"Podróżnicy mówią, że nie ma nic jaśniejszego na twarzy Ziemi niż Kair (...)

Ten, który nie widział Kairu, nie widział świata. Jego kurz jest jak złoto, jego Nil jest jak cud, jego kobiety są jak czarnookie niewiasty z raju, jego domy są jak pałace (...)

I jakże mogłoby być inaczej, skoro Kair jest Matką Świata?"

(opowieść żydowskiego lekarza)

29 czerwca 2011

Niespokojna noc w centrum Kairu

29 czerwca 2011, godzina 16:00

Dzień zapowiadał się całkiem normalnie i nic nie wskazywało na to, że zakończy się najbardziej pozbawioną sensu nocą, jaką miałam okazję przeżyć. W związku ze zbliżającym się terminem wygaśnięcia mojej wizy, musiałam wybrać się najbrzydszego, najbardziej nielubianego i chyba najgorszego budynku w tym mieście, czyli do Mogammy. Plac Tahrir, na którym zlokalizowany jest urząd, wyglądał całkiem spokojnie. Jedyną zmianą, jaka mnie napotkała podczas składania formularza dotyczącego przedłużenia wizy, była dodatkowa kontrola paszportu, którą przeprowadzał oficer policji. Poza tym wszystko było jak zawsze. Po 25 minutach czekania przy okienku, usłyszałam, że mam się stawić za dziesięć dni po odbiór specjalnej naklejki – wizy do paszportu.
Popołudnie i wczesny wieczór właściwie też były całkiem normalne... do czasu. O godzinie 21:30 usłyszałam dochodzące zza okna krzyki protestujących, ale właściwie to też nie stanowiło niczego nadzwyczajnego. Od kilku miesięcy ulicami Kairu maszerują demonstranci, którzy domagają się przeprowadzenia zapowiadanych w czasie Rewolucji, zmian w Konstytucji. Kiedy po raz kolejny przez ostatnie pięć miesięcy usłyszałam krzyki, nawet nie podeszłam do okna. Ale kiedy około godziny 22:00 postanowiłam jednak sprawdzić, co dzieję się na ulicy, przy której mieszkam, zobaczyłam coś, czego się absolutnie nie spodziewałam zobaczyć. I tak, jak o godzinie 22:00 wyszłam na balkon, tak pozostałam na nim przez kolejne 14 godzin (z małymi przerwami, kiedy dużo bezpieczniejsze było pozostawanie wewnątrz hotelowego  pokoju).
Trudno mi nawet nazwać to, co wydarzyło się tej nocy, ale obrazek był identyczny z tym, jaki pozostał mi w pamięci z wydarzeń sprzed pięciu miesięcy (28 stycznia 2011 roku). W każdym razie przez kolejne 14 godzin na ulicy, przy której mieszkam i która jest jedną z głównych ulic dochodzących do Placu Tahrir, trwała regularna bitwa pomiędzy rozkrzyczanym i rozzłoszczonym tłumem dwudziestolatków, a policją. 14 godzin nieustających krzyków, wzajemnego obrzucania się kamieniami i „koktajlami Mołotowa”, nieustających strzałów, unoszącego się w powietrzu gazu łzawiącego. Przez 14 godzin policja nie była w stanie zmusić tłumu rozzłoszczonej młodzieży do rozejścia się... przez 14 godzin na ulicach centrum miasta nie pojawiło się wojsko, które jest odpowiedzialne za bezpieczeństwo.
Z pewnością te 14 godzin złożyło się na najbardziej bezsensowną noc w moim życiu – bo gdyby tak zapytać tę młodzież, o co walczą, to pewnie nawet nie umieliby odpowiedzieć. Jaki był powód, jaki był sens nocnych starć z policją? Ja nie wiem...
Teraz jest godzina 16:00 – na ulicy leżą porozrzucane śmieci, kamienie, gruz. Miedzy tym spacerują ludzie... i fotografują... nikt nie sprząta, nikt nie otwiera swojego, w pośpiechu zamkniętego wczoraj wieczorem, sklepu. Nie ma też samochodów... jest cicho, pusto i spokojnie. Kair.... a czuję się jakbym była w zupełnie innym mieście. 

Pająk i ja

12 czerwca 2011, godzina 04:30

Znów nie mogę spać. Ja nie wiem jak to jest, że nagle z dnia na dzień człowiek tak po prostu zmienia swoje przyzwyczajenia. W Polsce nie do pomyślenia, żebym nie położyła się do łóżka przed pierwszą w nocy, a tutaj... o tej porze zaczynam życie. Może to sprawa klimatu? W końcu z domu wychodzę dopiero wieczorem, bo wcześniej można się najzwyczajniej ugotować. Ale dzisiaj nie będzie o pogodzie.
Jak wspomniałam, nie mogę spać. Jest czwarta nad ranem, a więc za oknem wciąż jeszcze jest ciemno. Znużona czekaniem na sen, postanawiam wstać z łóżka i spędzić trochę czasu z laptopem... może jakoś sen sam przyjdzie. Zapalam małą nocną lampkę i w tej samej sekundzie dostrzegam na ścianie pająka – mutanta. Ma duży, okrągły i gruby brzuch oraz bardzo cienkie nóżki. Jego średnica wynosi tak mniej więcej 8cm... skrada się w ciemności po ścianie wprost do mojego łóżka. Wyskakuję z pościeli jak oparzona, najchętniej zaczęłabym krzyczeć, ale na szczęście, pamiętam, że jest środek nocy. W pośpiechu chwytam laczek i zamierzam się w pająka. W tym samym momencie intruz skacze wprost do mojego łóżka. Nie, tego już za wiele! W ułamku sekundy zapalam światło, które pozwoli mi zobaczyć więcej, niż tylko fragment mojego łóżka i właściwie w tym samym ułamku sekundy rozglądam się po pościeli. Trudno jednak dostrzec czarnego pająka w równie czarnej pościeli. Chwytam delikatnie za róg kołdry i równie delikatnie potrząsam, żeby dostrzec choćby najmniejszy ruch intruza. Pająk po raz kolejny daje mi do zrozumienia, że skoki w dal nie stanowią dla niego żadnego problemu i kieruje się prosto we mnie. Odskakuję, jakby chciał mnie zabić – chociaż może tak właśnie jest, w końcu nie zapytałam o jego zamiary związane z moją osobą. Pająk – mutant spada na podłogę. I wtedy zadaję śmiertelny cios, a szczerze mówiąc, to aż cztery ciosy! Już nigdy więcej nie zakradnie się nocą do mojego łóżka.  

20 czerwca 2011

41 stopni w cieniu

10 czerwca 2011, godzina 13:00

No to mamy w Kairze pełnię lata, co oznacza, że temperatura za oknem przekroczyła magiczne 40 stopni Celsjusza. I chociaż okna mojego pokoju wychodzą na północ, a więc słońce tu raczej nie zagląda, wytrzymuję na balkonie nie dłużej niż kwadrans. Czuję się, jakby ktoś wsadził mnie do dużego garnka i postanowił ugotować na obiad. Powietrze jest gorące i duszne, a wiatr, który zazwyczaj przynosi ukojenie, pali skórę. Po piętnastu minutach poddaję się i wracam do klimatyzowanego pokoju. Ale owe piętnaście minut nie było bynajmniej czasem straconym, udało mi się bowiem poobserwować mieszkańców Kairu, a raczej mieszkanki. Egipt jest krajem muzułmańskim i jak wiadomo szanująca się kobieta nie powinna pokazywać obcym mężczyznom swojego ciała. Kraj faraonów nie jest co prawda tak rygorystyczny pod tym względem jak Iran, czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, ale jednak ciało kobiety powinno pozostać zakryte. I tak mamy pełnię lata, czterdzieści stopni Celsjusza, a kobiety spacerujące po ulicach, w żadnym wypadku nie mogą odsłonić ani ramion, ani nóg. Oczywiście, nie wszystkie przedstawicielki płci pięknej zakrywają całe ciało, od przysłowiowych stóp do głów, ale jednak żadna z nich (nawet te z młodszego pokolenia) nie ubiorą się w top na cienkich ramiączkach, czy też spódnicę krótszą niż do kolan (a właściwie większość pań nosi spódnice do kostek). Większość muzułmanek szczelnie zakrywa również swoje włosy i szyję – aby nie prowokować mężczyzn. Ale są również kobiety, które mimo upału panującego w Kairze, zakrywają całe swoje ciało i jedyne, co pozostaje odsłonięte, to piękne, czarne oczy.
Ja jestem ubrana w długą spódnicę oraz bluzeczkę z krótkim rękawem i mimo, iż nie wystawiam się na działanie promieni słonecznych, wytrzymuję na balkonie kwadrans. Kwadrans, po którym najchętniej wskoczyłabym pod zimny prysznic, albo zjadła ogromną porcję zamrożonych lodów. Nie mam pojęcia, co czuje kobieta zmuszona do przebywania na słońcu (bo przecież trzeba zrobić zakupy, bo trzeba odebrać dzieci ze szkoły...), zakryta od stóp do głów. Ale jedno wiem na pewno – nigdy się o tym nie przekonam. 

Atak na siedzibę policji

03 czerwca 2011, godzina 23:00

I znów piątek, i znów protesty w centrum Kairu. Z balkonu hotelu, w którym mieszkam niby wszystko wyglądało normalnie, jak w każdy inny dzień. Było całkiem spokojnie, nawet nie zamknięto dzisiaj naszej ulicy, a przecież dochodzi do Placu Wyzwolenia. A jednak nie było spokojnie, nie było bezpiecznie i nie było normalnie. Zamieszki miały miejsce wokół głównej siedziby policji przy ulicy Ramsees (w pobliżu dworca kolejowego) – jednej z głównych ulic łączących Downtown z pozostałymi dzielnicami Kairu po tej stronie Nilu. I znów rzucano kamieniami, „koktajlami Mołotowa”, i znów było niebezpiecznie. 

19 czerwca 2011

Modlitwa na Placu Tahrir

27 maja 2011, godzina 22:30

I znów protesty w centrum Kairu. Po wspólnej modlitwie na Placu Tahrir, mieszkańcy znów demonstrują na ulicach – domagają się, aby armia, która przejęła pełnię władzy w tym kraju, zaczęła wprowadzać obiecywane zmiany w konstytucji. I znów, jak prawie w każdy piątek, ulice prowadzące na Tahrir zostały zamknięte dla ruchu samochodowego, i znów było słychać rozkrzyczany tłum. A wieczorną ciszę ponownie przerwał odgłos strzałów z policyjnej ( albo wojskowej) broni. 

15 czerwca 2011

Psychologia tłumu

24 maja 2011, godzina 02:00

Środek nocy, a ja wciąż nie mogę spać. Taki już się ze mnie zrobił „nocny Marek”. Siedzę na balkonie, popijam kawę z mlekiem i rozmyślam. Miasto powoli kładzie się spać, z ulic znikają samochody, mieszkańcy wracają do swoich domów. Jest cicho i spokojnie. I nagle tę ciszę przerywają donośne krzyki. Niestety, moja nauka języka arabskiego utknęła w miejscu, więc nie mogę zrozumieć poszczególnych słów. Ale sytuacja przedstawia się mniej więcej tak: w budynku naszej kamienicy mieści się lokalna kawiarnia ze stolikami pod gołym niebem (wspominałam o niej wcześniej), która jako jedno z nielicznych miejsc w tej części miasta, czynna jest całą dobę. Jedno z nielicznych miejsc, gdzie o czwartej nad ranem można się napić świeżo zaparzonej, mocnej i słodkiej kawy po turecku (tak na marginesie - polecam). Ale jakby nie to jest przewodnim tematem tego wpisu. Otóż kilku młodzieńców postanowiło „zabawić się” w złodziei i ukradli coś (niestety, nie wiem co) z owej kawiarni, po czym uciekli. Właściciel w mgnieniu oka zorientował się, iż ma do czynienia z chuliganami i zaczął głośno krzyczeć. W przeciągu jednej sekundy ulica zapełniła się mężczyznami, którzy postanowili odzyskać skradziony dobytek i natychmiast wyruszyli w pościg. Po pięciu minutach złodziejaszków gonił już całkiem liczny tłum mężczyzn (kobiety o tej godzinie już raczej nie wychodzą na ulicę, ale za to wszystkie „spotkałyśmy się” na balkonach naszych mieszkań), który wciąż krzycząc „zwoływał” innych do pomocy. Po kolejnych pięciu minutach złodzieje zostali złapani, a to, co wcześniej ukradli, zostało odzyskane i zwrócone właścicielowi. Następnie zatrzymano dwie taksówki, których tu nie brakuje nawet w środku nocy, i odtransportowano młodych mężczyzn na najbliższy posterunek policji. Cała „akcja” łapania złodziei nie trwała dłużej jak piętnaście minut i została zakończona sukcesem.
I kiedy już powoli miasto znów zaczęło robić się senne i spokojne,  ja nadal siedziałam na balkonie, popijam kawę z mlekiem i oddawałam się rozmyślaniom... I przypomniała mi się sytuacja, która miała miejsce nie tak dawno w jednym z polskich miast, kiedy w „biały dzień”, w centrum miasta, na oczach przechodniów, młody chłopak zadźgał nożem policjanta. Cały następny dzień pokazywano w telewizji zapłakane twarze mieszkańców owego miasta, którzy pytali, jak tak można zabić człowieka na ulicy? Ja bym jednak zadała całkiem inne pytanie – jak tak można bezmyślnie stać w tłumie i „bezradnie” przyglądać się jak ktoś zabija człowieka? Gdzie byli ci wszyscy zapłakani ludzie dzień wcześniej? Czy stali w tłumie i patrzyli na śmierć niewinnego policjanta, jak na film w telewizji?
Specjaliści od analizowania ludzkich zachowań powiedzieliby mi, że to taka wytłumaczalna naukowo psychologia tłumu. Czym w takim razie wytłumaczyć różnicę pomiędzy bezradnie przyglądającym się tłumem ludzi w Polsce, a zawsze chętnym do pomocy bliźniemu tłumem w Egipcie? 

Most na rzece Nil

19 maja 2011, godzina 23:30

Dla mieszkańców Kairu nie tylko sama rzeka odgrywa bardzo ważną rolę, ale również wszystko to, co znajduje się w jej pobliżu – a szczególnie mosty. Mosty służą nie tylko do przeprawienia się na drugą stronę Nilu, ale także, a może przede wszystkim, są ważnym miejscem spotkań towarzyskich. Latem, które trwa tu przez pół roku,  jest to jedno z niewielu miejsc w całym mieście, gdzie powietrze nie pali skóry,  a od czasu do czasu pojawi się nawet lekki, orzeźwiający wiaterek. Za niewielką opłatą można wynająć  plastikowe krzesełko ogrodowe i po prostu posiedzieć, pomyśleć i popatrzeć na leniwie płynącą rzekę. Wieczorem znikają krzesełka, a w ich miejsce pojawiają się liczni handlarze. Kupić można prawie wszystko, od tulipanów i chusteczek higienicznych, poprzez orzeźwiającą lokalną herbatę, gazety, a nawet drewniane koguty mające służyć za ozdobę mieszkania. Mosty zamieniają się w ogromne przestrzenie spotkań młodych Kairczyków, którzy tak po prostu stoją lub siedzą na barierkach i godzinami rozmawiają. 
Egipcjanie są dumni z Nilu - skarbu, jakim obdarzyła ich Matka Natura i doskonale wiedzą w jaki sposób wykorzystać obecność rzeki w mieście. 
Jeżeli ktoś miałby ochotę sfotografować most pozbawiony rzeszy turystów, mieszkańców, czy też pędzących samochodów, musiałby „wycelować” obiektyw swojego aparatu na most o czwartej nad ranem. Być może udałoby się zatrzymać w kadrze „pusty” most - ale będzie to również most pozbawiony życia i atmosfery, jaka panuje tutaj przez większą część doby. 

13 czerwca 2011

Muzułmanie atakują chrześcijan

14 maja 2011; godzina 21:30

No i stało się... wczoraj młodzi Kairczycy zorganizowali pokojową demonstrację, aby pokazać całemu światu, że konflikt pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami nie istnieje. A dzisiaj w centrum stolicy kraju faraonów doszło do zamieszek na tle religijnym. Jak podaje strona arabia.msn.com rannych zostało 51 osób. Zamieszki wybuchły w pobliżu budynku telewizji,  gdzie od tygodnia młodzi Koptowie protestowali przeciw agresji wywołanej różnicami religijnymi. A wszystko zaczęło się 7 maja 2011 w Imbabie (dzielnicy Kairu), gdzie doszło do zamieszek pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami, w wyniku których zginęło 15 osób.  Powodem, dla którego muzułmanie zaatakowali chrześcijan przed tygodniem było uwięzienie młodej Koptyjki, która postanowiła zmienić religię na islam i opuścić swojego męża. Chrześcijanie nie zaakceptowali decyzji młodej kobiety i nie pozwolili jej odejść. W jej obronie wystąpili muzułmanie i zaatakowali chrześcijan. W efekcie końcowym spalono dwa kościoły, zginęło 8 muzułmanów i 7 chrześcijan.
Po wydarzeniach jakie miały miejsce tydzień temu w Imbabie, młodzi Koptowie protestowali pod budynkiem telewizji w obronie wolności religijnej. Dzisiaj doszło do kolejnych zamieszek na tle religijnym...

Przeprosiny...

Z powodów osobistych nie miałam ani czasu ani natchnienia, żeby coś napisać i wrzucić na bloga, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. Obiecuję nadrobić zaległości i opisać wszystkie wydarzenia, których byłam świadkiem przez ostatni miesiąc.

1 czerwca 2011

Piątek trzynastego, czyli protesty w centrum Kairu

13 maja 2011; godzina 20:00

I znowu było słychać strzały w centrum Kairu – wojsko strzelało w powietrze, aby rozpędzić demonstrantów. Dzisiaj protestowali pod ambasadą Izraela i domagali się zerwania wszelkich stosunków z tym krajem.

Ale nie była to jedyna demonstracja, jak odbyła się dzisiaj w centrum Kairu. Młodzi mieszkańcy stolicy Egiptu zorganizowali pokojową demonstrację, aby pokazać całemu światu, że konflikt pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami nie istnieje, a agresja pomiędzy wyznawcami obu religii jest sztucznie podsycana przez międzynarodowych dziennikarzy. Szkoda tylko, że światowe media nawet nie zauważyły tej demonstracji i nie zrozumiały przesłania młodych Kairczyków. 

Rejs feluką

12 maja 2011; godzina 23:00

Właśnie wróciłam do hotelu. Razem z grupą przyjaciół postanowiliśmy spędzić początek weekendu na Nilu – wynajęliśmy felukę (tradycyjną egipską żaglówkę używaną już od czasów starożytnych) i żeglowaliśmy.
Życie w Kairze, szczególnie o tej porze dnia i szczególnie o tej porze roku, kiedy dni stają się coraz bardziej upalne, toczy się właśnie nad rzeką. Nil spełnia bardzo ważną rolę w kształtowaniu życia towarzyskiego oraz w kształtowaniu relacji międzyludzkich. Jest to miejsce, gdzie spotykają się całe rodziny, przyjaciele, ale także turyści. Jest to miejsce, gdzie znikają wszelkie granice pomiędzy mieszkańcami Kairu, a turystami, granice pomiędzy biednymi a bogatymi. Wszyscy jednakowo kochają Nil. I nie ma chyba w tym mieście nic bardziej niezwykłego niż późno wieczorny, a nawet nocny, spacer właśnie nad Nilem.
Trzeba przyznać, że Egipcjanie, a w szczególności mieszkańcy Kairu, doskonale wiedzą w jaki sposób wykorzystać to, czym obdarzyła ich natura – swoje położenie geograficzne (w odróżnieniu od kilku miast w Polsce, które zupełnie nie zauważają swoich rzek i zupełnie nie wiedzą jak je wykorzystać, choćby w celach turystycznych, promocyjnych, czy towarzyskich).
Po Nilu pływają leniwe, ale też wzbudzające respekt, feluki, które są doskonałym miejscem do prowadzenia głębokich rozmyślań. Pływają też kolorowo oświetlone małe stateczki wycieczkowe, z których rozbrzmiewa głośna orientalna muzyka. Te drugie są w większości wypełnione turystami z całego świata, którzy zachęcani przez sternika tańczą, śpiewają i próbują cieszyć się ulotną chwilą. 
Ale po wodach Nilu pływa również wzbudzający zachwyt Maxim - największy i najbardziej ekskluzywny statek - restauracja w Kairze, należący do hotelu Mariott. Rejs połączony z kolacją i pokazem tańca brzucha kosztuje kilkaset egipskich funtów, co sprawia, że większość mieszkańców Egiptu może tylko z zazdrością spoglądać na zamożnych turystów znajdujących się na pokładzie „perły kairskiego odcinka Nilu”. 
feluka na Nilu
"przystań" z felukami na Nilu w Kairze
kolorowo oświetlone stateczki wycieczkowe w Kairze

24 maja 2011

Truskawki

12 maja 2011; godzina 13:30
Jak wiadomo polskie truskawki są najlepsze i najbardziej truskawkowe na świecie. Można spokojnie zamknąć oczy i być pewnym, że je się właśnie truskawkę. Żadne inne truskawki nie pachną truskawkami i żadne inne nie smakują jak truskawki. Te sprowadzane z Hiszpanii kuszą klientów swoim wyglądem – są zawsze duże i intensywnie czerwone, ale niestety smakują jak woda i są całkowicie pozbawione zapachu. Tutaj w Kairze też są truskawki – duże i czerwone. Kuszą mnie już od trzech tygodni... i kuszą coraz bardziej. Jest połowa maja i muszę przyznać, że jedną z niewielu rzeczy, za którymi tęsknię, są właśnie truskawki. Tak więc prawie codziennie robiąc zakupy lub spacerując ulicami dzielnicy Downtown, mijam stragan z czerwonymi truskawkami i walczę sama z sobą, żeby ich nie kupić. Nie chcę się rozczarować, jak to robiłam wcześniej kupując równie duże i równie czerwone truskawki hiszpańskie. W końcu polskie są najlepsze.
Ale dzisiaj nie wytrzymałam. Mijając po raz kolejny stragan z owocami, zaryzykowałam. Nie kosztowały dużo, bo 6 LE za pół kilograma (czyli około 3zł), więc nawet gdyby się okazało, że smakują jak woda, nie straciłabym majątku. Wyglądały naprawdę „smakowicie” – ułożone równiutko na styropianowej tacce i owinięte przeźroczystą folią spożywczą. Kupiłam... wróciłam do domu, odpakowałam moje truskawki i od razu poczułam, że trzymam w rękach truskawki. Truskawki pachnące truskawkami... pozostała mi do rozwiązania kwestia smaku. Umyłam, jak nakazują wszystkie przewodniki po Egipcie, i ... odkryłam, że truskawki w Egipcie mają nie tylko zapach truskawek, ale także smak truskawek, zupełnie taki sam, jaki znam z Polski. Nie wiem tylko, czy truskawki, które można kupić w Kairze są egipskimi truskawkami, czy może pochodzą z importu. Ale jedno jest najważniejsze – nie zawiodłam się i wiem, że egipskie truskawki można swobodnie jeść z zamkniętymi oczami. I co ciekawsze, Egipcjanie jedzą truskawki posypane cukrem – zupełnie jak w moim rodzinnym domu oddalonym o 3000 kilometrów. 

21 maja 2011

Rewolucja, trzy miesiące później...

11 maja 2011; godzina 18:30 
Od ustąpienia prezydenta Hosni Mubaraka ze stanowiska prezydenta Egiptu mijają dokładnie trzy miesiące. Czy, zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa, coś się zmieniło w życiu Egipcjan? Chyba jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek zmiany... niestety, życie wciąż nie jest takie, jak było przed Rewolucją. Nadal o czwartej nad ranem Kair pogrążony jest w głębokim śnie. Niestety, na ulicach nie jest już tak bezpiecznie, jak jeszcze cztery miesiące temu (nie dotyczy to turystów, bo Ci nadal, a może szczególne teraz, traktowani są z ogromnym szacunkiem i mogą naprawdę czuć się bezpiecznie). Poza tym w całym mieście można wyczuć nastrój wyczekiwania na to, co się wydarzy jutro, za tydzień, za miesiąc, a przede wszystkim we wrześniu. A tego tak naprawdę nikt nie jest w stanie przewidzieć. Mam tylko nadzieję, że znów będę mogła o trzeciej nad ranem pójść do piekarni po świeże ciastka, a potem jeszcze na nocny spacer nad Nilem. Tylko kiedy to nastąpi? Odpowiedzi brak...




11 maja 2011

Miłość w kulturze islamu

9 maja 2011; godzina 01:20 
Tak się czasem rozglądam wokół siebie i zastanawiam się dlaczego prawie wszyscy moi egipscy znajomi nadal są singlami. Większość z nich ma po 27-28 lat i nadal pozostają stanu wolnego. Nie mówię, że wszyscy, ale duża część z nich. Otóż małżeństwo, a przynajmniej wybór odpowiedniej kandydatki na żonę lub kandydata na męża, stanowi nie lada wyzwanie i nie ma nic wspólnego z miłością. Mam wrażenie, że miłość w kulturze islamu mogłaby w ogóle nie istnieć, bo najczęściej jest ona przyczyną cierpienia, smutku, łez i rzadko kiedy ma coś wspólnego ze szczęściem. Oto kilka przykładów: ( ze względu na ochronę prywatności moich przyjaciół nie podaję imion)
A.  – kilka lat temu zakochany po uszy w młodej, ładnej i wrażliwej Egipcjance. Byli ze sobą około roku...potem doszło do spotkania wybranki z mamą i...związek się zakończył. Mama nie zaakceptowała wyboru swojego syna, uznając, że dziewczyna nie jest najlepszą kandydatką na żonę. Były łzy, był smutek i bolesne dla obu stron rozstanie.
N. – zakochany po uszy w równie młodej, sympatycznej i ładnej Egipcjance. Byli szczęśliwi do czasu spotkania mojego przyjaciela z ojcem dziewczyny. Okazało się bowiem, iż mój przyjaciel nie był w stanie kupić mieszkania, a jedynie płacić za wynajem do czasu uzbierania odpowiedniej kwoty na zakup nowego. Związek musiał się zakończyć, gdyż ojciec dziewczyny powiedział stanowcze „nie”. I znowu łzy, smutek, bolesne rozstanie.
M. – młoda, niezwykle sympatyczna młoda Egipcjanka... zakochana w swoim bliskim przyjacielu ze wzajemnością. Ale niestety on musiał zaręczyć się z inną... próbują się przyjaźnić, ale kiedy się kocha, przyjaźń staje się niemożliwa. I znowu łzy i ból.
S. – przeurocza, przesympatyczna i niezwykle ładna dziewczyna. Była w związku z młodym Amerykaninem...nie wiem, czy była to tylko bardzo bliska przyjaźń, czy oficjalny związek dwojga młodych ludzi, ale na pewno było między nimi głębsze uczucie. Niestety, on okazał się nieodpowiednim kandydatem na męża (ze względu na swój status materialny, gdyż dziewczyna pochodzi z dość zamożnej rodziny). Zaręczyła się z bogatym Egipcjaninem... usłyszałam tylko jak młody chłopak powiedział do S. – „nie jestem szczęśliwy, że się zaręczyłaś, ale cieszę się, że przynajmniej on jest bogaty”. Ale oboje mają jakiś ukryty głęboko smutek w oczach...
Historii takich, jak te jest dużo więcej... ja przytoczyłam tylko kilka z nich, dotyczących moich najbliższych przyjaciół. We wszystkich przypadkach miłość schodzi na dalszy plan i przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Ważniejsze stają się pieniądze, mieszkanie, status społeczny, wykształcenie i opinia matki. Dla człowieka Zachodu, dla którego to właśnie miłość ma decydujące znaczenie przy wyborze kandydata na męża, czy też przy wyborze kandydatki na żonę, jest to sytuacja bardzo trudna do zrozumienia. Ale muzułmanie wierzą, że miłość przyjdzie z czasem, że kiedy się z kimś przebywa przez dłuższy okres, to z czasem zrodzi się głębsze uczucie. Co ja o tym myślę? No cóż, po latach może się pojawić w związku przywiązanie do partnera lub nawet uzależnienie. Może pojawić się przyjaźń, ale w miłość rodzącą się pięć albo dziesięć lat po ślubie to nie wierzę. Jeżeli nie ma miłości od początku trwania związku, to w moim przekonaniu, nie będzie jej już nigdy. Pozostaje zaprzyjaźnić się z własną żoną, czy mężem i czekać przez całe życie na pojawienie się miłości, która nigdy nie nadejdzie...

8 maja 2011

Ablucja a prysznic...

06 maja 2011; godzina 11:30 
Życie każdej jednostki składa się z pewnych powtarzalnych rytuałów – i tak każdy mój dzień zaczyna się tak samo. Wstaję pomiędzy 10 a 11, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym zrywać się z łóżka o ósmej rano. W końcu zdarza mi się położyć spać o szóstej czy siódmej nas ranem ... a że charakter mojej pracy nie wymaga ode mnie wstawania wcześnie rano i pędzenia przez miasto do biura...wstaję, jak się wyśpię. Po zjedzeniu śniadania i wypiciu porannej kawy nadchodzi czas na poranny prysznic. Tak się złożyło, że dzisiaj pora na prysznic nadeszła około godziny 11:30. Udałam się do łazienki i dokonałam dość niemiłego odkrycia...w kranie zabrakło wody. Myślałam, że to jakiś przejściowy problem, ale kiedy po pięciu minutach w moim kranie nadal było tylko powietrze, postanowiłam zapytać w recepcji o przyczynę takiego stanu rzeczy. I usłyszałam, że jest piątek, niecałe pół godziny przed modlitwą, więc wszyscy mieszkańcy kamienicy, w której znajduje się hotel, właśnie teraz zużywają wodę w celu dokonania ablucji. Muszę poczekać około pół godziny i woda w moim kranie na pewno się pojawi. Nie pozostało mi nic innego, jak czekać...jedno muszę przyznać, po pół godzinie, woda rzeczywiście się pojawiła.
A czym jest ablucja?

Ablucja – wudu (czyt. łudu) jest to rytualne obmycie ciała przed każdą modlitwą; zarówno przed najważniejszą modlitwą odbywającą się w piątek, jak i jedną z pięciu codziennych modlitw. Przed każdą z nich obowiązkiem każdego muzułmanina, który ma dostęp do wody jest dokonanie ablucji – oczyszczenia. ( w przypadku braku dostępu do wody ablucję można wykonać za pomocą piasku):

"O wy którzy wierzycie! Kiedy stajecie do modlitwy, to obmywajcie wasze Twarze i ręce aż do łokci; przetrzyjcie lekko wasze głowy, a nogi myjcie - aż do kostek."

(Koran, 5:6)
Rytualne obmycie ciała:
-         trzykrotne umycie dłoni do nadgarstków;
-         trzykrotne przepłukanie ust;
-         trzykrotne przepłukanie nosa;
-         trzykrotne przemycie całej twarzy;
-         trzykrotne mycie rąk aż do łokci;
-         zwilżenie głowy od czoła do czubka głowy;
-         przemycie uszu zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz;
-         trzykrotne umycie nóg aż do kostek.
Dodatkowo przed modlitwą w piątek każdy muzułmanin powinien wykonać gusl, czyli obmycie całego ciała, aby przystępować do modlitwy w stanie jak najbardziej oczyszczonym.

7 maja 2011

Zmiany czasu nie będzie...

01 maja 2011; godzina 12:00

Egipt, podobnie jak Polska, posługiwał się czasem zimowym (+1:00 GMT) oraz czasem letnim (+2:00 GMT). Zmiana czasu z zimowego na letni następowała w noc poprzedzającą dzień 1 maja – Święto Pracy, a więc dla większości Egipcjan dzień wolny od pracy. W tym roku jednak zmiana czasu nie nastąpiła. Siły Zbrojne, które po ustąpienia prezydenta Hosni Mubaraka przejęły władzę w tym państwie, postanowiły, że Egipt będzie posługiwał się tylko i wyłącznie czasem zimowym. Jako uzasadnienie podano, iż ma to związek z Ramadanem, który w tym roku przypada na pełnię lata, czyli miesiąc sierpień. Rok wcześniej w związku z ramadanem zmieniano czas z letniego na zimowy (na czas ramadanu, którego początek przypadał na połowę sierpnia), a po zakończeniu miesiąca postu powrócono na kilka tygodni do czasu letniego. Tym samym wprowadzono ogólny chaos oraz „rozstrojenie czasowe” mieszkańców Egiptu. Bo ileż to razy można zmieniać czas w przeciągu kilku miesięcy?! Decyzję o tym, iż w tym roku zmiany czasu nie będzie, przyjęliśmy więc z ulgą i zadowoleniem. 

6 maja 2011

Sham el Nessim, czyli święto wiosny

25 kwietnia 2011, godzina 20:30

Poniedziałek wielkanocny to doskonała okazja do świętowania dla wszystkich Egipcjan. Tego dnia przypada bowiem święto wiosny – Sham el Nessim. Dzień wolny od pracy nie tylko dla chrześcijan.
Sham el Nessim (w dosłownym tłumaczeniu znaczy „wąchanie, wdychanie wiatru”) jest świętem pochodzącym jeszcze z czasów, kiedy władzę w Egipcie sprawowali faraonowie, a jego początki datuje się na około 2500 lat przed Chrystusem. „Prof. Mahmud Abdel Ghafaar, wykładowca na Uniwersytecie w Banha specjalizujący się w historii starożytnego Egiptu uważa, że Sham Al-Nessim w języku arabskim oznacza oddychanie wiosenną bryzą – w języku ludowym zwane wąchaniem wietrzyka, a datuje się od czasów starożytnych, kiedy święto znano pod nazwą Shama, co oznaczało – odrodzenie się życia, płodność ziemi – zanim przybrało postać Shamm – wąchanie – w czasach koptyjskich. Człon Nessim – został dodany później i początkowo łączono to z Exodusem, potem ze zmartwychwstaniem Jezusa 3 dni po ukrzyżowaniu. Wierzono też, że wdychanie olejków eterycznych z pociętej cebuli ma uzdrawiającą moc.
Inny historyk Sayed Karim – twierdzi, że zwyczaj ten jest tak samo stary jak samo Shamo. Według papirusu z 6 Dynastii znalezionego w Memphis, syn faraona cierpiał na niewyjaśnioną chorobę. Przez lata lud nie celebrowal święta wiosny przez sympatię dla chorego. Ostatecznie arcykapłan Oun postawił diagnozę, że zły duch opanował ciało chorego. W ramach terapii Oun nakazał ułożenie dojrzałej cebuli nad głową pacjenta a pokrojoną w plastry do inhalacji. Syn wyzdrowiał a lud przejął kurację jako zwyczaj wieszając cebulę nad drzwiami i tradycyjnie obowiązkowo spożywając ją w dniu święta wiosny.
Wraz ze świtem tłumy wypełniają wolne zielone przestrzenie jak trawniki na skwerach i w parkach, często owinięci w koce z powodu porannego chłodu. Inni spędzają ten dzień na łodziach wiosłując po Nilu.”1

Czego nie może zabraknąć na stole lub w piknikowym koszyku w dniu święta wiosny?
-         jajek, które barwi się gotując w łupinach cebuli, liściach anyżu, herbaty, mięty i truskawek,
-         różnego rodzaju solonych ryb -  zwanych fiseekh o specyficznej ostrej woni,
-         sałaty,
-         wiosennej młodej cebuli dymki,
-         gotowanych nasion łubinu,

1.        opracowanie – Anna Gamal el Din, na podstawie prasy egipskiej

30 kwietnia 2011

Gdzie jest Wielkanoc?

24 kwietnia 2011; godzina 13:00 
Nadeszła Wielkanoc, ale jakby jej wcale nie było. W przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, kiedy to większość restauracji i kawiarni jest przyozdobiona choinkowymi łańcuchami, bombkami, kolorowymi lampkami i wizerunkami świętego Mikołaja, Wielkanocy się nie zauważa. I chociaż 10 procent społeczeństwa egipskiego stanowią chrześcijanie, to Wielkanocy jakby w ogóle nie było. Nie jest to w każdym razie powód do przyozdabiania kawiarni czy restauracji pisankami, kurczaczkami czy zajączkami. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że nastrój Bożego Narodzenia jest w Kairze obecny tylko i wyłącznie ze względu na turystów. A Wielkanoc, jak wiadomo, jest świętem „ruchomym” i obchodzonym przez chrześcijan w różnym czasie. Akurat w tym roku zdarzyło się tak, że Wielkanoc przypadała w tym samym czasie zarówno dla chrześcijan zachodnich, jak i wschodnich, ale nie zdarza się to co roku. Tak więc powstaje pytanie, kiedy przyozdabiać kawiarnie wielkanocnymi ozdobami?

A skąd chrześcijanie w Egipcie?
„Chrześcijaństwo dotarło na te ziemie wkrótce po Zesłaniu Ducha Świętego i wiąże się przede wszystkim z działalnością św. Marka Ewangelisty, który tu właśnie miał założyć gminę chrześcijańską. Co prawda nie można potwierdzić tej tezy wiarygodnymi materiałami archiwalnymi, a pierwszym biskupem Aleksandrii, którego istnienie jest pewne, był dopiero św. Demetriusz (†231), niemniej jednak funkcjonowanie od wieków takiej właśnie tej wersji świadczy o co najmniej bardzo dawnym pochodzeniu miejscowej stolicy biskupiej. Do dzisiaj Kościół aleksandryjski bywa nazywany Kościołem św. Marka. Aleksandryjska stolica biskupia do połowy V w. zajmowała drugie, po Rzymie, miejsce w hierarchii Kościołów lokalnych i dopiero Sobór Chalcedoński (451) wyniósł do tej godności Konstantynopol, spychając Aleksandrię na trzecią pozycję w światowej hierarchii. (...)
Głównym wyznaniem chrześcijańskim Egipcjan, obecnym na tym terenie od początku nowej religii, jest Kościół koptyjski. Należy on do tzw. monofizyckiego lub niechalcedońskiego odłamu chrześcijaństwa, chociaż dziś zaliczanie koptów do monofizytów nie jest precyzyjne.
Koptowie są potomkami starożytnych Egipcjan, o czym świadczy już sama ich nazwa: kopt to nieco zniekształcone greckie słowo Aigyptos (Egipt), to zaś wywodzi się ze staroegipskiego Hikaptah (lub Hut-ka-Ptah), czyli „świątynia [lub sanktuarium] duszy Ptaha” – jednego z najbardziej czczonych bóstw religii staroegipskiej. Cały wyraz był inną nazwą pierwszej stolicy dawnego Egiptu i głównego ośrodka kultu tego boga – Memfisu. A zatem Kopt to Egipcjanin, a język koptyjski to kontynuacja staroegipskiego, tyle że zapisywana już nie hieroglifami, ale literami pochodzącymi z greki. Dopiero po wiekach, gdy tereny te podbili muzułmańscy Arabowie, narzucając miejscowej ludności swój język i wiarę, nazwa Koptowie zaczęła się odnosić do tych mieszkańców Egiptu, którzy zachowali wiarę chrześcijańską, posługując się zarazem na co dzień językiem arabskim. Koptyjski zaś stał się językiem martwym, używanym jedynie w Kościele.”
(źródło: www.misyjnedrogi.pl)  

25 kwietnia 2011

Sporty ekstremalne, a może jestem za "stara"?

15 kwietnia 2011; godzina 22:30
„Pustynia wciąga nas od głowy do pięt,
Wypala oczy, suszy ciało i krew,
I tylko tra, tra, tra, zgrzyta w zębach piach
Słońce opala brzuchy, wiatr tarmosi nasze ciuchy?

(Bajm, „Nie ma wody na pustyni”)

Dzień rozpoczął się bardzo wcześnie, bo już o siódmej rano od szybkiej porannej toalety i śniadania jedzonego w biegu. Potem ponad półgodzinna jazda samochodem przez miasto, żeby zdążyć na umówione spotkanie na czas. I znów pojawia się moje europejskie pojęcie czasu ;) A potem to już tylko relaks... Razem z przyjaciółmi postanowiliśmy spędzić cały dzień na pustyni, na uprawianiu sportów ekstremalnych, a dokładniej – na amatorskim uprawianiu sandboardingu.
I nareszcie nikt mi nie mówi, że jestem „za stara” na jazdę na sankach, rzucaniu się śnieżnymi kulkami, lepieniu bałwana, czy spacerze do zoo (oczywiście, w Kairze nie ma śniegu i prawie wszystkie wymienione przez mnie formy spędzania wolnego czasu nie są możliwe do wykonania w słonecznym Egipcie, ale to tylko przenośnia). Nareszcie nikt mi nie mówi, że licząc sobie trzydzieści wiosen, powinnam być stateczną i poważną kobietą. Tutaj, bez względu na wiek, dozwolona jest każda forma spędzania wolnego czasu, nawet ta zarezerwowana dla wieku dziecięcego. Najważniejsze jest to, aby spędzić miło czas w gronie przyjaciół i potencjalnych przyjaciół, żeby oderwać się, choć na chwilę od szarej i trudnej codzienności, żeby po prostu spędzić miło czas z uśmiechem na twarzy. I nikt nie jest na nic za stary, tak długo, jak wybrana forma spędzenia wolnego czasu przynosi radość i zadowolenie. I jeżeli mam ochotę w wieku trzydziestu lat pojeździć na sankach, czy spędzić dzień w ogrodzie zoologicznym, to po prostu to robię.
Dodam tylko, że razem z nami na pustynię wybrał się przebywający na wakacjach w Kairze młody Amerykanin. I wybrał się tam razem ze swoją mamą (muzułmanką, od dłuższego czasy mieszkającą w Egipcie), która 50 urodziny obchodziła już jakiś czas temu. Ale ten fakt wcale nie przeszkodził jej w spróbowaniu swoich sił w jeździe na „desce” po piasku. 
tymczasowy obóz na pustyni ;)
pełnia księżyca na pustyni
mała plama na środku, to JA ;)



23 kwietnia 2011

Kawa z "mlekiem"

12 kwietnia 2011; godzina 18:00
W Kairze można kupić wszystko. Gdyby jakiś zabłąkany turysta znalazł się całkiem przypadkowo w tym mieście, w dodatku bez żadnego bagażu, to w przeciągu godziny (no, może dwóch) jest w stanie zakupić wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. A po jednym dniu bez żadnego problemu będzie mógł zakupić dużą walizkę i wypełnić ją wszystkim tym, co chciałby tu ze sobą przywieźć.
W Kairze można kupić naprawdę wszystko. Kilka dni temu znalazłam herbatniki, które wyglądają i smakują dokładnie tak, jak „polskie” petit- beuree’y. Poza tym postanowiłam zaprzestać kupowania pojedynczych saszetek kawy rozpuszczalnej „3w1”  - bo jakoś kawa z cukrem mi nie smakuje. Zakupiłam więc duży słoik kawy rozpuszczalnej – tej samej, którą wcześniej piłam w Polsce. Pozostało mi do kupienia mleko. Niby taka prosta rzecz...a jednak nie miałam szczęścia, a może miałam większe niż myślę. Otóż wybrałam się do najbliższego sklepu, w którym od pół roku codziennie robię zakupy. Zajrzałam do lodówki i wyciągnęłam z niej jedną butelkę „mleka”. To znaczy byłam w stu procentach pewna, że jest to mleko. Wróciłam do hotelu, nasypałam kawę do kubka, zagotowałam wodę i... okazało się, że owe „mleko”, które przyniosłam ze sklepu nie jest mlekiem, ale... maślanką. No cóż, do kawy się nie nadawało i musiałam zejść do sklepu ponownie. Tym razem już nie udawałam, że wszystko wiem i po prostu zapytałam sprzedawcę o mleko. Ale jednocześnie smak świeżej maślanki, którą po raz ostatni piłam w moim rodzinnym domu ponad pół roku wcześniej, przywołał miłe wspomnienia i wywołał uśmiech na mojej twarzy. Bo co, jak co, ale maślanki to się nie spodziewałam tutaj znaleźć.