co się stało?? Cztery tygodnie po jego powrocie do Kairu, miasto zmieniło swoje oblicze – wybuchła rewolucja. Na ulicach nie było krwawych zamieszek jak później w Libii, w naszym hotelu mimo wszystko czuliśmy się bezpiecznie. Ale Daniel, już drugiego dnia po rozpoczęciu masowych demonstracji, był spakowany i gotowy do ucieczki do Stanów Zjednoczonych. Próbował mnie nawet przekonać, że powinnam zrobić to samo, bo Egipt jest krajem bardzo niebezpiecznym. A jeszcze trzy dni wcześniej chciał tu zostać na dłużej?! A kiedy zobaczył w telewizji (nie miał odwagi pójść na Tahrir, więc ograniczył się, jak większość z nas, do oglądania przekazów telewizyjnych) demonstrujących ludzi był pierwszą i chyba jedyną osobą w naszym hotelu, która postanowiła jak najszybciej uciec. Uciec i powrócić do Stanów Zjednoczonych, które tak bardzo krytykował w każdej rozmowie z nami. Ale może nie powinnam się dziwić takiemu zachowaniu, bo w końcu Ambasada USA w Kairze była pierwszą, która ewakuowała swoich pracowników?!

W tym samym czasie w naszym hotelu „mieszkał” John, który jest całkowitym zaprzeczeniem postawy Daniela. Otóż John pojawił się w Kairze 27 stycznia wieczorem, tuż przed rozpoczęciem rewolucji (przez dwa dni po proteście z dnia 25 stycznia było całkiem spokojnie i „normalnie”). I przez kolejne 16 dni pojawiał się w hotelu tylko na kilka godzin dziennie, żeby oddać się w ramiona Orfeusza. Poza tym całymi dniami siedział wraz z protestującymi na Tahrir i „udawał” zaangażowanego w rewolucję. Skandował z tłumem, maszerował w protestującymi i poznawał ludzi. Poza tym nawet na sekundę nie rozstawał się ze swoim aparatem fotograficznym. Jaki był prawdziwy powód „zaangażowania się” Johna w rewolucję? Otóż chciał, żeby wszyscy wokół (zarówno tutaj w Kairze, jak i w Stanach Zjednoczonych) byli z niego dumni... dumni, że nie odczuwa strachu przed niczym, że pomaga dokonać przewrotu w Egipcie, dumni, że bierze udział w historycznym wydarzeniu, dumni, że obalił prezydenta. I ani przez minutę nie pomyślał, że zostawił w USA troje małych dzieci, które go potrzebują. Przez 16 dni „siedział” na Placu Wyzwolenia tylko po to, by zaspokoić swoją próżność. 

6 marca 2011

Rewolucja

25 stycznia - 11 luty 2011
To, co wydarzyło się przez ostatnie 18 dni w Kairze i w całym Egipcie stanowi rozległy temat na zupełnie inny blog. Powiem tylko, że Egipcjanie odnieśli sukces – prezydent ustąpił ze stanowiska. Jestem dumna... oby tylko doprowadzili tę rewolucję do szczęśliwego końca. Jako że mój hotel jest zlokalizowany w pobliżu Placu Wyzwolenia, widziałam i słyszałam prawie wszystko, ale to nie jest czas i miejsce, aby o tym opowiadać. Chcę tylko podkreślić, że pomimo trudnej sytuacji w ostatnich dniach, nawet przez chwilę w mojej głowie nie pojawiła się myśl o powrocie do Polski. Mimo wszystko nadal czuję, że tutaj jest moje miejsce na ziemi. I, razem z moimi egipskimi przyjaciółmi, głęboko wierzymy, że z dnia na dzień sytuacja będzie się poprawiać. A za rok, czy dwa Egipt będzie innym - lepszym krajem i żadna rodzina nie będzie musiała żyć za dwa dolary dziennie. „Insza Allah”  

Święto Policji

25 stycznia 2011; godzina 23:30
Dzisiaj jest Święto Policji – dzień wolny od pracy. Na Placu Wyzwolenia (Tahrir) zebrał się tłum protestujących. Domagali się zmian w konstytucji, zmiany rządu oraz ustąpienia prezydenta ze stanowiska. Czyżby Egipt miał być kolejnym krajem po Tunezji, który obali stary reżim?

5 marca 2011

A może by tak użyć noża i widelca?

21 stycznia 2011; godzina 12:30
Jeszcze kilka słów o jedzeniu... a właściwie o sposobie jedzenia. Przypomniało mi się jak kilka dni przed moim przyjazdem do Kairu jedna z moich znajomych próbowała mi udzielić „dobrych” rad na temat panujących tu zwyczajów. Muszę dodać, iż owa znajoma nigdy wcześniej nie była w Egipcie, a kulturę tego kraju znała tylko i wyłącznie z opowiadań. Jedna z jej wypowiedzi na temat Egipcjan dotyczyła sposobu jedzenia, a dokładniej jedzenia palcami i nie używania sztućców. Owa znajoma była tak oburzona sposobem konsumowania jedzenia, że uznała, iż jest to wyraz absolutnego zacofania Egiptu w stosunku do „wysoko” rozwiniętych krajów europejskich, w których jedzenie palcami jest wielce nie na miejscu. Otóż chciałabym w tym miejscu sprostować wyobrażenie owej znajomej na temat obyczajów dotyczących sposobu jedzenia w tym kraju. Moje sprostowanie chciałabym zawrzeć w jednym prostym pytaniu – czy ktokolwiek w wysoko rozwiniętych krajach europejskich korzysta z pomocy noża i widelca jedząc najzwyklejsze kanapki? A właśnie sandwicze oraz chleb podawany z różnego rodzaju sosami i dipami, są tutaj najbardziej popularnymi przekąskami i jedynymi „daniami”, do których konsumpcji nie używa się sztućców. 

Ziemniak na stole

20 stycznia 2011; godzina 21:40
Kilka słów o popularności ziemniaka w Egipcie, a szczególnie w Kairze. Otóż mogłoby się wydawać, że w większości krajów arabskich ziemniak jest zupełnie nieobecny w kuchni i zastępowany przez ryż lub makaron. Nic bardziej mylnego – na każdym targu w Kairze można kupić, jakże popularne w Środkowej Europie, ziemniaki. Tylko muszę przyznać, że sposób przyrządzania i wykorzystywania kartofla w kuchni egipskiej jest dla mnie zupełnie czymś nowym. Najczęstszą postacią pod jaką jest tutaj konsumowany ziemniak są oczywiście frytki. A te z kolei można spotkać nie tylko jako dodatek do dania głównego, ale także jako główny składnik sandwicza. A wygląda to mniej więcej tak – egipski chleb (ten przypominający chleb pita) jest przekrawany na pół, co powoduje powstanie dwóch półokrągłych „naturalnych torebeczek” na jedzenie. Następnie do środka są wrzucane frytki oraz surówka, najczęściej z marchewki lub kapusty. I w ten oto jakże prosty sposób powstaje bardzo popularny i niedrogi ziemniaczany sandwicz. I w ten prosty sposób najczęściej konsumowany jest ziemniak.
Inną formą konsumpcji ziemniaka jest sałatka ziemniaczana (najlepsza jaką jadłam do tej pory została zakupiona w jednym z barów szybkiej obsługi w dzielnicy Maadi), która smakuje dokładnie tak samo jak sałatka serwowana przez moją babcię w Polsce.
Oczywiście nie można zapominać o chipsach, które są tutaj tak popularne, że często stanowią dodatek do innego rodzaju sandwiczów.
Ale chciałabym w tym miejscu wspomnieć o ziemniaczanym sandwiczu, którego jadłam dzisiaj wieczorem. Podobnie jak kilka razy wcześniej, zadzwoniłam do jednego z barów szybkiej obsługi i zamówiłam dwa sandwicze – z serem i ziemniaczanego. Jakże duże było moje zdziwienie, kiedy wewnątrz mojej kanapki odkryłam chipsy „wymieszane” z surówką  zamiast spodziewanych frytek. „Widocznie frytki się skończyły, ale to wciąż jest ziemniaczany sandwicz” – usłyszałam w odpowiedzi na moje pytanie, dlaczego zmieniono „recepturę” kanapki. Owszem... sandwicz wciąż zawierał ziemniaki, ale dla mnie połączenie chleba, ziemniaczanych chipsów i surówki było połączeniem bardzo zadziwiającym. 

Tunezja

17 stycznia 2011; godzina 23:00
Demonstracje antyrządowe w Tunezji. Prezydent wraz z rodziną (oraz niewyobrażalną sumą pieniędzy) ucieka z kraju.

4 marca 2011

Egipska zima

14 stycznia 2011; godzina 13:30
Zima w Kairze w ogóle nie przypomina zimy znanej mi ze Środkowej i Wschodniej Europy. Trudno tu o śnieg, a temperatura, nawet w nocy, nie spada poniżej zera stopni Celsjusza. Nawet padający deszcz wywołuje radość, a może nawet euforię wśród mieszkańców. W końcu deszcz w Kairze zdarza się tylko kilka razy w roku, zazwyczaj w styczniu i lutym.
Tak też zdarzyło się w tym roku. Najpierw na niebie pojawiły się ciemne chmury, a chwilę później zaczął padać ulewny deszcz. W Polsce ciężko by było wygonić nawet psa na taką pogodę, ale tutaj... tutaj wszyscy cieszyli się jak małe dzieci. My w hotelu też! Zebraliśmy się na tarasie i patrzyliśmy na spadające z nieba krople deszczu. Nawet nam nie przeszkadzało, że mokniemy. Po chwili na tarasie pojawiły się nieduże grudki lodu (wielkości ziarenek grochu) i musiałam tłumaczyć moim egipskim przyjaciołom, że to nie jest padający śnieg, ale grad, czyli zamarznięta woda. Sytuacja była naprawdę zabawna i nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej tak się cieszyła z padającego deszczu. W moim rodzinnym kraju jest to raczej jedno z tych mniej lubianych zjawisk atmosferycznych.  
deszcz w Kairze
ciemne chmury nad Kairem

22 lutego 2011

Noc w Kairze

12 stycznia 2011; godzina 03:20
W Polsce środek nocy...w Egipcie pora, o której wraca się do domu i zaczyna myśleć o spaniu. Tryb życia w Kairze jest zupełnie odmienny od europejskiego, dobrze mi znanego z Polski. Kiedy moi przyjaciele i rodzina zaczynają myśleć o spoczynku, ja dopiero zaczynam życie towarzyskie. Bo w Kairze życie zaczyna się około godziny 21 – 22. W dużej mierze jest to podyktowane pogodą – bo jak tu wyjść z klimatyzowanego mieszkania i spotkać się z przyjaciółmi, kiedy temperatura powietrza przekracza 30 stopni Celsjusza?! Niemożliwe!!!
Dlatego po powrocie z pracy w okolicach godziny 18 nadchodzi czas na drzemkę (w klimatyzowanym mieszkaniu). Po lekkim ochłodzeniu powietrza można zacząć myśleć o spotkaniach towarzyskich... co następuje w okolicach godziny 21 (szczególnie latem, które zaczyna się tutaj w połowie marca i trwa do października). I nikogo tutaj nie dziwi widok rodziny spacerującej ulicami Kairu z małymi dziećmi (a nawet z niemowlętami) o pierwszej w nocy.
Od kilku dni jestem z powrotem w Kairze. I od kilku dni wracam do hotelu o godzinie 03:00 w nocy. I niech nikt nie myśli, że w ten sposób nadszarpuję swoją reputację...na ulicach jest mnóstwo ludzi; wszystkie sklepy, restauracje i kawiarnie są nadal czynne. Kupienie świeżego pieczywa, czy pomidorów nie stanowi żadnego problemu. Także zakup nowej szafy, czy lampy nikogo tutaj nie dziwi. Po  prostu życie w Kairze toczy się w nocy...
I nie ma nic przyjemniejszego niż nocny spacer nad Nilem...z porcją świeżych ciastek posypanych wiórkami czekoladowymi. A do tego obowiązkowo puszka Pepsi.
noc nad Nilem

panorama Kairu

Słów kilka o jedzeniu

09 stycznia 2011; godzina 01:00
Nawiązując do poprzedniego wpisu warto w tym miejscu wspomnieć, co jedzą Egipcjanie?
Otóż mieszkańcy Egiptu często pomijają w swoich jadłospisach śniadanie, najczęściej z braku czasu. (bo kiedy się wraca do domu nad ranem, a następnego dnia trzeba wcześnie wstać do pracy, to zawsze lepiej spać 15 minut dłużej, niż stracić ten czas na śniadanie). Można jednak zjeść śniadanie w drodze do pracy. Najbardziej typowymi „potrawami” serwowanymi na śniadanie są: fuul – czyli czyli tradycyjny egipski chleb nadziewany zmieloną fasolą z przyprawami; a także Ta'miyya – czyli czyli smażone paszteciki z fasoli, pietruszki, kolendry, przypraw, czasem z dodatkiem jajka. Nie ukrywam, że oba przysmaki śniadaniowe są niezwykle ciężkostrawne.
Każdy lunch i kolacja rozpoczyna się od podania mezze, czyli rozmaitych przystawek podawanych z tradycyjnym egipskim chlebem. Mogą to być: dip z sezamu, sałatki z marynowanej marchwi, sałatki z pomidora i ogórka z dodatkiem cebuli, czy też prażony czosnek z dodatkiem oliwy. Inna formą przystawki jest posiekane mięso z ryżem zawinięte w liście winogron, doprawione ostrymi przyprawami i podawane zarówno na ciepło, jak i na zimno.
Po podaniu mezze nadchodzi czas na danie główne, zazwyczaj mięsne. Trzeba zaznaczyć, że muzułmanie nie jedzą wieprzowiny, co nie powoduje, że kuchnia egipska jest uboga. Znajdziemy tu bowiem jagnięcinę, baraninę, cielęcinę, czy wołowinę, a także drób. Wspominając tylko, że za jeden z największych afrodyzjaków uchodzi tutaj mięso z pieczonego gołębia. Jednym z największych mięsnych przysmaków jest kofta, czyli zmielone grillowane mięso uformowane w paluszki z dodatkiem soli, pieprzu i ostrych przypraw. Najczęściej podawane na talerzu ozdobionym natką pietruszki. Wygląda i smakuje wspaniale.
Oprócz mięsa Egipcjanie uwielbiają ryż i makaron. Jedną z najpopularniejszych tradycyjnych potraw jest kushari, czyli gotowany makaron z ryżem, soczewicą, ciecierzycą z dodatkiem prażonej cebuli i ostrym (czasem bardzo) sosem pomidorowym.

Nie możemy zapominać o deserze, bo Egipcjanie po prostu uwielbiają słodkości. Najpopularniejszym deserem jest chyba Umm Ali; coś w rodzaju budyniu ugotowanego na bazie mleka z dodatkiem orzeszków, kokosu, rodzynek i dużej ilości cukru. Smakuje wyśmienicie zarówno na ciepło, jak i na zimno (szczególnie w chłodny zimowy poranek). Dość popularnym lokalnym deserem jest również podawany na zimno ryż z mlekiem z dużą zawartością cukru, a także podawany na gorąco kuskus z dodatkiem rodzynek, orzeszków ziemnych i oczywiście cukru. Niezwykle słodkie...

Warto tutaj wspomnieć o napojach...W Kairze nie brakuje kawiarni, w których możemy skosztować smacznej kawy czy herbaty. I są to zarówno międzynarodowe sieci kawiarni takie jak: Beano's, Cilantro, Costa czy Starbucks (tzw. "coffee shop"); ale także całkiem przyjemne typowo egipskie kawiarnie, najczęściej zlokalizowane pod gołym niebem. W tych drugich wybór kaw jest co prawda dużo mniejszy, ale za to ten klimat...Oczywiście będąc w Kairze nie można zapomnieć o kawie po turecku - parzonej w specjalnie do tego przystosowanym metalowym naczyniu, który nadaje kawie zupełnie inny smak i aromat niż znana nam w Polsce "kawa po turecku". Należy również pamiętać, że kawa rozpuszczalna zawsze ukrywa się pod nazwą Nescafe (bez względu na producenta kawy).


Na koniec muszę jeszcze dodać, kiedy jedzą Egipcjanie. Lunch (zarówno w domu, jak i w restauracjach) nie zaczyna się wcześniej niż o 14 i może być serwowany nawet do godziny 17. Pora kolacji to w restauracjach godzina 20, chociaż Egipcjanie zaczynają posiłek około godziny 22, a nawet 23, kiedy większość turystów zaczyna już wracać do hoteli.
Egipcjanie uwielbiają jeść i każdy posiłek staje się swego rodzaju świętem, szczególnie kiedy mogą ten czas spędzić w gronie rodziny czy przyjaciół. (częste jedzenie w samotności może doprowadzić mieszkańców Egiptu do stanu depresji...). 

20 lutego 2011

Śniadanie

08 stycznia 2011; godzina 13:00
Życie w hotelu jest bardzo ciekawym doświadczeniem, szczególnie dla kogoś, kto lubi obserwować otaczających ludzi. Nie myślę tu o podglądaniu innych, ale o takiej zwyczajnej obserwacji zachowania ludzi pochodzących z różnych zakątków świata, z różnych tradycji i kultur, z różnych klas społecznych. Życie w hotelu dostarcza bardzo bogatego materiału badawczego dotyczącego zachowania się ludzi w rozmaitych sytuacjach.
Odkąd przyjechałam do Kairu spotkałam turystów z bardzo różnych części świata, wywodzących się z bardzo różnych kultur. Czasem siedzę na hotelowym tarasie i po prostu obserwuję ich zachowanie...a szczególnie zwyczaje żywieniowe (wbrew pozorom jest to bardzo ciekawe doświadczenie). Hotelowe śniadanie serwowane każdemu turyście w „naszym” hotelu składa się z dwóch bułek, porcji dżemu, porcji topionego sera śmietankowego, jajka oraz kawy lub herbaty. I nawet w sposobie krojenia bułek oraz w sposobie jedzenia topionego sera ludzie różnią się między sobą. Ale chciałam tu napisać o czymś zupełnie innym. Otóż są turyści, którzy rezygnują z hotelowego śniadania. Japończycy na przykład serwują sobie na śniadanie ogromną porcję makaronu z sosem; Amerykanie korzystają z barów szybkiej obsługi i zajadają się od samego rana sandwiczami i hamburgerami, a kilka godzin później w porze lunchu serwują sobie pizzę; turyści z Ghany preferują sałatki, a hotelowe śniadanie zabierają ze sobą „na później”. Są też turyści, którzy całkowicie rezygnują ze śniadania „obciążając” swój żołądek jedynie herbatą z mlekiem i odrobiną cukru. 
hotelowe śniadanie ;)


Powrót do Kairu...

06 stycznia 2011; godzina 05:00
„Spotkać ludzi, którzy czują to samo co my i tak samo odbierają świat – to największe szczęście na ziemi”
Dlatego też, po dwóch tygodniach spędzonych w Polsce, wróciłam do Kairu!!! 

27 stycznia 2011

Życzenia Noworoczne

Z całego serca pragnę życzyć wszystkim czytelnikom niniejszego bloga Szczęśliwego Nowego Roku!!!
Oby ten rok przyniósł Wam dużo radości, zadowolenia, spokoju i samych dobrych chwil. Życzę również wszystkim czytelnikom, przyjaciołom oraz Rodzinie, aby ten Nowy Rok przyniósł ze sobą chwilę refleksji nad pytaniem, czy droga, którą codziennie podążacie, jest tą, którą powinniście podążać. Życzę Wam, abyście odnaleźli w sobie siłę, która pozwoli Wam dokonywać tylko właściwych wyborów, żebyście patrząc w lustro nie musieli się czuć zawstydzeni przed samymi sobą.
Szczęśliwego Nowego Roku!!!

Długa podróż do Polski

23 grudnia 2010; godzina 18:30
Jest taki dzień w roku, kiedy bardzo chce się wrócić do rodzinnego domu, choćby z najbardziej odległego zakątka ziemi. Jest taki dzień w roku, kiedy tęsknota za rodziną jest tak ogromna, że człowiek, który pozostaje z dala od domu, chciałby się ukryć przed całym światem. Jest taki dzień w roku, kiedy nawet najlepsi przyjaciele nie zastąpią kolacji przy rodzinnym stole.


„Jest taki dzień

Bardzo ciepły, choć grudniowy.
Dzień, zwykły dzień,
W którym gasną wszelkie spory.


Jest taki dzień,

W którym radość wita wszystkich,
Dzień, który już
Każdy z nas zna od kołyski.”

(Czerwone Gitary – „Dzień jeden w roku”)


Ten dzień to Wigilia Bożego Narodzenia.

Trudno mi było wyobrazić sobie ten dzień w innym miejscu niż moje rodzinne miasto. Trudno mi było wyobrazić sobie ten dzień w towarzystwie innym niż moi Rodzice. Dlatego, mimo trudnych warunków atmosferycznych jakie zapanowały w Europie, postanowiłam przyjechać do domu. A była to podróż bardzo długa...chociaż do pokonania miałam zaledwie 3000 kilometrów.
Samolot powinien wystartować z Kairu o godzinie 4:00 nad ranem, co oznaczało, że na lotnisku powinnam być około 2:00. Jako że punktualność zawsze była moją mocną stroną (co nie raz utrudnia mi życie w Egipcie), na lotnisko zajechaliśmy kilka minut przed wyznaczonym czasem. I wtedy zaczęły się problemy. Tablica odlotów poinformowała nas, iż jedynym opóźnionym tej nocy samolotem jest...mój samolot do Warszawy. Nie było żadnej informacji więcej...ani przyczyny opóźnienia, ani tym bardziej czasu opóźnienia. Nie namyślając się długo, udaliśmy się w stronę biura Polskich Linii Lotniczych na lotnisku w Kairze. I tu okazało się, że jedynymi liniami lotniczymi, których biuro pozostaje o tej godzinie zamknięte jest...biuro PLL Lot. Co za wstyd!!! Jedyny opóźniony samolot, to samolot do Polski, a jedyne nieczynne biuro informacji to biuro linii obsługujących właśnie ten jeden jedyny opóźniony rejs. Po dwudziestu minutach zebrała się całkiem liczna grupa ludzi, która w jakikolwiek sposób próbowała dowiedzieć się o przyczynach opóźnienia. Po kolejnych 15 minutach pracownik lotniska w Kairze (podkreślam: pracownik lotniska, a nie linii lotniczych) poinformował nas, iż samolot, którym powinniśmy odlecieć właśnie wystartował z Warszawy i będzie na miejscu około godziny 6 rano. Cóż, nie pozostało nam nic innego, jak tylko czekać. Swoją drogą pogoda tej nocy była nie najlepsza nawet tutaj; było zimno i bardzo mglisto. Zaczęłam się nawet obawiać, czy w ogóle będziemy mogli wystartować, gdyż mgła nachodziła bardzo szybko. Ale nie powinnam się martwić – do odlotu pozostały jeszcze co najmniej cztery godziny.
O godzinie 6:30 samolot był już na lotnisku, trzeba go było jeszcze tylko posprzątać i sprawdzić, czy jest gotowy do lotu powrotnego, a także załadować na pokład nasze bagaże. Ale niestety nie wszyscy to rozumieli...większość czekających na samolot Polaków od ponad godziny nerwowo spacerowała po lotnisku, trzymając w rękach swoje podręczne bagaże. Tak jakby myśleli, że ich narastająca złość spowoduje przyspieszenie startu samolotu. Jakby myśleli, że podróż samolotem jest jak przejazd miejskim autobusem, do którego się wsiada na jednym z przystanków, po czym po kilkunastu sekundach autobus rusza w dalszą drogę. Siedziałam na lotnisku i cierpliwie czekałam. Czas „uprzyjemniało” mi obserwowanie moich współpasażerów; i muszę przyznać, że czułam się zawstydzona zachowaniem moich rodaków.

Tuż przed siódmą rano zostaliśmy wpuszczeni na pokład samolotu, a kilkanaście minut później wystartowaliśmy.

Samolot wylądował w Warszawie około godziny 10 czasu polskiego. Kiedy dotarliśmy autobusem do portu lotniczego była 10:20, do odlotu mojego kolejnego samolotu pozostało zaledwie 20 minut ale wciąż miałam nadzieję, że zdążę. I tu pojawiło się pierwsze rozczarowanie...musieliśmy przejść kontrolę paszportową. Kolejka była dość długa, więc grzecznie i z uśmiechem na twarzy poprosiłam moich rodaków, żeby pozwolili mi przejść jako pierwszej, bo mam bardzo mało czasu. W odpowiedzi zobaczyłam tylko naburmuszone i niezadowolone twarze...w odpowiedzi usłyszałam, że „nam wszystkim się spieszy”. Musiałam czekać...w końcu udało mi się przedostać przez kontrolę paszportową i dotrzeć do bramki skąd odlatywał samolot do Poznania. Do odlotu pozostało około 10 minut, ale bramki zostały już zamknięte. Błagałam pracownika lotniska, żeby umożliwił mi dotarcie do samolotu...i nie byłam w tym osamotniona, razem ze mną było około 29 pasażerów (3 z rejsu z Kairu i 26 z bardzo opóźnionego rejsu z Toronto, który wylądował w stolicy w tym samym czasie, co my). Pracownik był nieugięty...z ironicznym uśmiechem na twarzy stwierdził, że bramka została zamknięta i decyzją dyrektora lotniska jest nie wpuszczanie „spóźnionych” pasażerów do samolotu. Skandal!!! Do odlotu samolotu wciąż zostało 10 minut, ale niestety nie pozostało nam nic innego jak czekać na kolejny rejs...czyli 6 godzin.
Na lotnisko w moim rodzinnym mieście dotarłam o godzinie 18:00...na szczęście do Wigilii pozostał jeden dzień. 

26 stycznia 2011

Powrócisz tu...

23 grudnia 2010; godzina 0:15

„Gdy los cię rzuci gdzieś w daleki świat, 
Gdy zgubisz szczęście swe i poznasz życia smak, 
Zatęsknisz do rodzinnych stron 
I wrócisz tu, wrócisz, gdzie twój dom. 

Powrócisz tu, gdzie (nadwarciański) brzeg, 
Powrócisz tu zza siedmiu gór i rzek, 
Powrócisz tu, gdzie płonie słońcem wrzos i głóg, 
Gdzie cienie brzóz, piach (wielkopolskich) dróg.” 

(Irena Santor – „Powrócisz tu”)

Khamsin, czyli burza piaskowa

18 grudnia 2010; godzina 17:00
Miasto zmieniło swoje oblicze; przestało być szare i brudne. Wiatr wiejący z pustyni przyniósł ze sobą tak duże ilości piasku, że powietrze w mieście stało się po prostu żółte. Wszędzie unosił się tylko piasek, kurz i pył. Nawet w mieszkaniach, przy zamkniętych oknach czuć kurz w powietrzu, co powoduje, że trudno się oddycha.
A zaczęło się tak...jak co dzień po śniadaniu wyszłam na balkon w wiadomym celu (dla nie wtajemniczonych wyjaśniam, iż chodzi o papierosa). I nagle poczułam, że coś na mnie spada...dosłownie z nieba. Z nieba, bo przecież znajdowałam się na ostatnim piętrze najwyższej kamienicy w całej okolicy. Po chwili to „coś” uderzyło mnie ponownie, tym razem w twarz. I wtedy wszystko stało się jasne....to był po prostu piasek naniesiony z pustyni i unoszący się w powietrzu. Rozejrzałam się dookoła...widok trudny do opisania słowami, trzeba to po prostu zobaczyć i poczuć na „własnej skórze”.
W każdym razie nie było to zjawisko przyjemne, szczególnie dla procesu oddychania oraz dla oczu. Jeszcze tego samego dnia wieczorem musiałam skorzystać z porady aptekarza i zakupić krople do oczu – częste przemywanie wodą niestety nie pomagało.
Zjawisko zwane tutaj „khamsin”, czyli burza piaskowa, spowodowało, iż ulice Kairu opustoszały a o miejsca w licznych kawiarniach trzeba było się prawie bić. Kairczycy bowiem nie przywykli do spędzania wolnego czasu w swoich domach i żadne zjawisko pogodowe nie jest w stanie zmienić ich trybu życia. A ponieważ dłuższe przebywanie na wolnym powietrzu nie było ani przyjemne, ani zdrowe, wszyscy postanowili się schować w restauracjach i kawiarniach.

* zjawisko burzy piaskowej jest stałym elementem zimy w Egipcie...i najczęściej występuje w miesiącach od stycznia do połowy kwietnia; zazwyczaj trwa od 3 do 8 godzin, ale w skrajnych przypadkach może trwać nawet kilka dni. 

burza piaskowa w Kairze

22 stycznia 2011

Rekiny w Sharm el Sheikh

10 grudnia 2010; godzina 22:30
„Rekiny zaatakowały w Sharm el Sheikh!!! Są ofiary śmiertelne ataku rekinów!!! Plaże Sharm el Sheikh zamknięte dla turystów!!!” – brzmiały rozgłośnie telewizyjne i radiowe na całym świecie. O wszystkim dowiedziałam się kilka dni później podczas spotkania z przyjaciółmi. Temat ataku rekinów w Morzu Czerwonym stał się na kilka dni głównym tematem rozmów. Nie chcę tutaj wchodzić w rozważania o podłożu politycznym, nie chcę również zgłębiać tematu konfliktów międzynarodowych. Wystarczy, że wspomnę iż nikt w Egipcie nie wierzył, że rekiny pojawiły się tak nagle i znikąd. Każdy miał swoją teorię na temat wydarzeń w Sharm el Sheikh. A całe to „zamieszanie” było tylko początkiem „dziwnych” i nieoczekiwanych wypadków jakie miały miejsce w Egipcie kilka tygodni później. 

Cisza nocna, a raczej jej brak

07 grudnia 2010; godzina 03:40
Ze snu wyrwał mnie ogłuszający hałas dobiegający zza okna. Nie czekając ani minuty dłużej, narzuciłam na siebie długi do ziemi sweter i wyszłam na balkon sprawdzić, czy to już nadszedł zapowiadany koniec świata. Dokładnie pod moim oknem ujrzałam ogromną maszynę zdzierającą asfalt – źródło okropnego dla uszu zaspanego człowieka hałasu. „Czy oni naprawdę nie mogliby tego robić w dzień?” – pomyślałam. I od razu pojawiła się w mojej głowie odpowiedź. „Nie mogliby...poza tym co to za różnica?”. No tak, Egipcjanie nie znają pojęcia „ciszy nocnej”, a każda próba wytłumaczenia im co to takiego, wywołuje uśmiech na twarzach moich przyjaciół.  Wizja policjanta „dobijającego” się do drzwi naszego mieszkania tylko dlatego, że za głośno oglądam telewizor, albo mam ochotę posłuchać muzyki w środku  nocy, wywołuje salwy śmiechu. A w oczach moich znajomych dostrzegam tak ogromne zdziwienie, jakby chcieli mi powiedzieć „wolność Tomku w swoim domku”.
Tak więc w Kairze nie obowiązuje żadna cisza nocna i nikogo tu nie dziwi wymiana asfaltu prowadzona w środku nocy. Na dodatek ulica, na której prowadzone są roboty drogowe nawet nie została zamknięta dla ruchu samochodowego. Wyłączono z użytku tylko jeden z trzech pasów...ten, na którym aktualnie trwa wymiana nawierzchni. Po położeniu nowej warstwy asfaltu ruch zostaje przywrócony, a ekipa remontowa przenosi się na pas obok. I tak do zakończenia całości robót. W moim rodzinnym kraju cała ulica zostałaby zamknięta na cały tydzień...
I kiedy tak stałam w środku nocy na balkonie i obserwowałam prace drogowe przypomniało mi się pewne zdarzenie, które miało miejsce w moim rodzinnym mieście kilka miesięcy wcześniej. Zarząd Dróg Miejskich i Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne postanowiło po wielu latach wymienić jedno z najstarszych torowisk w mieście. Jako, że jest to jedyna trasa łącząca dość odległą dzielnicę miasta z jego centrum, zamknięcie torowiska spowodowało duże niezadowolenie mieszkańców, którym utrudniono dojazd do pracy i szkoły. W związku z powyższym postanowiono roboty modernizacyjne prowadzić także w nocy. Zatrudniono dodatkowych pracowników, aby w jak najkrótszym czasie mógł zostać przywrócony ruch tramwajowy. I co się wydarzyło? Już następnego dnia po rozpoczęciu robót mieszkańcy okolicznych kamienic zaczęli dzwonić do straży miejskiej i policji, że ekipa remontowa zakłóca ciszę nocną i należy im się wysoki mandat. Kolejnego dnia nocnymi robotami modernizacyjnymi zainteresowała się lokalna telewizja i prasa. I jak tu zadowolić wszystkich?
W Kairze nikt się nie przejmuje zakłócaniem ciszy nocnej, bo ona po prostu nie istnieje. I żaden policjant nie musi się zastanawiać, czy powinien wystawić mandat ekipie remontowej, która jakby na to nie patrzeć, swoją pracą przyczynia się do poprawy bezpieczeństwa na drodze. 
wymiana asfaltu

18 stycznia 2011

Nocne rozmowy...

03 grudnia 2010; godzina 02:55
Dla przeciętnego mieszkańca Europy, szczególnie Środkowej Europy, godzina 02:55 to niewątpliwie środek nocy. Czas zarezerwowany wyłącznie na sen. Ale nie w Egipcie...chociaż nie ukrywam, że także dla mnie jest to godzina, o której zazwyczaj leżę już wygodnie w moim łóżku i czekam na sen. Ale nie dzisiaj. Jest godzina 02:55 i właśnie dzwoni mój telefon komórkowy. W Polsce nie do pomyślenia, żeby ktokolwiek tak późno odważył się dzwonić bez jakiegoś nadzwyczajnie ważnego powodu. Odbieram telefon myśląc po europejsku, że ktoś próbuje mnie poinformować o jakimś bardzo ważnym wydarzeniu takim, jak: powódź, wojna, urodzenie potomstwa...ale okazuje się, że to przyjaciel, który znudzony siedzeniem na lotnisku i czekaniem na wciąż opóźniający się samolot, po prostu chciał sobie uciąć miłą pogawędkę. W moim rodzinnym kraju pewnie usłyszałby całkiem długą wiązankę niecenzuralnych słów, a potem już tylko trzask odkładanej ze złością słuchawki. Tutaj jest inaczej...
Telefon komórkowy jest nieodłącznym elementem życia każdego Egipcjanina. Większość z nich posiada nawet więcej niż jeden telefon....a można i spotkać, że ktoś ma ich aż cztery (po jednym w każdej z dostępnych sieci komórkowych oraz jeden dodatkowy...tak na wszelki wypadek). Egipcjanie rozmawiają dużo i często...na szczęście nie zapominają także o spotkaniach z przyjaciółmi. A często zdarza się również tak, że jadąc na spotkanie ze znajomym zaczynają z nim rozmowę tuż po wyjściu z domu, oczywiście przez telefon. Jest to chyba najbardziej popularny sposób „zabijania” czasu podczas długich minut spędzanych w samochodzie.
I nikt do nikogo nie  ma żadnych pretensji za telefonowanie po północy...zawsze można idąc spać po prostu telefon wyciszyć.

Płać turysto, płać!

28 listopada 2010; godzina 20:00
Tak sobie myślę, że warto byłoby wspomnieć o cenach obowiązujących w Kairze, bo jest to kwestia, która dla świadomego obowiązujących tu zasad Europejczyka może być bardzo trudna do zrozumienia. Na szczęście, a może na nieszczęście, większość turystów nie ma pojęcia, że w Egipcie obowiązują dwa, zasadniczo różne od siebie, cenniki.
Jeden z nich jest obowiązujący tylko i wyłącznie dla „wtajemniczonych”, czyli dla Egipcjan oraz tych „osadników”, którzy doskonale orientują się ile pieniędzy powinni zapłacić za swoje zakupy. Drugi z cenników został stworzony dla nieświadomych turystów, którzy oczywiście muszą płacić więcej. Sytuacja ta dotyczy prawie wszystkiego; zaczynając od kawałka chleba, poprzez owoce, wodę, papierosy, a na biletach wstępu kończąc.
Poza zakupem biletów wstępu można próbować uniknąć płacenia za wszystko drożej. Jak to zrobić? Po pierwsze, można nauczyć się języka arabskiego i udawać, że jest się Egipcjaninem. Po drugie, można próbować się targować (Egipcjanie naprawdę to uwielbiają), ale nigdy nie wiadomo jaki będzie końcowy rezultat takich „negocjacji”. Poza tym możemy stracić większość wolnego czasu na zakup jednej butelki wody i jednego banana. Po trzecie, możemy robić zakupy tylko i wyłącznie w supermarketach i dużych centrach handlowych, gdzie ceny dla wszystkich są takie same. Jest jednak pewna przeszkoda – ceny pisane są po arabsku...i nie są to te same arabskie cyfry, których uczono nas w szkole. 
Zupełnie inaczej sytuacja wygląda z biletami wstępu – tutaj nie ma żadnego wyboru, ani żadnej sztuczki, która pozwoliłaby zaoszczędzić kilka ( a czasem nawet kilkadziesiąt) funtów. Ceny są ustalone przez rząd, który wychodzi z założenia, iż Egipcjanie płacą podatki a turyści nie. W związku z powyższym zobowiązani są zapłacić więcej za możliwość zobaczenia, Piramid, Cytadeli, eksponatów w Muzeum Egipskim, czy też panoramy miasta z wieży widokowej Kairu. Różnice w cenach są tak wysokie, że chyba lepiej kupując bilet o tym po prostu nie myśleć. 

Wieża widokowa

26 listopada 2010; godzina 14:45
Jest piątek – dzień wolny od pracy. Pogoda, jak dla „przybysza” ze Środkowej Europy, wciąż letnia, o czym świadczyć może mój ubiór – bluzeczka z krótkim rękawem i długa letnia spódnica. Poza tym wciąż możemy się tu cieszyć promieniami słonecznymi, których o tej porze roku tak bardzo brakuje w Polsce.
Razem z moimi egipskimi przyjaciółmi postanowiliśmy wybrać się na wieżę widokową skąd można podziwiać panoramę całego miasta. Prawie całego, bo jak zauważył jeden z moich przyjaciół – lotniska stamtąd nie widać. I to prawda...lotniska nie widać, ale Zamalek – „zielone płuca” Kairu, Downtown,  a także piramidy w Gizie widać jak na dłoni.
 Mogłabym tu spędzić cały dzień i tylko patrzeć, patrzeć i patrzeć...na przecinający miasto leniwie płynący Nil, czy też na wzgórze Moqattam – idealne miejsce do prowadzenia długich wieczornych rozmów o życiu. 
wieża widokowa w Kairze 
Panorama miasta z wieży widokowej jest jednym z niewielu miejsc, z których można zobaczyć jak zielonym miastem jest Kair. Ci, którzy myślą, że stolica Egiptu to kawałek piaszczystego terenu wydartego pustyni, na którym zbudowano szare i brudne miasto powinni koniecznie zaplanować wizytę w tym miejscu. I najlepiej to zrobić w piątek wcześnie rano, kiedy większość mieszkańców Kairu pozostaje jeszcze w objęciach Orfeusza a powietrze nie jest „nasycone” spalinami. 

widok na wieżę widokową

6 stycznia 2011

święto Id al-Adha

18 listopada 2010; godzina 21:00
Dwa dni temu rozpoczęło się święto Id al-Adha (Uczta Poświęcenia). Jest to czas bardzo rodzinny; trochę jak czas Bożego Narodzenia w tradycji chrześcijańskiej. Jest to również czas pielgrzymki (hadżdż) do świętego miejsca dla wszystkich muzułmanów – Mekki; czas modlitwy.
Święta rozpoczynają się bardzo wcześnie rano od złożenia ofiary z jagnięcia – na pamiątkę ofiary jaką Abraham (Ibrahim) złożył Bogu. Następnie mięso jest dzielone na wszystkich ludzi, szczególnie tych biednych. Tego dnia nikt nie powinien być sam.
Uroczystości trwają cztery dni. Korzystając z kilku dni wolnych od pracy większość mieszkańców Kairu wyjechała z miasta; na pielgrzymkę do Mekki, nad morze Czerwone lub Śródziemne... Miasto, nawet w centrum, sprawia wrażenie „opuszczonego”, jest znacznie mniej samochodów, znacznie mniej pieszych, większość sklepów jest pozamykana. Ale tak naprawdę są takie miejsca w Kairze, które zawsze przyciągają swoich mieszkańców. Jednym z takich miejsc jest Nil. Nie ma chyba dnia w całym roku kiedy mieszkańcy zapomnieliby o swojej rzece – dla wielu Egipcjan życiodajnej rzece. Ci Kairczycy, którym nie udało się wyjechać z miasta, skupili się wokół Nilu...to tu spotykają się z rodzinami, przyjaciółmi, sąsiadami. I to tu spędzają popołudnia i wieczory. Bo Kair jest miastem, w którym życie tętni zawsze 24 godziny na dobę, przez cały rok. Nawet wówczas kiedy może się wydawać, że miasto opustoszało, można znaleźć miejsca, w których wciąż toczy się życie towarzyskie. I nikt nigdy nie czuje się tutaj samotny...
Nil w Kairze

19 grudnia 2010

Pustynia...

12 listopada 2010; godzina 16:30
Pustynia daje człowiekowi niesamowite poczucie wolności. W którą stronę by nie spojrzeć, wszędzie tylko suchy piasek...aż po linię horyzontu. Nie ma nic piękniejszego niż kładące się spać słońce, które ginie w samym środku tej bezkresnej przestrzeni. Będąc w samym sercu pustyni człowiek zapomina o wszystkich problemach dnia codziennego, zapomina skąd i dokąd zmierza...ale siedząc tak na środku pustyni doskonale zdaje sobie sprawę, że jest tylko małym punktem na ziemi. Jednym z wielu elementów układanki, której czasem nawet nie rozumie...układanki, w której to natura rządzi światem, a człowiek, czy tego chce czy nie, musi poddać się jej siłom. 
jeepem przez pustynię :)
pustynia
ognisko na pustyni ;)

7 grudnia 2010

Egipskie pojęcie czasu

12 listopada 2010; godzina 10:30
„Europejczyk i Afrykanin mają zupełnie różne pojęcia czasu, inaczej go postrzegają, inaczej się do niego odnoszą. W przekonaniu europejskim czas istnieje poza człowiekiem, istnieje obiektywnie, niejako na zewnątrz nas, i ma właściwości mierzalne i linearne. Europejczyk czuje się sługą czasu, jest od niego zależny, jest jego poddanym. Żeby istnieć i funkcjonować, musi przestrzegać jego żelaznych, nienaruszalnych praw, jego sztywnych zasad i reguł. Musi przestrzegać terminów, dat, dni i godzin. Porusza się w trybach czasu, nie może poza nimi istnieć. One narzucają mu swoje rygory, wymagania i normy. Między człowiekiem i czasem istnieje nierozstrzygalny konflikt, który zawsze kończy się klęską człowieka – czas człowieka unicestwia.

Inaczej pojmują czas miejscowi, Afrykańczycy. Dla nich czas jest kategorią dużo bardziej luźną, otwartą, elastyczną, subiektywną. To człowiek ma wpływ na kształtowanie czasu, na jego przebieg i rytm. Czas jest nawet czymś, co człowiek może tworzyć, bo np. istnienie czasu wyraża się poprzez wydarzenia, a to, czy wydarzenie ma miejsce czy nie, zależy od człowieka.
Czas pojawia się w wyniku naszego działania, a znika, kiedy go zaniechamy albo w ogóle nie podejmiemy. Jest to materia, która pod naszym wpływem może ożyć, ale popadnie w stan hibernacji i nawet niebytu, jeżeli nie udzielimy jej naszej energii.
W przełożeniu na sytuacje praktyczne oznacza to, że jeżeli pojedziemy na wieś, gdzie miało popołudniu odbyć się zebranie, a na miejscu zebrania nikogo nie ma, bezsensowne jest pytanie : ”Kiedy będzie zebranie?”. Bo odpowiedź jest z góry wiadoma: „Wtedy, gdy zbiorą się ludzie”.”

(Droga do Kumasi, „Heban”, Ryszard Kapuściński)

Różnica w pojmowaniu czasu ma dość zasadnicze znaczenie w moim życiu codziennym i w kontaktach z innymi. Nie ma dnia, żebym na coś lub na kogoś nie musiała czekać, a wszystko dlatego, że jestem Europejką przyzwyczajoną do punktualności (jak w szwajcarskim zegarku). 
Dzisiaj troszkę zaspałam, to prawda, ale gdybym znała dalszy ciąg wydarzeń, mogłabym zaspać dłużej. Obudziłam się 20 minut po godzinie siódmej i kiedy spojrzałam na zegarek wiedziałam już, że do chwili, w której będę musiała wyjść z hotelu zostało mi mniej czasu niż powinno. W biegu skorzystałam z łazienki, potem szybkie śniadanie na hotelowym tarasie...i wybiła godzina ósma. Razem z przyjaciółmi pojechałam na znajdujący się w odległej dzielnicy Kairu parking skąd mieliśmy wyruszyć na pustynię. Godzina wyjazdu została ustalona na dziewiątą rano! Byliśmy krótko przed czasem, więc zdążyliśmy jeszcze napić się mocnej kawy po turecku i zapalić papierosa. Wybiła dziewiąta...i właściwie nic się nie wydarzyło. Pół godziny później wciąż staliśmy w tym samym miejscu czekając na przewodnika i samochód terenowy, którym mieliśmy pojechać. Zapytałam moich przyjaciół, co się dzieje i dlaczego wciąż tkwimy na parkingu? Ale tylko spojrzeli na mnie zdziwieni...jakby chcieli powiedzieć, „jak zbiorą się wszyscy, to pojedziemy”. O dziesiątej zaczynałam robić się nerwowa...ile można czekać??!! Nawet tu w Afryce cierpliwość może się skończyć....rozejrzałam się wokół siebie w poszukiwaniu przyjaznej duszy, kogoś, kto mnie zrozumie. Ale nikogo takiego nie znalazłam. Wszyscy, a było nas około 20 osób, spokojnie stali i czekali na przewodnika z samochodem. Nikt nawet nie zauważył upływającego czasu...
Godzina 10:30 - przyjechał przewodnik...dwadzieścia minut później wyruszyliśmy na pustynię.

1 grudnia 2010

Czwarta nad ranem...

10 listopada 2010; godzina 04:40
„Daleko 
wśród obcych ścian
pod niebem 
nie moich gwiazd 
w herbacie 
zatapiam dzień 
i czekam 
aż przyjdzie sen...”

Czwarta nad ranem, centrum Kairu. Siedzę na hotelowym tarasie i z gorącą herbatą w rękach obserwuję życie toczące się na ulicy. Mimo iż jest środek tygodnia, miasto nadal nie śpi. W małym sklepiku spożywczym dwóch mężczyzn myje podłogę (znanym mi już wcześniej sposobem). W kawiarni obok ostatni klienci dopijają mocną kawę po turecku i wychodzą w znanym tylko sobie kierunku. Pracownik ciastkarni zamyka szklane drzwi, by za kilka godzin inny pracownik je ponownie otworzył. W barze z sandwiczami panuje ożywiony ruch...trzeba posprzątać przed kolejnym dniem pracy. Na stoisku z gazetami na rogu ulic wciąż pali się światło...właśnie przywieźli „świeże” wydanie codziennej prasy. Trzech mężczyzn zamiata ulicę i zbiera śmieci do kontenera. W oknach kamienicy naprzeciw hotelu wciąż palą się światła; ludzie wciąż rozmawiają, wciąż oglądają telewizję, wciąż toczy się normalne codzienne życie rodzinne. Gdzieś w oddali słychać pianie koguta, gdzieś w oddali słychać miauczenie samotnie błąkającego się kota. Tylko samochodów jakby mniej...i niby noc, i niby cisza, ale jakaś inna ta cisza niż w moim rodzinnym mieście. 


„Trzy razy 
zaśpiewał dzwon
powoli 
jaśnieje mrok 
już gaśnie 
ostatnia z gwiazd 
ja ciągle 
nie mogę spać”
(Anita Lipnicka „Daleko od domu”)

czwarta nad ranem...