"Podróżnicy mówią, że nie ma nic jaśniejszego na twarzy Ziemi niż Kair (...)

Ten, który nie widział Kairu, nie widział świata. Jego kurz jest jak złoto, jego Nil jest jak cud, jego kobiety są jak czarnookie niewiasty z raju, jego domy są jak pałace (...)

I jakże mogłoby być inaczej, skoro Kair jest Matką Świata?"

(opowieść żydowskiego lekarza)

15 grudnia 2011

Kryzys finansowy Egiptu

12 grudnia 2011, godzina 18:30

Kilka dni po zaprzysiężeniu nowego rządu premier Kamal el Ganzouri oświadczył drżącym głosem, że stan finansów państwa jest w stanie tak katastrofalnym, że aż trudnym do wyobrażenia. Kasy państwowe świecą dosłownie pustkami, a wydatki ponoszone przez państwo wciąż znacznie przewyższają wpływy do budżetu. Zabrzmiało to jak oświadczenie, że Egiptowi grozi bankructwo! Premier zamierza w najbliższym czasie wprowadzić liczne oszczędności oraz zaostrzyć przyznawanie rozmaitych dotacji (w tej chwili dość spore dotacje są przyznane na przykład na chleb oraz benzynę). Czym to grozi? Możliwości jest kilka... po pierwsze pogorszeniu ulegnie sytuacja najbiedniejszych mieszkańców Egiptu...aż trudno sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało życie najbiedniejszych, którym dotacja na chleb pozwala przeżyć z dnia na dzień. Czy nadal będą mogli pozwolić sobie na zakup chleba po likwidacji tej dotacji? (jeżeli ona nastąpi, bo tego premier nie powiedział - mówił tylko o cięciach budżetowych i zaciskaniu paska, rozwiązaniach jakże dobrze mi znanych z telewizyjnych wystąpień premiera Polski oraz innych przywódców europejskich). Kolejną możliwą do wystąpienia sytuacją w Egipcie jest... masowa emigracja mieszkańców Egiptu, a w szczególności mieszkańców dużych miast, takich jak Kair czy Aleksandria, do... no właśnie dokąd? Do Europy to chyba nie, bo tutaj sytuacja wcale nie przedstawia się lepiej, z każdym tygodniem na skraju bankructwa stają kolejne państwa - Grecja, Włochy, Węgry, Hiszpania, Portugalia... a więc może emigracja do krajów Półwyspu Arabskiego, może do jakże lubianej przez Egipcjan Turcji, może do Australii, czy też Kanady... Kolejnym problemem z jakim być może będzie musiał sobie poradzić Egipt, jest fala masowych protestów przeciw wprowadzanym oszczędnościom - znane nam doskonale z takich państw jak Grecja, czy Portugalia.
A co może „uzdrowić” gospodarkę Egiptu? Najważniejszym źródłem dochodu dla tego afrykańskiego państwa już od dłuższego czasu jest TURYSTYKA. Turystyka, a więc ta gałąź „przemysłu”, która chyba ucierpiała najbardziej w wyniku wydarzeń jakie miały miejsce w Egipcie na początku 2011 roku. Z powodu Rewolucji, masowych protestów, demonstracji, rozruchów ulicznych turyści zmienili kierunek podróży omijając Egipt szerokim łukiem i w ten sposób w dość znaczący sposób przyczynili się do obecnej katastrofalnej sytuacji finansowej państwa. Czy jednak słusznie Egipt „zniknął” z mapy turystycznej świata? Czy naprawdę turyści mają się czego obawiać podczas wakacji spędzanych choćby nad Morzem Czerwonym? Moja odpowiedź jest bardzo krótka... NIE. Turyści są i będą bezpieczni w Egipcie. I właśnie w tym miejscu zwracam się z apelem do wszystkich tych, którzy już zaczynają myśleć o przyszłorocznych wakacjach, ale jeszcze nie podjęli decyzji dokąd pojadą. Z całego serca zachęcam do spędzenia wakacji w kraju faraonów!!!
Gorące i słoneczne plaże nad Morzem Czerwonym, Piramidy w Gizie, leniwie płynący Nil, zbiory Muzeum Starożytności w Kairze, zabytki z czasów starożytnych w Luksorze, Asuan, świątynia Abu Simbel, czy też klasztor św. Katarzyny na Synaju to tylko kilka z licznych miejsc wartych odwiedzenia w Egipcie. Tak więc Szanowny Turysto nie wahaj się już dłużej i wakacje roku 2012 spędź właśnie w Egipcie! Zostaw kilka funtów w hotelach, restauracjach, lokalnych kawiarniach, sklepach z pamiątkami... w zamian otrzymasz słońce, niezwykłą gościnność Egipcjan, trochę egzotyki i niezapomniane wrażenia... nie pozwól, by z powodów politycznych kraj, w którym narodziła się cywilizacja, a który stanął na skraju bankructwa, musiał zrobić krok w przód i wpaść w lawinę międzynarodowych pożyczek. Ja może nie wybiorę się na wycieczkę z biurem podróży, bo jednak lubię sama sobie organizować czas, ale jak tylko znajdę kilka groszy, to od razu kupuję bilet na samolot i wyruszam z powrotem do Kairu... być może spotkamy się pod Piramidami w Gizie? 


A jeżeli przed wyjazdem chciałbyś dowiedzieć się jeszcze więcej o Kairze, Egipcie, zabytkach, lokalnej kuchni... to zapraszam na stronę Przewodnika po Kairze online w wersjach: polskiej i angielskiej.

Muzeum Egipskie w Kairze
Cytadela w Kairze
Piramidy w Gizie
Sfinks - strażnik Piramid w Gizie
Pałac Abdin w Kairze

13 grudnia 2011

A jednak wygrali islamiści

04 grudnia 2011, godzina 22:00

Są już wstępne wyniki wyborów parlamentarnych w Egipcie. Partia Wolność i Sprawiedliwość (Freedom and Justice Party) założona wiosną tego roku przez Bractwo Muzułmańskie zdobyła ponad 35% głosów i zdecydowanie wysunęła się na prowadzenie w „walce” o miejsca w parlamencie. Na drugim miejscu uplasowała się „skrajnie konserwatywna partia muzułmanów salafitów”* z poparciem 24%, kolejna partia o „zabarwieniu” islamskim Wassat zdobyła ponad 4% głosów, a więc jak łatwo policzyć partie islamskie zdobyły razem ponad 60% wszystkich głosów. Na Blok Egipski, w którego skład weszły mniejsze ugrupowania o poglądach liberalnych zagłosowało 15%. Co to oznacza dla przyszłości Egiptu? Jak powiedział Ahmed Subai z Partii Wolność i Sprawiedliwość „naród egipski wkroczył na drogę prowadzącą do zbawienia...”* Partia Bractwa Muzułmańskiego, która jest zwycięzcą wolnych wyborów parlamentarnych nie zamierza jednak rządzić sama, ale wyciągnąć rękę do wszystkich pomniejszych ugrupowań, aby razem przejść przez trudny okres transformacji kraju. Nie można jednak pominąć faktu, że to jednak partie o charakterze mocno religijnym wygrały te wybory, i można się spodziewać, że wszelkie zmiany w prawie i konstytucji będą zmierzały w kierunku wprowadzenia Szariatu w kolejnych dziedzinach życia (w tej chwili prawo cywilne Egiptu oparte jest w dużym stopniu na Kodeksie Napoleona, natomiast Szariat obecny jest wyłącznie w prawie rodzinnym). Czas pokaże, czy wybór jakiego dokonali Egipcjanie był słuszny, a rządy nowego parlamentu będą zgodne z oczekiwaniami narodu...

12 grudnia 2011

Wybory parlamentarne

28 listopada 2011, godzina 19:00

Rozpoczęły się wybory parlamentarne - pierwsze wolne wybory od czasu obalenia prezydenta Hosniego Mubaraka. Odbędą się one w kilku etapach, co ma związek przede wszystkim z brakiem odpowiedniej ilości komisji wyborczych, aby wszyscy mieszkańcy kraju mogli głosować w tym samym czasie. W pierwszym terminie, a więc dzisiaj, głosują między innymi mieszkańcy Kairu, Aleksandrii oraz chrześcijańskiego Asjut. Dwa tygodnie później zagłosują mieszkańcy kolejnych części kraju, potem jeszcze kolejni. W sumie odbędą się trzy rundy wyborów parlamentarnych do izby niższej. Końcowe oficjalne wyniki będą znane w połowie stycznia 2012 roku. Następnie odbędą się wybory do izby wyższej (również w trzech etapach), a na sam koniec wybory prezydenckie - te ostatnie zapowiedziano na koniec czerwca 2012 roku, a więc ponad rok po ustąpieniu Hosniego Mubarka.
Trudno powiedzieć jaki procent mieszkańców Egiptu weźmie udział w pierwszych wolnych wyborach. Pewne jest tylko, że od wczesnych godzin porannych Egipcjanie stoją w kolejkach przed lokalami wyborczymi i czekają na ich otwarcie, aby móc zagłosować na wybranych kandydatów.
W zasadzie wybory przebiegły bez większych zakłóceń i bez agresji, a na Plac Tahrir powrócił względny spokój. Pytanie tylko na jak długo? 

4 grudnia 2011

Tysiące rannych w centrum Kairu

(20 - ) 27 listopada 2011, godzina 20:00

Pokojowa demonstracja zorganizowana w piątek przez Bractwo Muzułmańskie na Placu Tahrir przerodziła się w krwawe zamieszki trwające ponad tydzień. W Kairze, Aleksandrii, Port Said, Asyut doszło do starć protestujących z policją i wojskiem. Bilans tych wydarzeń jest przerażający - śmierć poniosły 42 osoby, a ponad 3200 zostało rannych (jak podają oficjalne źródła rządowe). Poza tym rząd premiera Essama Sharafa podał się do dymisji - chociaż żaden protestujący akurat tego posunięcia władz nie oczekiwał. Tłum zebrany przede wszystkim na Placu Tahrir w Kairze, domagał się ustąpienia marszałka Tantawiego i przekazania władzy w ręce cywilnego rządu. A tymczasem rządu nie ma... powołano również nowego - starego premiera, który ma stworzyć kolejny rząd (na to stanowisko został powołany Kamal el Ganzouri, który pełnił funkcję premiera w latach 1996 - 1999, a więc w czasach kiedy prezydentem Egiptu był, obalony w lutym bieżącego roku, Hosni Mobarak). I tylko pytam, po co te wszystkie zabiegi kosmetyczne skoro i tak sytuacja w kraju nie ulegnie żadnej zmianie?! Rząd w Egipcie nie ma bowiem żadnej władzy i są tu raczej tylko po to, żeby byli... a nie po to, żeby coś realnie zmieniać. Cała władza w kraju skupiona jest w rękach Naczelnej Władzy Wojskowej, na której czele stoi marszałek Tantawi. I właśnie jego ustąpienia domagali się demonstranci zebrani na Placu Tahrir przez ostatni tydzień.
Główne walki uliczne pomiędzy rozgniewanym tłumem a uzbrojoną w gaz łzawiący i gumową amunicję policją rozegrały się na ulicy Mohameda Mahmouda, która łączy Plac Tahrir z budynkiem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Dramatyczne wydarzenia, w których śmierć poniosło ponad 40 osób rozegrały się na ulicy, przy której mieszkałam przez ostatni rok... pod moim balkonem... zupełnie jak dziesięć miesięcy temu, podczas Rewolucji...
Przez ostatnie siedem dni moje życie ograniczyło się do siedzenia przez komputerem i śledzenia wszelkich przekazów telewizyjnych z Egiptu. Widziałam tysiące Egipcjan zebranych na Tahrir, widziałam krążące bez ustanku karetki pogotowia, widziałam powyrywane płyty chodnikowe służące demonstrantom za amunicję w walkach ze służbami bezpieczeństwa... i chociaż byłam oddalona od tych wydarzeń o 3000 kilometrów, doskonale wiedziałam, jak wygląda centrum miasta, jak czuli się jego mieszkańcy, jak gryzł gaz łzawiący... wiedziałam, bo przeżyłam Rewolucję, a przez ostatnie siedem dni na Placu Tahrir „zagościła” Rewolucja po Rewolucji... pytanie tylko, co będzie dalej?

(więcej szczegółów dotyczących Rewolucji jaka miała miejsce pomiędzy 25 stycznia a 11 lutego 2011 roku w Egipcie już wkrótce...)

28 listopada 2011

Bractwo Muzułmańskie na Placu Tahrir

18 listopada 2011, godzina 18:00

Tradycją się stało, że jak już piszę w piątek, to zazwyczaj o zamieszkach – i to bez względu, czy aktualnie przebywam w Kairze, czy też w Polsce. I dzisiaj znów jest piątek i znowu zamieszki.... chociaż może na dzisiaj to zbyt duże słowo. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Bractwa Muzułmańskiego, na Placu Tahrir w centrum Kairu zorganizowano kolejne protesty – ostatnie przed wyborami parlamentarnymi, które mają się rozpocząć już za dziesięć dni, 28 listopada 2011 roku. Powodem dzisiejszych protestów są zmiany, a raczej ich brak, w Konstytucji. Kiedy w lutym tego roku Naczelna Rada Wojskowa przejęła władzę w kraju, zapowiedziała zmiany w obowiązującej Konstytucji i niestety, na zapowiedziach się zakończyło. Przez ostatnie dziewięć miesięcy nie zmieniło się nic... echo Rewolucji przeminęło, a wraz z nim chęć władz do zmiany systemu panującego w kraju, do zmiany warunków socjalnych, do zmiany Konstytucji. Życie jakie było, takie jest – chociaż pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest dużo trudniejsze niż było. Rewolucja doprowadziła do zwolnienia wielu pracowników, do zmniejszenia przychodów z turystyki, która jest jednym z podstawowych sektorów przynoszących dochody. Z turystyki żyje ponad 50% ludności... i nagle turyści zniknęli, a władza nie robi nic, żeby codzienne życie Egipcjan stało się łatwiejsze. I z każdym dniem przybywa ludzi żyjących za dwa dolary dziennie lub mniej...
Co do zmian w Konstytucji, w marcu tego roku przeprowadzono referendum i właściwie na tym cała sprawa się skończyła. Żadnych zmian, żadnych perspektyw, tylko puste obietnice. I stąd kolejne protesty w centrum Kairu... zdaje się, że mieszkańcy mają już dość Naczelnej Rady Wojskowej i żądają, aby ta – zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami – oddała władzę w ręce cywilnego rządu.
Za dziesięć dni odbędą się wybory parlamentarne... co przyniosą? No cóż... parlament w Egipcie ma niewielką władzę (o ile jakąś ma w ogóle) i chyba nie ma się co łudzić, że wybory cokolwiek zmienią. I Egipcjanie mają tego świadomość... dlatego po raz kolejny wychodzą na ulice stolicy.
Bractwo Muzułmańskie, najlepiej zorganizowana organizacja w tym kraju postanowiła po raz ostatni przed wyborami zaapelować do Naczelnej Rady Wojskowej o wprowadzenie zmian i przyspieszenie procesu demokratyzacji. Trochę to dziwne – bo przecież jak ogólnie wiadomo, akurat tej organizacji nie bardzo zależy na demokracji.  Ale tutaj właśnie ukryty jest podstawowy cel dzisiejszej demonstracji. Mam wrażenie, że wcale nie chodzi o oddanie władzy i zmiany w panującym systemie... tylko o promocję samego Bractwa, a dokładniej partii politycznej, którą utworzyli po obaleniu Hosniego Mobaraka. Partia Sprawiedliwość i Wolność (Justice and Freedom Party) cieszy się bowiem największym poparciem społecznym i ma duże szanse, aby wygrać nadchodzące wybory parlamentarne. A wówczas... wolałabym o tym nawet nie myśleć... zresztą chyba nie tylko ja. Ale wówczas może się okazać, że podróże do Egiptu nie będą już ani takie proste, ani takie przyjemne, szczególnie dla nie-muzułmanów. I na tym właśnie będzie polegała demokracja... bo przecież nawet jeżeli partia Sprawiedliwość i Wolność osiągnie większość w parlamencie, to zawsze będą mogli powiedzieć, że wygrali je w wolnych i demokratycznych wyborach. 

26 listopada 2011

I znowu w piątek zamieszki

11 listopada 2011, godzina 21:00

Kolejny piątek i kolejne zamieszki w stolicy – ale tym razem nie mam na myśli Kairu, ale Warszawę. Siedzę przed telewizorem i oglądam doniesienia medialne dotyczące wydarzeń w stolicy. Jest 11 listopada 2011, w Polsce Dzień Niepodległości... a oglądając telewizję mam wrażenie jakbym przeniosła się nie tylko w przestrzeni, ale również w czasie. Co widzę? Tłum zamaskowanych chuliganów bijących się z policją, powyrywane płyty chodnikowe, zniszczone przystanki autobusowe i tramwajowe, atak owych chuliganów na dziennikarzy, płonące na ulicach samochody... wspomnienia powracają natychmiast. Czuję się jakbym znów siedziała na hotelowym tarasie w centrum Downtown w Kairze i była trochę świadkiem, a trochę uczestnikiem Rewolucji jaka miała miejsce na przełomie stycznia i lutego 2011 roku. Tylko na szczęście tym razem nie mam problemów z oddychaniem, bo w powietrzu nie unosi się żadna chmura gazu łzawiącego... w końcu siedzę we własnym mieszkaniu przed telewizorem. Pytam się tylko, po co to wszystko? W Egipcie powód demonstracji, protestów, ulicznych zamieszek był oczywisty, klarowny, jasno sprecyzowany i jak najbardziej przez mnie rozumiany i popierany. A tutaj? A tutaj, mam wrażenie, biją się dla zabicia wolnego czasu, dla wyładowania agresji, dla zaistnienia w gangach młodzieżowych. Bo przecież nie biją się dla zaistnienia w mediach  i dla sławy – bo gdyby tak było, nie zasłanialiby przynajmniej twarzy. Więc właściwie komu potrzebne są te zamieszki na ulicach Warszawy? 

25 listopada 2011

I znów protesty na ulicach Kairu

28 października 2011, godzina 19:00

I znowu piątek, i znowu protesty w centrum Kairu, i wciąż te same żądania. Protestujący Egipcjanie domagają się zapowiadanych dziesięć miesięcy temu reform, zmian w Konstytucji, a przede wszystkim oddania władzy cywilom. Mają już dość wojskowych rządów, które w zasadzie niczym się nie różnią od obalonego w lutym 2011 roku reżimu Mobaraka.  A dokładnie za miesiąc rozpoczną się wybory do parlamentu.

23 listopada 2011

Mój Kair – minął rok...

21 października 2011, godzina 06:00

Od mojego wyjazdu z Polski minął dokładnie rok. To właśnie 21 października 2010 roku o szóstej nad ranem siedziałam z kubkiem kawy na hotelowym tarasie w centrum Kairu i pisałam pierwszy wpis na niniejszym blogu. Wiedziałam wówczas, że moje życie stanęło trochę na głowie i wiele się zmieni. Wiedziałam również, że znalazłam się daleko od rodzinnego domu i jestem w zupełnie innym świecie... byłam szczęśliwa. Nie sądziłam jednak, że będzie to rok trudny nie tylko ze względu na tę inność, ale trudny przede wszystkim ze względów politycznych (a może historycznych). Zaledwie trzy miesiące po moim przyjeździe do Kairu wybuchła Rewolucja, w wyniku której społeczeństwo egipskie obaliło prezydenta Hosniego Mobaraka. Całe osiemnaście dni i nocy spędziłam na hotelowym tarasie w centrum miasta, w centrum owych wydarzeń... ale o tym, co widziałam, co słyszałam i co przeżyłam jeszcze przyjdzie czas opowiedzieć (a kiedy już to zrobię, to na pewno o tym fakcie poinformuję na niniejszym blogu).
Minął rok... jak wiesz, Drogi Czytelniku, jestem teraz w Polsce... chociaż moje serce i spory kawałek mojej duszy pozostały w Kairze. I tylko mam nadzieję, że los pozwoli mi tam powrócić... już wkrótce.

A przy okazji tej mojej małej rocznicy pragnę serdecznie podziękować wszystkim Czytelnikom za śledzeniu losów moich i miasta, które tak bardzo pokochałam. Dziękuję zarówno tym, którzy na bieżąco czytają niniejszego bloga, jak i tym, którzy znaleźli się tu całkiem przypadkiem i być może pozostali na trochę dłużej. Dziękuję także tym, którzy zrezygnowali z dalszego czytania po jednej wizycie na blogu.
Jednocześnie zachęcam do bywania na blogu i śledzenia dalszych losów mojego Kairu...

22 listopada 2011

Prawo wyborcze dla emigrantów

19 października 2011, godzina 18:00

Trwają spory wokół zgody na umożliwienie Egipcjanom przebywającym na stałe poza granicami kraju, na udział w wyborach parlamentarnych. Unia Egipcjan za granicą wniosła sprawę do sądu przeciwko Komitetowi Wyborczemu, szefowi Rady Najwyższej Sił Zbrojnych, premierowi oraz ministrowi spraw wewnętrznych za uniemożliwienie głosowania w ambasadach na całym świecie. W ten sposób odbiera się prawo wyborcze wszystkim emigrantom, którzy z różnych powodów wyjechali z Egiptu. Unia Egipcjan uznała takie zachowanie za naruszenie Konstytucji oraz Międzynarodowej Konwencji Praw Obywatelskich i skierowała sprawę do Sądu Administracyjnego. 

Chrześcijanie giną na ulicach Kairu

09 października 2011, godzina 23:30

Informacje jakie docierają do mnie z Egiptu, a w szczególności z Kairu, są coraz bardziej niepokojące. Palenie kościołów chrześcijańskich, walki uliczne pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami, brak wzajemnego szacunku oraz narastająca wrogość wobec siebie wyznawców obu tych religii – chciałoby się zacytować fragment piosenki Maryli Rodowicz – „ale to już było i nie wróci więcej”. Niestety, sytuacja robi się coraz bardziej napięta, a pokazały to wydarzenia, jakie miały miejsce w Kairze w nocy z dziewiątego  na dziesiątego października. W wyniku protestów, demonstracji, walk z policją i przede wszystkim z wojskiem oraz w wyniku narastającego niezadowolenia, na ulicach w centrum Kairu śmierć poniosły 24 osoby, w większości Koptowie (chrześcijanie wschodni stanowiący 10% ogółu społeczeństwa egipskiego), a ponad 200 zostało rannych.
Słuchając doniesień z Kairu i przeglądając fotografie oraz materiały filmowe z wydarzeń z ostatniej nocy, nasuwa się tylko jedno, a może dwa, pytania: po co? i kto za tym wszystkim tak naprawdę stoi? Bo jakoś trudno mi uwierzyć, żeby nagle wśród muzułmańskiej części społeczeństwa egipskiego, którzy do tej pory, zgodnie z naukami Quranu, szanowali chrześcijan, tak nagle coś się zmieniło. Żeby tak nagle chrześcijanie zaczęli im po prostu przeszkadzać, bo niby w czym?

więcej o krwawych wydarzeniach z ostatniej nocy: (w języku angielskim)

a także fotoreportaż w języku polskim:

Obietnice wyborcze

05 października 2011, godzina 18:00

Od dłuższego czasu po Kairze krążą pogłoski, że wojsko planuje utrzymać się przy władzy poprzez wystawienie w nadchodzących wyborach prezydenckich własnego kandydata. Informacja wzbudza nie tylko oburzenie wśród Egipcjan, ale również prowadzi do nasilenia niepokoju społecznego. Mieszkańcy Kairu coraz głośniej i częściej odgrażają się siłom zbrojnym, które przejęły pełnię władzy po obaleniu Mobaraka, że ponownie wyjdą na ulicę i dokonają kolejnej rewolucji mającej na celu przekazanie władzy w ręce cywilne.
W sprawie zajął dzisiaj głos marszałek Sił Zbrojnych Tantawi, który jednoznacznie zaprzeczył wszelkim pogłoskom dotyczącym utrzymania się wojska przy władzy. Zaprzeczył, jakoby wojsko planowało wystawienie własnego kandydata na prezydenta. Pytanie tylko, czy jest to zwykłe „mydlenie oczu” mające na celu uspokojenie społeczeństwa, czy też naprawdę wojsko planuje ostatecznie zrzec się władzy i, jak powiedział Tantawi, chce ją jak najszybciej przekazać nowej władzy cywilnej? Mam duże wątpliwości, czy społeczeństwo egipskie powinno uwierzyć marszałkowi... mi jakoś zaufania brakuje (chociaż mam nadzieję, że niesłusznie).
Otwartym pozostaje również pytanie o termin wyborów prezydenckich - Rada Najwyższa Sił Zbrojnych do tej pory nie ustaliła dokładnej daty przeprowadzenia wyborów. Wiadomo na razie, że 28 listopada rozpoczną się, trwające cztery miesiące, trzystopniowe wybory do parlamentu.

21 listopada 2011

Napięta sytuacja z Izraelem

04 października 2011, godzina 20:30

Sytuacja z Izraelem staje się coraz bardziej napięta. Po raz kolejny na terenie Synaju doszło do eksplozji gazociągu, który dostarcza gaz zarówno do Izraela, jak i do sąsiadującej Jordanii. Od czasu ustąpienia Mobaraka ze stanowiska prezydenta Egiptu ( co miało miejsce 11 lutego 2011 roku), to już chyba piąty atak na gazociąg. I właściwie trudno ustalić, kto stoi za tymi atakami: czy są to Egipcjanie coraz bardziej wrogo „nastawieni” do Izraela, czy może plemiona Beduinów dość licznie zamieszkujące Synaj, czy może terroryści, albo Palestyńczycy, czy może sami Izraelici? Póki co, wiadomo jedynie, że eksplozje owego gazociągu są w ostatnich miesiącach dość regularne. 

Podróż autobusem

03 października 2011, godzina 13:45

Siedzę w autobusie... tak, tak – siedzę w autobusie. Pomimo, iż jest początek tygodnia, studenci wrócili już po wakacjach, a i godzina nie jest ani bardzo wczesna, ani tym bardziej bardzo późna, bez problemu znalazłam miejsce siedzące. W Kairze byłaby to rzecz niemożliwa – tam, bez względu na dzień tygodnia i porę dnia, autobusy są zawsze przepełnione. Zawsze mnie to dziwiło, bo jak wspominałam wcześniej, podróż autobusem należy do jednego ze sportów ekstremalnych, jakie zmuszony jest uprawiać Europejczyk będąc w Kairze. A tu w Polsce – nie muszę biegać pomiędzy samochodami, żeby dogonić uciekający autobus, który po prostu nie zatrzymał się na przystanku; nie muszę wskakiwać  do środka, a tym bardziej nie muszę wyskakiwać; nie muszę także rozpychać się łokciami pomiędzy spoconymi i pragnącymi wykorzystać ścisk wewnątrz (żeby móc całkiem legalnie dotknąć kobietę – Europejkę - blondynkę) Egipcjanami. Wystarczy, że poczekam na przystanku aż przyjedzie autobus i zatrzyma się, aby umożliwić mi swobodne wejście do środka. I jak się dzisiaj okazuje – mogę nawet znaleźć wolne miejsce siedzące. Ale na tym różnice się nie kończą – z tym, że kolejne są na niekorzyść podróżowania autobusem w Polsce. Jak wspomniałam, miałam dość dużo szczęścia, bo bez żadnego problemu znalazłam miejsce siedzące – w dodatku przy oknie. Mogłam więc rozsiąść się dość wygodnie i przez kolejne pół godziny odkrywać moje rodzinne miasto z okien autobusu (odkrywać je po mojej prawie rocznej nieobecności tutaj). Niestety, ta moja przyjemna podróż dość wcześnie została zakłócona... kilka przystanków dalej do autobusu wsiadło małżeństwo w średnik wieku. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ich obecność najpierw wyczuł mój nos – trudno było bowiem nie poczuć dość silnej woni alkoholu, jaka roztaczała się wokół małżeństwa. Później usłyszałam bełkoczące głosy, a dopiero na samym końcu dostrzegłam nowych współpasażerów. Moim oczom ukazał się widok, jakiego nie miałam okazji oglądać przez ostatni rok (nie licząc moich wcześniejszych wakacji w Polsce) – małżeństwo w średnim wieku było brudne, cuchnące, z trudem trzymające się na własnych nogach. Jak dla mnie, osoby, której tu jakiś czas nie było, widok naprawdę „egzotyczny”. I specjalnie biorę tę egzotykę w cudzysłów, bo jakże jej daleko do tej egzotyki znanej z katalogów biur podróży! Za tego rodzaju egzotykę powinniśmy się jednak wstydzić... a niestety, mam wrażenie, że w oczach świata ta egzotyka wciąż stanowi „reklamę” naszej kochanej Polski. 

20 listopada 2011

Demonstracje na Tahrir

30 września 2011, godzina 23:00

I znowu piątek – w Kairze dzień wolny od pracy. I jak podczas większości piątków w roku 2011, tak i tym razem mieszkańcy zebrali się na Placu Tahrir w centrum miasta. Czego żądają? Przede wszystkim protestujący domagają się jak najszybszego przekazania władzy służbie cywilnej. Zgodnie z zapowiedziami z lutego br. wybory parlamentarne miały się odbyć we wrześniu, a tymczasem miesiąc się skończył i nic się nie wydarzyło. Wiadomo jedynie, że wybory rozpoczną się 28 listopada, a więc za kolejne dwa miesiące. Co się wydarzy do tego czasu? Tego chyba nikt w tym kraju, a może i na całym świecie, nie jest w stanie przewidzieć. Nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać z nadzieją, że nie wydarzy się już nic złego. A co przyniosą same wybory? Tego też chyba nikt nie wie...

15 listopada 2011

W Polsce - spacer w parku

25 września 2011, godzina 17:00

Jak dla mnie, pogoda nie rozpieszcza, chociaż za oknem jest, jak twierdzą moi znajomi, bardzo ciepło i nawet słonecznie. No tak, może nie ma mrozów, ale jak się jeszcze kilka dni temu miało codziennie powyżej 30 stopni Celsjusza, to trudno powiedzieć, że jest ciepło przy zaledwie 20. Mieszkałam w Egipcie niecały rok, a jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tej polskiej pogody. No, ale nie będę narzekać – powiedzmy, że jest ciepło i słonecznie. Postanawiam wykorzystać tę miłą aurę panującą za oknem i idę na spacer. Kieruję się do mojego ulubionego parku, w którym spędzałam długie godziny jeszcze przed moim wyjazdem.
I właściwie już od samego początku odczuwam, że jestem w Polsce, że jestem w zupełnie innym świecie niż ten, w którym spędziłam ostatnie 11 miesięcy.
Egipt jako państwo muzułmańskie bardzo rygorystycznie podchodzi do publicznego okazywania uczuć, które jako przejaw intymności powinno być „zarezerwowane” tylko i wyłącznie dla małżonków. I to nie tylko w sensie samego okazywania uczuć, ale również do okazywania ich publicznie. W Egipcie zabronione jest bowiem dotykanie, przytulanie oraz całowanie się dwojga ludzi w miejscach publicznych, nawet jeżeli są oni małżonkami. W najgorszym przypadku takie zachowanie może zakończyć się aresztowaniem. Okazywanie uczuć na ulicach Kairu ogranicza się zatem do trzymania za ręce, do ukradkowych spojrzeń i całkiem „przypadkowych” dotknięć. Nie ma mowy o niczym więcej...
Zupełnie inaczej sprawa publicznego okazywania sobie uczuć wygląda w Polsce. Mam wrażenie, że zahamowań w tej kwestii jest tu coraz mniej... i nikogo już nie dziwi widok namiętnie całującej się pary na ulicy w centrum miasta, czy też widok dziewczyny siedzącej na kolanach chłopaka w tramwaju. Bo przecież wolne siedzenie jest tylko jedno i trzeba sobie jakoś poradzić w tej sytuacji. A mnie jednak taki widok razi... i już po kilkunastu minutach spaceru w parku mam ochotę wsiąść w samolot i powrócić do Kairu. 

12 listopada 2011

Przyjazd do Polski – zima to czy lato?

16 września 2011, godzina 23:30

Stało się... jestem w Polsce, a dokładniej w mojej rodzinnej Wielkopolsce. Po długiej podróży pomiędzy dwoma, jakże różnymi od siebie światami, postanowiłam spędzić kilka dni z dala od cywilizacji, telefonów, bliższych i dalszych znajomych. „Zaszyłam się” na niewielkiej wsi gdzieś w samym środku Wielkopolski... I zupełnie jak podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce, pogoda jest właściwie do „niczego”. Jest zimno i deszczowo... zaczynam tęsknić za 30 stopniowym upałem i egipskim słońcem. Bo już sama nie wiem, czy za oknem panuje jeszcze wciąż lato, czy może jest już zima?

10 listopada 2011

Przyjazd do Polski – dlaczego?

13 września 2011, godzina 2:15

Ogólna sytuacja polityczna, społeczna, gospodarczo-ekonomiczna, a także wydarzenia, jakie rozgrywają się w moim życiu osobistym, sprawiły, że znów jestem w miejscu, którego szczerze nie lubię. I nie jest to gabinet stomatologiczny, nie jest to także szary budynek Mogammy, ani też areszt. Jest kwadrans po drugiej w nocy i dopijam właśnie ostatni łyk herbaty w jednej z licznych kawiarni na Międzynarodowym Lotnisku w Kairze. Za godzinę będę już siedziała w samolocie, a po kolejnych czterech znajdę się w zupełnie innym świecie. W świecie, do którego wcale nie mam ochoty wracać... ale życie czasem pisze inne scenariusze niż byśmy sobie tego życzyli.
Dopijam ostatni łyk herbaty i kieruję się do „sali odlotów” numer H-23. Nad drzwiami widnieje napis „Warsaw”...

(Fakt przyjazdu do Polski nie oznacza zaprzestania lub zawieszenia mojej twórczej działalności na niniejszym blogu – tematów związanych ze stolicą Egiptu, które chciałabym tutaj poruszyć wciąż mi nie brakuje. A i podejrzewam, że kolejne dni i tygodnie podsuną mi całkiem nowe... Tak więc zachęcam do dalszego śledzenia wpisów na blogu...)

7 listopada 2011

„Dżihad”, czy to „święta wojna”?

12 września 2011, godzina 20:30

Tak sobie pomyślałam, że nadszedł odpowiedni moment, aby napisać kilka słów na temat „dżihadu” – pojęcia, które po zamachach z 11 września 2001 roku, stało się bardzo popularne w kulturze Zachodu, i które pojawia się we wszystkich dyskusjach dotyczących terroryzmu. A czym naprawdę jest „dżihad”?
Wpis w dużym stopniu opieram na książce Ewy Machut – Mandeckiej „Archetypy islamu”, którą bardzo gorąco polecam tym, którzy interesują się kulturą islamu, tym którzy z różnych powodów chcieliby zrozumieć czym jest islam, a także tym, którzy zapragnęli porzucić stereotypowe przekonanie, że każdy muzułmanin jest terrorystą.
Powracam jednak do pytania, czym jest „dżihad” – pojęcie, które w obecnych czasach wzbudza niemało kontrowersji, emocji, a także obaw. Czy jednak słusznie boimy się „dżihadu” i czy słusznie tłumaczymy ten termin jako „świętą wojnę”?
„W kontekście teologii islamu termin „święta wojna” nie znajduje w ogóle zastosowania, ponieważ wobec braku podziału na sfery sacrum i profanum wszystkie działania muzułmanina są interpretowane w kontekście religijnym, a zatem każda wojna jest w takim samym stopniu „święta” jak „świecka””
(Ewa Machut – Mandecka, „Archetypy islamu”, s. 130)
Termin “dżihad” nie występuje w żadnym wersecie Quranu, świętej księgi islamu. Pojawia się natomiast termin „dżahada”, którego znaczenie można określić jako „starać się, bić się, poświęcać wszystkie siły, wojować w imię czegoś”. Quran jest księgą, którą można czytać tylko i wyłącznie w oryginale, a więc w języku, w którym powstał. Wszystkie tłumaczenia (zwane przekładami) jakie znajdujemy na całym świecie są jedynie streszczeniami, interpretacjami oryginalnego tekstu. Przysparza to kolejnych problemów na drodze interpretacji pewnych pojęć zawartych w księdze, w tym także pojęcia „dżahady”, czy powstałego później rzeczownika „dżihad”.
„W pierwszym cyklu objawień islamu, który przypada na okres mekkański, dżihad przyjmuje swoje szerokie znaczenie – starań, wytężonych wysiłków podejmowanych w określonym celu. „Kto usilnie walczy, walczy dla samego siebie” (Quran, sura 29,26).
(Ewa Machut – Mandecka, „Archetypy islamu”, s. 132)
W tym kontekście dżihad pojmowany jest jako walka z własnymi namiętnościami, wysiłek podejmowany przez każdego muzułmanina w celu zbliżenia się do Boga. Nie ma tu ani słowa o walce zbrojnej przeciwko innowiercom, czy niewiernym.
Niestety, przez wieki uczeni i interpretatorzy Quranu, zaczęli pojmować ową walkę, również jako walkę zbrojną przeciwko tym, którzy w jakikolwiek sposób atakują islam.
Koniec XX i początek XXI wieku przynosi zamachy i ataki terrorystyczne, które przez uczonych Zachodu zaczynają być określane jako „święta wojna”. Czy jednak słusznie?

2 listopada 2011

Panorama Kairu w 10 rocznicę zamachów z 11 września

11 września 2011, godzina 20:00

10 rocznica zamachów na World Trade Center w Nowym Jorku – wydarzenia, które wstrząsnęło całym światem, a już na pewno całym światem „zachodnim”.
W Kairze nie wydarzyło się dzisiaj właściwie nic nadzwyczajnego. Jak wszystkie dni przez ostatnie trzy miesiące, tak samo i dzisiaj było upalnie i słonecznie. Jak co dzień na ulicach w centrum miasta tworzyły się „korki” uliczne, jak co dzień ludzie spieszyli się do pracy, jak co dzień wracali po pracy do swoich domów, spotykali się z przyjaciółmi. Zupełnie jakby nikt nie zauważył, że właśnie dzisiaj przypada 10 rocznica tych strasznych wydarzeń, które „zaburzyły” pozycję Stanów Zjednoczonych we współczesnych świecie.
I pewnie gdyby nie fakt, że w hotelu, w którym mieszkam, przebywa również obywatelka USA, nikt z nas nie przypomniałby sobie o wydarzeniach sprzed dziesięciu lat. I zadaję sobie tylko jedno pytanie – czy to coś nagannego, że tak po prostu zapomnieliśmy? Czy powinniśmy zapomnieć, czy może jednak powinniśmy pamiętać? Pamiętać już na zawsze? Tylko jeśli pamiętać, to właściwie co powinniśmy zapamiętać? Atak na Stany Zjednoczone, o którym siły bezpieczeństwa USA wiedziały od dłuższego czasu, tylko zbagatelizowały wszelkie przesłanki? A może powinniśmy zapamiętać niewinnych ludzi, którzy stracili życie wyskakujących z okien obu wieżowców? A może uderzenie drugiego samolotu, które mieliśmy okazję obserwować w relacjach telewizyjnych „na żywo”? A może zawalenie się obu wież, które zabrały ze sobą tak wiele istnień ludzkich? A może powinniśmy zapamiętać wszystko to, co wydarzyło się po ataku na World Trade Center – wojnę w Iraku, wojnę w Afganistanie? A może wszystkie kontrowersyjne pytania i hipotezy na temat przyczyn, przebiegu i nigdy nie wyjaśnionych faktów dotyczących tego straszliwego ataku? Co powinniśmy zapamiętać?
W Kairze jest dzisiaj piękna pogoda... być może taka sama, jaka była tu 11 września 2001 roku... i oby na całym świecie nie wydarzyło się dzisiaj nic, co przyćmiłoby swoją „wielkością” i swoim okrucieństwem wydarzenia sprzed 10 lat.

Kair 11 września 2011 roku





27 października 2011

Demonstracja w ambasadzie Izraela

10 września 2011, godzina 1:30
Kolejny piątek w centrum Kairu. Jak prawie co tydzień, na Placu Tahrir odbyła się demonstracja - pokojowa, trochę wesoła, a momentami nawet chaotyczna. Nie do końca było wiadomo, czego tym razem domagają się mieszkańcy Kairu. Wydawać by się mogło, że po prostu przyszli na Plac Tahrir, aby zademonstrować, że wciąż tu są, że wciąż są silni i pełni energii, że wciąż są w stanie zebrać się dość licznie w jednym miejscu i walczyć „o swoje”. Ale dzisiaj tej walki na ulicach w centrum Kairu nie było... do czasu.
Było już dawno po północy, siedzieliśmy na hotelowym tarasie i rozmawialiśmy „o wszystkim i o niczym”. Gdzieś w tle naszych rozmów był włączony telewizor. Nagle nasz wzrok przykuł dość makabryczny obrazek, jaki pokazywały lokalne wiadomości – płonął dwu-, a może nawet trzypiętrowy budynek, wokół było mnóstwo wojska i rozkrzyczanej (chociaż to dość łagodnie powiedziane) młodzieży. Jednym słowem – na tle płonącego budynku trwała „wojna” pomiędzy dość mocno rozgniewanym tłumem a wojskiem. Nikt z nas, a siedziało nas na tarasie około 8 osób, nawet przez sekundę nie pomyślał, że wydarzenia, jakie mamy okazję oglądać, rozgrywają się niecałe trzy kilometry od nas. Nikt nawet nie pomyślał, że wszystko dzieje się w Kairze. Dopiero po chwili dotarło do nas, że ta wojna toczy się w okolicy, a także (jak się później okazało) wewnątrz ambasady Izraela w centrum stolicy Egiptu. Byliśmy naprawdę zaskoczeni. Pokojowa demonstracja, która przez pół dnia odbywała się pod naszymi oknami, przeistoczyła się w jakąś niszczycielską i pełną nienawiści siłę, która postanowiła dokonać całkowitego zniszczenia izraelskiego budynku rządowego znajdującego się na terenie Kairu.
Jak się dowiedzieliśmy następnego dnia rano, chuligani wtargnęli do budynku ambasady siłą, pobili jednego z pracowników ochrony, a także spalili część znajdujących się wewnątrz dokumentów. Rannych zostało ponad 1000 osób, a 3 poniosły śmierć. 


pokojowa demonstracja w centrum Kairu


25 października 2011

Marzenia o ślubie

7 września 2011, godzina 21:00

Fragment rozmowy dwóch młodych Egipcjanek, jaką miałam okazję podsłuchać na hotelowym tarasie (wiem, wiem... nieładnie jest podsłuchiwać, ale...)

-         Właśnie zerwałam zaręczyny i jestem taka szczęśliwa, że mogłabym tańczyć na stole
-         Jesteś głupia, że to zrobiłaś... facet jest strasznie bogaty! Kupiłby ci wszystko, czego tylko zapragniesz, a ty tak po prostu zrywasz zaręczyny.... popatrz na pierścionek, który masz na palcu... kosztował majątek, a to dopiero początek. Wyobraź sobie ogromną willę, może nawet z basenem, wielki ogród, ekskluzywny samochód, bankiety, przyjęcia, egzotyczne wakacje.... i to wszystko twoje. Nigdy nie będziesz musiała chodzić do pracy, wstawać wcześnie rano... może nic nie będziesz musiała robić. Głupia jesteś!
-         Wiem... tak się z nim tylko bawię. Chcę, żeby płakał mi w słuchawkę i błagał, żebym zmieniła decyzję. Jak jutro zadzwoni i poprosi, żebym jednak została jego żoną, to się zgodzę. Przecież nie zrezygnuję z takiego majątku...
-         A ty go w ogóle kochasz?
-         Nie, ale miłość przecież nie jest potrzebna. Najważniejsze, to żeby był bogaty...i kupował mi prezenty.
-         Masz rację. Miłość nie istnieje...

(chwila przerwy...)

-         Ale ty jesteś szczęściarą, że ci się taki bogaty trafił. Jak ty go w ogóle poznałaś?
-         Poznaliśmy się kilka lat temu i byliśmy jakiś czas ze sobą. Potem mnie zostawił, bo zakochał się w innej. Wiesz, on dużo podróżuje... miał wiele dziewczyn. Z wieloma też sypiał.... ale chce się ożenić ze mną. Któregoś dnia przyszedł do mojego ojca i zapytał go o moją rękę.
-         Byłabyś głupia, gdybyś odmówiła....
-         Nie odmówię... zerwałam zaręczyny, bo się tylko bawię. Ale zadzwoni, zapłacze, a za miesiąc będę jego żoną. I nigdy już nie będę musiała pracować! I będę miała wszystko!
-         Zazdroszczę ci. Naprawdę ci zazdroszczę. Ja za chwilę będę miała 20 lat i jeszcze żaden mężczyzna nie przyszedł i nie zapytał ojca o moją rękę. Jak przez rok nic się nie zmieni, to chyba się zabiję! Przecież nie mogę być starą panną! Ale ja ci zazdroszczę!

Powyższa rozmowa doskonale obrazuje tok myślenia młodych Egipcjanek i myślę, że nie wymaga ode mnie żadnego komentarza. Najważniejsze dla tych młodych dwudziestoletnich dziewczyn, jest po prostu zakończyć edukację na poziomie „koledżu”, znaleźć bogatego męża, zaraz po ślubie zajść w ciążę i... nic nie robić. Na tym kończą się bowiem ich życiowe ambicje. Wszystko, co pragną osiągnąć, to bogaty mąż, którego jedynym zadaniem jest zarabianie pieniędzy. O miłości nie myśli żadna z nich.

22 października 2011

Moda na ulicach Kairu

6 września 2011, godzina 18:30

Słów kilka na temat mody panującej na ulicach Kairu. Nie jestem i nigdy nie byłam specjalistą od mody, nigdy nawet nie interesowałam się aktualnie panującymi trendami, nigdy nie biegałam po sklepach i nie kupowałam tzw. „hitów, czy krzyków mody”. Nie znam nawet nazwisk rodzimych projektantów. Przez całe życie kierowałam się, i nadal tak robię, własnym stylem i ubieram się w to, w czym jest mi po prostu wygodnie.
A jednak jako całkowity laik w tej dziedzinie zauważam dość znaczne różnice w sposobie ubierania się ludzi w Polsce i w Kairze. I nie mam tu na myśli faktu, że kobiety w Polsce odsłaniają, szczególnie latem, dużo więcej ciała niż ich egipskie koleżanki. Myślę tu raczej o kolorach. Ulice Kairu są po prostu bardziej kolorowe, zarówno latem, jak i zimą. Kolorami dominującymi w strojach zarówno młodych dziewcząt, jak i chłopców, są tego roku turkusowy, różowy, burgundowy, błękitny, żółty, czerwony... nie jest niczym zaskakującym spotkać na ulicy mężczyznę ubranego w różową czy żółtą koszulkę, co wcale nie oznacza, że jest homoseksualistą. Może poprzez żywe i jaskrawe kolory mieszkańcy Kairu próbują dodać trochę radości i optymizmu swojemu, często ciężkiemu, życiu? 





19 października 2011

Przeżyć za dwa dolary, czyli bieda w Kairze

5 września 2011, godzina 20:00

Nawiązując do poprzedniego wpisu, chciałabym wspomnieć kilka słów na temat biedy w Kairze. Z pełną świadomością mogę stwierdzić, że stolica Egiptu ma dwie twarze: dumną, majestatyczną, bogatą, kolorową, ukazującą swe oblicze szczególnie nocą i przeznaczoną dla turystów oraz biedną, szarą, stłamszoną, którą zdają się zauważać tylko i wyłącznie biedni mieszkańcy. I nieprawdą jest, że na ulicach tej afrykańskiej metropolii nie ma ludzi bezdomnych, ludzi głodnych, ludzi schorowanych, którzy nie mają dokąd pójść. Ich całe życie to ulica, ławka nad brzegiem Nilu, kawałek kartonu rozłożony na chodniku... W tym osiemnastomilionowym mieście nie brakuje też ludzi, którzy co prawda mają gdzie się schronić na noc, mają swój dom, ale każdy nowy dzień to dla nich walka o przetrwanie, walka o choćby jednego funta. W Kairze jest wiele rodzin, które muszą przeżyć za dwa dolary dziennie. Na poparcie mojej tezy przytoczę tu historię, którą miałam okazję usłyszeć podczas Rewolucji.
Otóż pewna rodzina składająca się z rodziców oraz czwórki synów jest jedną z tych właśnie rodzin, które każdego dnia zmagają się z ubóstwem. Synowie są w wieku 8, 9, 13 i 15 lat, a więc wszyscy z nich podlegają obowiązkowi szkolnemu. Jednym z wielu problemów tej rodziny jest zakup czterech mundurków szkolnych, których noszenie jest tutaj obowiązkiem. Rozwiązaniem okazało się chodzenie do szkoły „na raty” – dwóch młodszych synów uczęszcza na lekcje poranne, potem w pośpiechu wracają do domu, przekazują swoje mundurki braciom, którzy z kolei chodzą do szkoły na zajęcia popołudniowe. Ile rodzin w całym Kairze znajduje się w podobnej sytuacji?
Pamiętam też inną historię, która przybliża sytuację materialną wielu rodzin egipskich. Młoda dziewczyna w dość zaawansowanej ciąży (chyba w siódmym miesiącu) zdecydowała się na poszukiwanie pracy. W tej kulturze była to decyzja nie tylko krępującą, ale również dla wielu szokująca – w końcu to mężczyzna jest odpowiedzialny za zarabianie pieniędzy i utrzymanie  rodziny. Ale problemem tego młodego małżeństwa było to, że młody chłopak nie umiał ani czytać, ani pisać, co bardzo utrudniało mu znalezienie jakiejkolwiek pracy.  Żona, pomimo zaawansowanej ciąży, podjęła pracę jako pokojówka w jednym z kairskich hoteli... gdyby tego nie zrobiła, być może przez kolejny miesiąc oboje nie mieliby co jeść?
Mogłabym tu przytaczać wiele podobnych historii, ale już z tych przedstawionych powyżej nasuwa się pewien bardzo smutny, ale niestety prawdziwy, wniosek – brak wykształcenia oraz bieda są jednym z poważniejszych problemów, z jakimi zmaga się współczesny Egipt. Problem ten był również powodem, dla którego Egipcjanie tak licznie przyszli na Plac Tahrir 25 stycznia 2011 roku i pozostali tam na długie 18 dni i nocy. 

15 października 2011

Motoryzacja na ulicach Kairu

4 września 2011, godzina 14:00

Wielu moich polskich znajomych pyta mnie, szczególnie teraz, po Rewolucji, jak to jest z biedą w Egipcie? Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ponieważ nigdy nie prowadziłam żadnych badań dotyczących statusu materialnego społeczeństwa egipskiego. Jedyne, na czym mogę oprzeć swoją próbę odpowiedzi na stawiane mi pytanie, to obserwacja oraz rozmowy prowadzone z moimi egipskimi znajomymi – większość z nich należy jednak do tzw. klasy średniej - większość z nich pracuje zawodowo, mieszkają w tzw. „lepszych” (bogatszych) dzielnicach Kairu i prawie wszyscy z nich posiadają własny samochód, kupiony za zaoszczędzone pieniądze. Trudno więc na tej podstawie stwierdzić, czy prawdą jest fakt, iż większość rodzin egipskich żyje za dwa dolary dziennie. Postanowiłam jednak przyjrzeć się nieco uważniej ulicom położonym w centrum miasta i swoją próbę odpowiedzi na pytanie dotyczące biedy w stolicy Egiptu oprzeć na obserwacji prywatnych środków transportu.
Muszę przyznać, że zadanie, jakie sobie postawiłam, było niezwykle interesujące... szczególnie biorąc pod uwagę fakt, iż liczę sobie więcej niż 25 wiosen, a więc niejedno już w życiu widziałam i przeżyłam  - nie jestem dzieckiem internetu i kalkulatora, pamiętam również czasy czarno-białej telewizji. A jednocześnie muszę dodać, że od zawsze mieszkałam w dużym mieście, gdzie postęp i nowinki technologiczne docierają znacznie szybciej niż na daleką wieś. A jednak obserwacja ulic Kairu była dla mnie jednocześnie i szokująca, i zaskakująca...
O tym, jakie środki transportu można zobaczyć na ulicach w centrum stolicy Egiptu, najlepiej „opowiedzą” zdjęcia, które zrobiłam podczas moich licznych spacerów ulicami dzielnic: Downtown i Zamalek.














7 października 2011

Mały krokodyl

01 września 2011, godzina 19:00

Uff!!!! Co za popołudnie!!! Ale może zacznę od początku....
Biorąc pod uwagę fakt, że nie jestem muzułmanką i nie obchodzę świąt zakończenia postu, a zawód, jaki wykonuję nie zna ani niedziel, ani świąt, postanowiłam dzisiejszy dzień spędzić w pracy. Mój ambitny plan rozpoczęłam realizować około godziny 16 na tarasie hotelu, w którym mieszkam (do pracy jest mi bowiem potrzebny tylko i wyłącznie laptop z internetem). Słońce chyliło się ku zachodowi, temperatura powietrza powoli spadała poniżej 30 stopni Celsjusza, a mimo to na tarasie nie spotkałam żadnego z mieszkańców hotelu. Wokół panował spokój, który pozwalał mi skupić się wyłącznie na pracy. Niestety, pół godziny później turyści zaczęli wracać z całodziennych spacerów po Kairze i kierowali swe kroki na taras. Zostałam zmuszona do zmiany planów, a przynajmniej do zmiany miejsca pracy. Wróciłam więc do ciasnego hotelowego pokoju. I już zabierałam się za kontynuowanie moich ambitnych zawodowych planów, kiedy na ścianie oddalonej ode mnie o pół metra ujrzałam biegającego małego krokodyla. Zamarłam ze strachu! W mojej głowie pojawiło się tysiąc różnych pomysłów: nie spuszczając wzroku z lokatora, obmyślałam plan ucieczki z własnego pokoju. „Mały krokodyl” wciąż nerwowo biegał po ścianie, a mój wzrok dokładnie rejestrował każdy, nawet najmniejszy, jego ruch. W końcu zdobyłam się na odwagę: w jednej sekundzie podniosłam się z łóżka, podbiegłam do drzwi i wyskoczyłam na korytarz. Dalsze losy małego krokodyla pozostawiłam w rękach pracowników hotelowej recepcji.

* dla wyjaśnienia dodam tylko, że mały krokodyl tak naprawdę był małym gekonem, które dość licznie zamieszkują Kair.  

gekon na ścianie w hotelowym pokoju

5 października 2011

Święto zakończenia postu (Eid al - Fitr), czyli wyludnione ulice Kairu

31 sierpnia 2011, godzina 21:00

Rozpoczęło się trzydniowe święto zakończenia postu – Eid al-Fitr. Oznacza to, że po raz kolejny Kair wygląda jak miasto opuszczone; część mieszkańców, korzystając z kilku dni wolnych od pracy ( w tym roku są to cztery, a nawet pięć dni wolnych), wyjechała z miasta na krótkie wakacje. Ci, którzy z różnych powodów nie mogli wyjechać, cały swój czas spędzają nad Nilem. Ulice Downtown – dzielnicy, w której mieszkam, są puste, ciche i spokojne. Siedząc na hotelowym tarasie ma się wrażenie, że w Kairze brakuje już nie tylko turystów, ale również mieszkańców. 

2 października 2011

Kontrakt małżeński „orfi”

26 sierpnia 2011, godzina 19:00

W nawiązaniu do wcześniejszego wpisu pragnę wyjaśnić czym jest kontrakt małżeński „orfi”. Najprościej jest to po prostu ślub tymczasowy zawierany na, z góry określony, czas. Do zawarcia związku małżeńskiego, jak w każdym przypadku, potrzebni są świadkowie – najczęściej po jednym dla każdej ze stron, a uroczystość zaślubin odbywa się nie w meczecie, ale w kancelarii prawnej.
Dla Egipcjan „orfi” jest nic nie znaczącym kawałkiem papieru. Powód, dla którego muzułmanie decydują się na taki rodzaj związku, jest chyba tylko jeden – odkąd są małżonkami mogą całkiem legalnie i bez grzechu mieszkać pod jednym dachem i sypiać w jednym łóżku. A po wcześniej ustalonym czasie kontrakt po prostu wygasa, a małżeństwo przestaje istnieć.
Dodam jeszcze, że zaproponowanie przez mężczyznę kontraktu „orfi” świadczy o jego kompletnym braku szacunku dla kobiety - prawie zawsze Europejki, która najczęściej nawet nie ma pojęcia, czym jest „orfi”. Słysząc propozycję małżeństwa, nawet nie zastanawia się nad jego formą i powodami, dla których nowo poznany mężczyzna prosi ją o rękę. A młodzi Egipcjanie decydując się na to, jakże krótkotrwałe małżeństwo, mają po prostu czyste sumienie przed Bogiem. 

1 października 2011

„Darling, I lowe ju” (2), wnioski po obejrzeniu filmu

25 sierpnia 2011, godzina 14:30

(jeżeli nie ukończyłeś/aś 18 roku życia, przejdź do innego postu lub cierpliwie poczekaj na nowy wpis...)

 „Większość Polek, które tutaj spotkałem przynoszą wstyd Polsce i wszystkim Polakom. One tu nie przyjeżdżają dla atrakcji turystycznych. One tu przyjeżdżają, żeby się puszczać z miejscowymi (...) Wstyd mi, że jestem Polakiem”. To jedno z ostatnich zdań, jakie pada w filmie i jednocześnie najtrafniejszy wniosek, jaki się nasuwa po obejrzeniu dokumentu Anny Błaszczyk. Mi też czasami jest wstyd, że jestem Polką, ale w przeciwieństwie do związku Polaków w Kairze, nie uważam, że problem poruszany w filmie nie istnieje. Niestety, problem polskich (seks) turystek „wypoczywających” na plażach Morza Czerwonego istnieje i z każdym rokiem staje się coraz większy. Do Hurghady przyjeżdżają zarówno młode dziewczyny, które po zdanym egzaminie dojrzałości postanowiły odpocząć na plażach Egiptu, ale także mężatki w średnim wieku na co dzień pracujące na wysokich stanowiskach.  Ma się wrażenie, że wiek, status społeczny czy materialny, nie mają żadnego znaczenia. Najważniejsza jest zabawa w miejscowych klubach i „mocne”, niezapomniane wrażenia. Jedna z „bohaterek” filmu jest kobietą w pełni dojrzałą, emerytką, a nawet babcią – ale jakże naiwną. Aż trudno uwierzyć, że ta w pełni dojrzała kobieta daje się nabrać na czułe słówka młodych Egipcjan. A co więcej - jest w pełni usatysfakcjonowana ze swojego „powodzenia” wśród młodych mężczyzn, jest wręcz wniebowzięta z ilości otrzymywanych wyznań miłosnych ( za pomocą wiadomości tekstowych wysyłanych na jej telefon komórkowy). Kamera towarzyszy jej podczas wizyty w dość ekskluzywnym sklepie obuwniczym. Kobieta wydaje się być niezwykle szczęśliwa, kiedy sprzedający w owym sklepie Egipcjanin chwyta ją za pośladki, całuje, a następnie pyta o kolor bielizny. A w domu na tę kobietę czeka mąż... ale tu, w Hurghadzie liczy się tylko chwila teraźniejsza.
Kolejnym przykładem na poparcie moich słów jest młoda dziewczyna, która w kilka dni po przylocie do nadmorskiego kurortu, zakochuje się w przystojnym Egipcjaninie (mężczyzna nawet nie zgodził się na pokazanie swojego wizerunku we wspomnianym filmie, ciekawe dlaczego?). Po kilku dniach podczas jednej ze wspólnie spędzanych nocy, mężczyzna pyta o ślub. Bez chwili zawahania dziewczyna odpowiada „tak”. Jest wniebowzięta!!! Cała „uroczystość” odbywa się u prawnika i nie trwa dłużej niż 10 minut, a całkowity koszt ślubu wynosi dla kobiety 1 funta (równowartość 50 polskich groszy), a dla wybranka aż 100 funtów. Taką też kwotę otrzyma młoda dziewczyna w przypadku rozwodu... ale rozwodu nigdy nie będzie. Rodzaj ślubu, na jaki zdecydowała się ta młoda Polka raczej wyklucza taką możliwość, gdyż jest to ślub tymczasowy – tzw. „orfi”.
Obie bohaterki są równie naiwne, co pięcioletnie dzieci. I o ile można by taki „poryw serca” wybaczyć zauroczonej egzotyczną urodą dwudziestolatce, o tyle trudniej zrozumieć postawę babci – emerytki (jak bohaterka nazywa samą siebie). Ale nie zamierzam nikogo ani oceniać (a tym bardziej negatywnie), ani oskarżać o niemoralność... tylko dlaczego tak powszechne, i w tutejsze kulturze naganne, zachowania Polek wypoczywających na plażach Hurghady, wywierają równie negatywny wpływ na postrzeganie wszystkich przedstawicielek narodowości polskiej???!!!  I dlaczego kiedy jakiś przesympatyczny Kairczyk pyta o kraj mojego pochodzenia, zaczynam się zastanawiać nad odpowiedzią?! Bo jak wyznał jeden z młodych Egipcjan, „Europejki można pieprzyć, ale nie szanować”. A ja jednak wolałabym, żeby otaczający mnie mężczyźni odnosili się do mnie z szacunkiem i patrzyli na mnie przez pryzmat tego, co ukrywam w moim sercu i duszy, a nie traktowali mnie tylko jako obiekt seksualny.