"Podróżnicy mówią, że nie ma nic jaśniejszego na twarzy Ziemi niż Kair (...)

Ten, który nie widział Kairu, nie widział świata. Jego kurz jest jak złoto, jego Nil jest jak cud, jego kobiety są jak czarnookie niewiasty z raju, jego domy są jak pałace (...)

I jakże mogłoby być inaczej, skoro Kair jest Matką Świata?"

(opowieść żydowskiego lekarza)

27 stycznia 2011

Życzenia Noworoczne

Z całego serca pragnę życzyć wszystkim czytelnikom niniejszego bloga Szczęśliwego Nowego Roku!!!
Oby ten rok przyniósł Wam dużo radości, zadowolenia, spokoju i samych dobrych chwil. Życzę również wszystkim czytelnikom, przyjaciołom oraz Rodzinie, aby ten Nowy Rok przyniósł ze sobą chwilę refleksji nad pytaniem, czy droga, którą codziennie podążacie, jest tą, którą powinniście podążać. Życzę Wam, abyście odnaleźli w sobie siłę, która pozwoli Wam dokonywać tylko właściwych wyborów, żebyście patrząc w lustro nie musieli się czuć zawstydzeni przed samymi sobą.
Szczęśliwego Nowego Roku!!!

Długa podróż do Polski

23 grudnia 2010; godzina 18:30
Jest taki dzień w roku, kiedy bardzo chce się wrócić do rodzinnego domu, choćby z najbardziej odległego zakątka ziemi. Jest taki dzień w roku, kiedy tęsknota za rodziną jest tak ogromna, że człowiek, który pozostaje z dala od domu, chciałby się ukryć przed całym światem. Jest taki dzień w roku, kiedy nawet najlepsi przyjaciele nie zastąpią kolacji przy rodzinnym stole.


„Jest taki dzień

Bardzo ciepły, choć grudniowy.
Dzień, zwykły dzień,
W którym gasną wszelkie spory.


Jest taki dzień,

W którym radość wita wszystkich,
Dzień, który już
Każdy z nas zna od kołyski.”

(Czerwone Gitary – „Dzień jeden w roku”)


Ten dzień to Wigilia Bożego Narodzenia.

Trudno mi było wyobrazić sobie ten dzień w innym miejscu niż moje rodzinne miasto. Trudno mi było wyobrazić sobie ten dzień w towarzystwie innym niż moi Rodzice. Dlatego, mimo trudnych warunków atmosferycznych jakie zapanowały w Europie, postanowiłam przyjechać do domu. A była to podróż bardzo długa...chociaż do pokonania miałam zaledwie 3000 kilometrów.
Samolot powinien wystartować z Kairu o godzinie 4:00 nad ranem, co oznaczało, że na lotnisku powinnam być około 2:00. Jako że punktualność zawsze była moją mocną stroną (co nie raz utrudnia mi życie w Egipcie), na lotnisko zajechaliśmy kilka minut przed wyznaczonym czasem. I wtedy zaczęły się problemy. Tablica odlotów poinformowała nas, iż jedynym opóźnionym tej nocy samolotem jest...mój samolot do Warszawy. Nie było żadnej informacji więcej...ani przyczyny opóźnienia, ani tym bardziej czasu opóźnienia. Nie namyślając się długo, udaliśmy się w stronę biura Polskich Linii Lotniczych na lotnisku w Kairze. I tu okazało się, że jedynymi liniami lotniczymi, których biuro pozostaje o tej godzinie zamknięte jest...biuro PLL Lot. Co za wstyd!!! Jedyny opóźniony samolot, to samolot do Polski, a jedyne nieczynne biuro informacji to biuro linii obsługujących właśnie ten jeden jedyny opóźniony rejs. Po dwudziestu minutach zebrała się całkiem liczna grupa ludzi, która w jakikolwiek sposób próbowała dowiedzieć się o przyczynach opóźnienia. Po kolejnych 15 minutach pracownik lotniska w Kairze (podkreślam: pracownik lotniska, a nie linii lotniczych) poinformował nas, iż samolot, którym powinniśmy odlecieć właśnie wystartował z Warszawy i będzie na miejscu około godziny 6 rano. Cóż, nie pozostało nam nic innego, jak tylko czekać. Swoją drogą pogoda tej nocy była nie najlepsza nawet tutaj; było zimno i bardzo mglisto. Zaczęłam się nawet obawiać, czy w ogóle będziemy mogli wystartować, gdyż mgła nachodziła bardzo szybko. Ale nie powinnam się martwić – do odlotu pozostały jeszcze co najmniej cztery godziny.
O godzinie 6:30 samolot był już na lotnisku, trzeba go było jeszcze tylko posprzątać i sprawdzić, czy jest gotowy do lotu powrotnego, a także załadować na pokład nasze bagaże. Ale niestety nie wszyscy to rozumieli...większość czekających na samolot Polaków od ponad godziny nerwowo spacerowała po lotnisku, trzymając w rękach swoje podręczne bagaże. Tak jakby myśleli, że ich narastająca złość spowoduje przyspieszenie startu samolotu. Jakby myśleli, że podróż samolotem jest jak przejazd miejskim autobusem, do którego się wsiada na jednym z przystanków, po czym po kilkunastu sekundach autobus rusza w dalszą drogę. Siedziałam na lotnisku i cierpliwie czekałam. Czas „uprzyjemniało” mi obserwowanie moich współpasażerów; i muszę przyznać, że czułam się zawstydzona zachowaniem moich rodaków.

Tuż przed siódmą rano zostaliśmy wpuszczeni na pokład samolotu, a kilkanaście minut później wystartowaliśmy.

Samolot wylądował w Warszawie około godziny 10 czasu polskiego. Kiedy dotarliśmy autobusem do portu lotniczego była 10:20, do odlotu mojego kolejnego samolotu pozostało zaledwie 20 minut ale wciąż miałam nadzieję, że zdążę. I tu pojawiło się pierwsze rozczarowanie...musieliśmy przejść kontrolę paszportową. Kolejka była dość długa, więc grzecznie i z uśmiechem na twarzy poprosiłam moich rodaków, żeby pozwolili mi przejść jako pierwszej, bo mam bardzo mało czasu. W odpowiedzi zobaczyłam tylko naburmuszone i niezadowolone twarze...w odpowiedzi usłyszałam, że „nam wszystkim się spieszy”. Musiałam czekać...w końcu udało mi się przedostać przez kontrolę paszportową i dotrzeć do bramki skąd odlatywał samolot do Poznania. Do odlotu pozostało około 10 minut, ale bramki zostały już zamknięte. Błagałam pracownika lotniska, żeby umożliwił mi dotarcie do samolotu...i nie byłam w tym osamotniona, razem ze mną było około 29 pasażerów (3 z rejsu z Kairu i 26 z bardzo opóźnionego rejsu z Toronto, który wylądował w stolicy w tym samym czasie, co my). Pracownik był nieugięty...z ironicznym uśmiechem na twarzy stwierdził, że bramka została zamknięta i decyzją dyrektora lotniska jest nie wpuszczanie „spóźnionych” pasażerów do samolotu. Skandal!!! Do odlotu samolotu wciąż zostało 10 minut, ale niestety nie pozostało nam nic innego jak czekać na kolejny rejs...czyli 6 godzin.
Na lotnisko w moim rodzinnym mieście dotarłam o godzinie 18:00...na szczęście do Wigilii pozostał jeden dzień. 

26 stycznia 2011

Powrócisz tu...

23 grudnia 2010; godzina 0:15

„Gdy los cię rzuci gdzieś w daleki świat, 
Gdy zgubisz szczęście swe i poznasz życia smak, 
Zatęsknisz do rodzinnych stron 
I wrócisz tu, wrócisz, gdzie twój dom. 

Powrócisz tu, gdzie (nadwarciański) brzeg, 
Powrócisz tu zza siedmiu gór i rzek, 
Powrócisz tu, gdzie płonie słońcem wrzos i głóg, 
Gdzie cienie brzóz, piach (wielkopolskich) dróg.” 

(Irena Santor – „Powrócisz tu”)

Khamsin, czyli burza piaskowa

18 grudnia 2010; godzina 17:00
Miasto zmieniło swoje oblicze; przestało być szare i brudne. Wiatr wiejący z pustyni przyniósł ze sobą tak duże ilości piasku, że powietrze w mieście stało się po prostu żółte. Wszędzie unosił się tylko piasek, kurz i pył. Nawet w mieszkaniach, przy zamkniętych oknach czuć kurz w powietrzu, co powoduje, że trudno się oddycha.
A zaczęło się tak...jak co dzień po śniadaniu wyszłam na balkon w wiadomym celu (dla nie wtajemniczonych wyjaśniam, iż chodzi o papierosa). I nagle poczułam, że coś na mnie spada...dosłownie z nieba. Z nieba, bo przecież znajdowałam się na ostatnim piętrze najwyższej kamienicy w całej okolicy. Po chwili to „coś” uderzyło mnie ponownie, tym razem w twarz. I wtedy wszystko stało się jasne....to był po prostu piasek naniesiony z pustyni i unoszący się w powietrzu. Rozejrzałam się dookoła...widok trudny do opisania słowami, trzeba to po prostu zobaczyć i poczuć na „własnej skórze”.
W każdym razie nie było to zjawisko przyjemne, szczególnie dla procesu oddychania oraz dla oczu. Jeszcze tego samego dnia wieczorem musiałam skorzystać z porady aptekarza i zakupić krople do oczu – częste przemywanie wodą niestety nie pomagało.
Zjawisko zwane tutaj „khamsin”, czyli burza piaskowa, spowodowało, iż ulice Kairu opustoszały a o miejsca w licznych kawiarniach trzeba było się prawie bić. Kairczycy bowiem nie przywykli do spędzania wolnego czasu w swoich domach i żadne zjawisko pogodowe nie jest w stanie zmienić ich trybu życia. A ponieważ dłuższe przebywanie na wolnym powietrzu nie było ani przyjemne, ani zdrowe, wszyscy postanowili się schować w restauracjach i kawiarniach.

* zjawisko burzy piaskowej jest stałym elementem zimy w Egipcie...i najczęściej występuje w miesiącach od stycznia do połowy kwietnia; zazwyczaj trwa od 3 do 8 godzin, ale w skrajnych przypadkach może trwać nawet kilka dni. 

burza piaskowa w Kairze

22 stycznia 2011

Rekiny w Sharm el Sheikh

10 grudnia 2010; godzina 22:30
„Rekiny zaatakowały w Sharm el Sheikh!!! Są ofiary śmiertelne ataku rekinów!!! Plaże Sharm el Sheikh zamknięte dla turystów!!!” – brzmiały rozgłośnie telewizyjne i radiowe na całym świecie. O wszystkim dowiedziałam się kilka dni później podczas spotkania z przyjaciółmi. Temat ataku rekinów w Morzu Czerwonym stał się na kilka dni głównym tematem rozmów. Nie chcę tutaj wchodzić w rozważania o podłożu politycznym, nie chcę również zgłębiać tematu konfliktów międzynarodowych. Wystarczy, że wspomnę iż nikt w Egipcie nie wierzył, że rekiny pojawiły się tak nagle i znikąd. Każdy miał swoją teorię na temat wydarzeń w Sharm el Sheikh. A całe to „zamieszanie” było tylko początkiem „dziwnych” i nieoczekiwanych wypadków jakie miały miejsce w Egipcie kilka tygodni później. 

Cisza nocna, a raczej jej brak

07 grudnia 2010; godzina 03:40
Ze snu wyrwał mnie ogłuszający hałas dobiegający zza okna. Nie czekając ani minuty dłużej, narzuciłam na siebie długi do ziemi sweter i wyszłam na balkon sprawdzić, czy to już nadszedł zapowiadany koniec świata. Dokładnie pod moim oknem ujrzałam ogromną maszynę zdzierającą asfalt – źródło okropnego dla uszu zaspanego człowieka hałasu. „Czy oni naprawdę nie mogliby tego robić w dzień?” – pomyślałam. I od razu pojawiła się w mojej głowie odpowiedź. „Nie mogliby...poza tym co to za różnica?”. No tak, Egipcjanie nie znają pojęcia „ciszy nocnej”, a każda próba wytłumaczenia im co to takiego, wywołuje uśmiech na twarzach moich przyjaciół.  Wizja policjanta „dobijającego” się do drzwi naszego mieszkania tylko dlatego, że za głośno oglądam telewizor, albo mam ochotę posłuchać muzyki w środku  nocy, wywołuje salwy śmiechu. A w oczach moich znajomych dostrzegam tak ogromne zdziwienie, jakby chcieli mi powiedzieć „wolność Tomku w swoim domku”.
Tak więc w Kairze nie obowiązuje żadna cisza nocna i nikogo tu nie dziwi wymiana asfaltu prowadzona w środku nocy. Na dodatek ulica, na której prowadzone są roboty drogowe nawet nie została zamknięta dla ruchu samochodowego. Wyłączono z użytku tylko jeden z trzech pasów...ten, na którym aktualnie trwa wymiana nawierzchni. Po położeniu nowej warstwy asfaltu ruch zostaje przywrócony, a ekipa remontowa przenosi się na pas obok. I tak do zakończenia całości robót. W moim rodzinnym kraju cała ulica zostałaby zamknięta na cały tydzień...
I kiedy tak stałam w środku nocy na balkonie i obserwowałam prace drogowe przypomniało mi się pewne zdarzenie, które miało miejsce w moim rodzinnym mieście kilka miesięcy wcześniej. Zarząd Dróg Miejskich i Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne postanowiło po wielu latach wymienić jedno z najstarszych torowisk w mieście. Jako, że jest to jedyna trasa łącząca dość odległą dzielnicę miasta z jego centrum, zamknięcie torowiska spowodowało duże niezadowolenie mieszkańców, którym utrudniono dojazd do pracy i szkoły. W związku z powyższym postanowiono roboty modernizacyjne prowadzić także w nocy. Zatrudniono dodatkowych pracowników, aby w jak najkrótszym czasie mógł zostać przywrócony ruch tramwajowy. I co się wydarzyło? Już następnego dnia po rozpoczęciu robót mieszkańcy okolicznych kamienic zaczęli dzwonić do straży miejskiej i policji, że ekipa remontowa zakłóca ciszę nocną i należy im się wysoki mandat. Kolejnego dnia nocnymi robotami modernizacyjnymi zainteresowała się lokalna telewizja i prasa. I jak tu zadowolić wszystkich?
W Kairze nikt się nie przejmuje zakłócaniem ciszy nocnej, bo ona po prostu nie istnieje. I żaden policjant nie musi się zastanawiać, czy powinien wystawić mandat ekipie remontowej, która jakby na to nie patrzeć, swoją pracą przyczynia się do poprawy bezpieczeństwa na drodze. 
wymiana asfaltu

18 stycznia 2011

Nocne rozmowy...

03 grudnia 2010; godzina 02:55
Dla przeciętnego mieszkańca Europy, szczególnie Środkowej Europy, godzina 02:55 to niewątpliwie środek nocy. Czas zarezerwowany wyłącznie na sen. Ale nie w Egipcie...chociaż nie ukrywam, że także dla mnie jest to godzina, o której zazwyczaj leżę już wygodnie w moim łóżku i czekam na sen. Ale nie dzisiaj. Jest godzina 02:55 i właśnie dzwoni mój telefon komórkowy. W Polsce nie do pomyślenia, żeby ktokolwiek tak późno odważył się dzwonić bez jakiegoś nadzwyczajnie ważnego powodu. Odbieram telefon myśląc po europejsku, że ktoś próbuje mnie poinformować o jakimś bardzo ważnym wydarzeniu takim, jak: powódź, wojna, urodzenie potomstwa...ale okazuje się, że to przyjaciel, który znudzony siedzeniem na lotnisku i czekaniem na wciąż opóźniający się samolot, po prostu chciał sobie uciąć miłą pogawędkę. W moim rodzinnym kraju pewnie usłyszałby całkiem długą wiązankę niecenzuralnych słów, a potem już tylko trzask odkładanej ze złością słuchawki. Tutaj jest inaczej...
Telefon komórkowy jest nieodłącznym elementem życia każdego Egipcjanina. Większość z nich posiada nawet więcej niż jeden telefon....a można i spotkać, że ktoś ma ich aż cztery (po jednym w każdej z dostępnych sieci komórkowych oraz jeden dodatkowy...tak na wszelki wypadek). Egipcjanie rozmawiają dużo i często...na szczęście nie zapominają także o spotkaniach z przyjaciółmi. A często zdarza się również tak, że jadąc na spotkanie ze znajomym zaczynają z nim rozmowę tuż po wyjściu z domu, oczywiście przez telefon. Jest to chyba najbardziej popularny sposób „zabijania” czasu podczas długich minut spędzanych w samochodzie.
I nikt do nikogo nie  ma żadnych pretensji za telefonowanie po północy...zawsze można idąc spać po prostu telefon wyciszyć.

Płać turysto, płać!

28 listopada 2010; godzina 20:00
Tak sobie myślę, że warto byłoby wspomnieć o cenach obowiązujących w Kairze, bo jest to kwestia, która dla świadomego obowiązujących tu zasad Europejczyka może być bardzo trudna do zrozumienia. Na szczęście, a może na nieszczęście, większość turystów nie ma pojęcia, że w Egipcie obowiązują dwa, zasadniczo różne od siebie, cenniki.
Jeden z nich jest obowiązujący tylko i wyłącznie dla „wtajemniczonych”, czyli dla Egipcjan oraz tych „osadników”, którzy doskonale orientują się ile pieniędzy powinni zapłacić za swoje zakupy. Drugi z cenników został stworzony dla nieświadomych turystów, którzy oczywiście muszą płacić więcej. Sytuacja ta dotyczy prawie wszystkiego; zaczynając od kawałka chleba, poprzez owoce, wodę, papierosy, a na biletach wstępu kończąc.
Poza zakupem biletów wstępu można próbować uniknąć płacenia za wszystko drożej. Jak to zrobić? Po pierwsze, można nauczyć się języka arabskiego i udawać, że jest się Egipcjaninem. Po drugie, można próbować się targować (Egipcjanie naprawdę to uwielbiają), ale nigdy nie wiadomo jaki będzie końcowy rezultat takich „negocjacji”. Poza tym możemy stracić większość wolnego czasu na zakup jednej butelki wody i jednego banana. Po trzecie, możemy robić zakupy tylko i wyłącznie w supermarketach i dużych centrach handlowych, gdzie ceny dla wszystkich są takie same. Jest jednak pewna przeszkoda – ceny pisane są po arabsku...i nie są to te same arabskie cyfry, których uczono nas w szkole. 
Zupełnie inaczej sytuacja wygląda z biletami wstępu – tutaj nie ma żadnego wyboru, ani żadnej sztuczki, która pozwoliłaby zaoszczędzić kilka ( a czasem nawet kilkadziesiąt) funtów. Ceny są ustalone przez rząd, który wychodzi z założenia, iż Egipcjanie płacą podatki a turyści nie. W związku z powyższym zobowiązani są zapłacić więcej za możliwość zobaczenia, Piramid, Cytadeli, eksponatów w Muzeum Egipskim, czy też panoramy miasta z wieży widokowej Kairu. Różnice w cenach są tak wysokie, że chyba lepiej kupując bilet o tym po prostu nie myśleć. 

Wieża widokowa

26 listopada 2010; godzina 14:45
Jest piątek – dzień wolny od pracy. Pogoda, jak dla „przybysza” ze Środkowej Europy, wciąż letnia, o czym świadczyć może mój ubiór – bluzeczka z krótkim rękawem i długa letnia spódnica. Poza tym wciąż możemy się tu cieszyć promieniami słonecznymi, których o tej porze roku tak bardzo brakuje w Polsce.
Razem z moimi egipskimi przyjaciółmi postanowiliśmy wybrać się na wieżę widokową skąd można podziwiać panoramę całego miasta. Prawie całego, bo jak zauważył jeden z moich przyjaciół – lotniska stamtąd nie widać. I to prawda...lotniska nie widać, ale Zamalek – „zielone płuca” Kairu, Downtown,  a także piramidy w Gizie widać jak na dłoni.
 Mogłabym tu spędzić cały dzień i tylko patrzeć, patrzeć i patrzeć...na przecinający miasto leniwie płynący Nil, czy też na wzgórze Moqattam – idealne miejsce do prowadzenia długich wieczornych rozmów o życiu. 
wieża widokowa w Kairze 
Panorama miasta z wieży widokowej jest jednym z niewielu miejsc, z których można zobaczyć jak zielonym miastem jest Kair. Ci, którzy myślą, że stolica Egiptu to kawałek piaszczystego terenu wydartego pustyni, na którym zbudowano szare i brudne miasto powinni koniecznie zaplanować wizytę w tym miejscu. I najlepiej to zrobić w piątek wcześnie rano, kiedy większość mieszkańców Kairu pozostaje jeszcze w objęciach Orfeusza a powietrze nie jest „nasycone” spalinami. 

widok na wieżę widokową

6 stycznia 2011

święto Id al-Adha

18 listopada 2010; godzina 21:00
Dwa dni temu rozpoczęło się święto Id al-Adha (Uczta Poświęcenia). Jest to czas bardzo rodzinny; trochę jak czas Bożego Narodzenia w tradycji chrześcijańskiej. Jest to również czas pielgrzymki (hadżdż) do świętego miejsca dla wszystkich muzułmanów – Mekki; czas modlitwy.
Święta rozpoczynają się bardzo wcześnie rano od złożenia ofiary z jagnięcia – na pamiątkę ofiary jaką Abraham (Ibrahim) złożył Bogu. Następnie mięso jest dzielone na wszystkich ludzi, szczególnie tych biednych. Tego dnia nikt nie powinien być sam.
Uroczystości trwają cztery dni. Korzystając z kilku dni wolnych od pracy większość mieszkańców Kairu wyjechała z miasta; na pielgrzymkę do Mekki, nad morze Czerwone lub Śródziemne... Miasto, nawet w centrum, sprawia wrażenie „opuszczonego”, jest znacznie mniej samochodów, znacznie mniej pieszych, większość sklepów jest pozamykana. Ale tak naprawdę są takie miejsca w Kairze, które zawsze przyciągają swoich mieszkańców. Jednym z takich miejsc jest Nil. Nie ma chyba dnia w całym roku kiedy mieszkańcy zapomnieliby o swojej rzece – dla wielu Egipcjan życiodajnej rzece. Ci Kairczycy, którym nie udało się wyjechać z miasta, skupili się wokół Nilu...to tu spotykają się z rodzinami, przyjaciółmi, sąsiadami. I to tu spędzają popołudnia i wieczory. Bo Kair jest miastem, w którym życie tętni zawsze 24 godziny na dobę, przez cały rok. Nawet wówczas kiedy może się wydawać, że miasto opustoszało, można znaleźć miejsca, w których wciąż toczy się życie towarzyskie. I nikt nigdy nie czuje się tutaj samotny...
Nil w Kairze

19 grudnia 2010

Pustynia...

12 listopada 2010; godzina 16:30
Pustynia daje człowiekowi niesamowite poczucie wolności. W którą stronę by nie spojrzeć, wszędzie tylko suchy piasek...aż po linię horyzontu. Nie ma nic piękniejszego niż kładące się spać słońce, które ginie w samym środku tej bezkresnej przestrzeni. Będąc w samym sercu pustyni człowiek zapomina o wszystkich problemach dnia codziennego, zapomina skąd i dokąd zmierza...ale siedząc tak na środku pustyni doskonale zdaje sobie sprawę, że jest tylko małym punktem na ziemi. Jednym z wielu elementów układanki, której czasem nawet nie rozumie...układanki, w której to natura rządzi światem, a człowiek, czy tego chce czy nie, musi poddać się jej siłom. 
jeepem przez pustynię :)
pustynia
ognisko na pustyni ;)

7 grudnia 2010

Egipskie pojęcie czasu

12 listopada 2010; godzina 10:30
„Europejczyk i Afrykanin mają zupełnie różne pojęcia czasu, inaczej go postrzegają, inaczej się do niego odnoszą. W przekonaniu europejskim czas istnieje poza człowiekiem, istnieje obiektywnie, niejako na zewnątrz nas, i ma właściwości mierzalne i linearne. Europejczyk czuje się sługą czasu, jest od niego zależny, jest jego poddanym. Żeby istnieć i funkcjonować, musi przestrzegać jego żelaznych, nienaruszalnych praw, jego sztywnych zasad i reguł. Musi przestrzegać terminów, dat, dni i godzin. Porusza się w trybach czasu, nie może poza nimi istnieć. One narzucają mu swoje rygory, wymagania i normy. Między człowiekiem i czasem istnieje nierozstrzygalny konflikt, który zawsze kończy się klęską człowieka – czas człowieka unicestwia.

Inaczej pojmują czas miejscowi, Afrykańczycy. Dla nich czas jest kategorią dużo bardziej luźną, otwartą, elastyczną, subiektywną. To człowiek ma wpływ na kształtowanie czasu, na jego przebieg i rytm. Czas jest nawet czymś, co człowiek może tworzyć, bo np. istnienie czasu wyraża się poprzez wydarzenia, a to, czy wydarzenie ma miejsce czy nie, zależy od człowieka.
Czas pojawia się w wyniku naszego działania, a znika, kiedy go zaniechamy albo w ogóle nie podejmiemy. Jest to materia, która pod naszym wpływem może ożyć, ale popadnie w stan hibernacji i nawet niebytu, jeżeli nie udzielimy jej naszej energii.
W przełożeniu na sytuacje praktyczne oznacza to, że jeżeli pojedziemy na wieś, gdzie miało popołudniu odbyć się zebranie, a na miejscu zebrania nikogo nie ma, bezsensowne jest pytanie : ”Kiedy będzie zebranie?”. Bo odpowiedź jest z góry wiadoma: „Wtedy, gdy zbiorą się ludzie”.”

(Droga do Kumasi, „Heban”, Ryszard Kapuściński)

Różnica w pojmowaniu czasu ma dość zasadnicze znaczenie w moim życiu codziennym i w kontaktach z innymi. Nie ma dnia, żebym na coś lub na kogoś nie musiała czekać, a wszystko dlatego, że jestem Europejką przyzwyczajoną do punktualności (jak w szwajcarskim zegarku). 
Dzisiaj troszkę zaspałam, to prawda, ale gdybym znała dalszy ciąg wydarzeń, mogłabym zaspać dłużej. Obudziłam się 20 minut po godzinie siódmej i kiedy spojrzałam na zegarek wiedziałam już, że do chwili, w której będę musiała wyjść z hotelu zostało mi mniej czasu niż powinno. W biegu skorzystałam z łazienki, potem szybkie śniadanie na hotelowym tarasie...i wybiła godzina ósma. Razem z przyjaciółmi pojechałam na znajdujący się w odległej dzielnicy Kairu parking skąd mieliśmy wyruszyć na pustynię. Godzina wyjazdu została ustalona na dziewiątą rano! Byliśmy krótko przed czasem, więc zdążyliśmy jeszcze napić się mocnej kawy po turecku i zapalić papierosa. Wybiła dziewiąta...i właściwie nic się nie wydarzyło. Pół godziny później wciąż staliśmy w tym samym miejscu czekając na przewodnika i samochód terenowy, którym mieliśmy pojechać. Zapytałam moich przyjaciół, co się dzieje i dlaczego wciąż tkwimy na parkingu? Ale tylko spojrzeli na mnie zdziwieni...jakby chcieli powiedzieć, „jak zbiorą się wszyscy, to pojedziemy”. O dziesiątej zaczynałam robić się nerwowa...ile można czekać??!! Nawet tu w Afryce cierpliwość może się skończyć....rozejrzałam się wokół siebie w poszukiwaniu przyjaznej duszy, kogoś, kto mnie zrozumie. Ale nikogo takiego nie znalazłam. Wszyscy, a było nas około 20 osób, spokojnie stali i czekali na przewodnika z samochodem. Nikt nawet nie zauważył upływającego czasu...
Godzina 10:30 - przyjechał przewodnik...dwadzieścia minut później wyruszyliśmy na pustynię.

1 grudnia 2010

Czwarta nad ranem...

10 listopada 2010; godzina 04:40
„Daleko 
wśród obcych ścian
pod niebem 
nie moich gwiazd 
w herbacie 
zatapiam dzień 
i czekam 
aż przyjdzie sen...”

Czwarta nad ranem, centrum Kairu. Siedzę na hotelowym tarasie i z gorącą herbatą w rękach obserwuję życie toczące się na ulicy. Mimo iż jest środek tygodnia, miasto nadal nie śpi. W małym sklepiku spożywczym dwóch mężczyzn myje podłogę (znanym mi już wcześniej sposobem). W kawiarni obok ostatni klienci dopijają mocną kawę po turecku i wychodzą w znanym tylko sobie kierunku. Pracownik ciastkarni zamyka szklane drzwi, by za kilka godzin inny pracownik je ponownie otworzył. W barze z sandwiczami panuje ożywiony ruch...trzeba posprzątać przed kolejnym dniem pracy. Na stoisku z gazetami na rogu ulic wciąż pali się światło...właśnie przywieźli „świeże” wydanie codziennej prasy. Trzech mężczyzn zamiata ulicę i zbiera śmieci do kontenera. W oknach kamienicy naprzeciw hotelu wciąż palą się światła; ludzie wciąż rozmawiają, wciąż oglądają telewizję, wciąż toczy się normalne codzienne życie rodzinne. Gdzieś w oddali słychać pianie koguta, gdzieś w oddali słychać miauczenie samotnie błąkającego się kota. Tylko samochodów jakby mniej...i niby noc, i niby cisza, ale jakaś inna ta cisza niż w moim rodzinnym mieście. 


„Trzy razy 
zaśpiewał dzwon
powoli 
jaśnieje mrok 
już gaśnie 
ostatnia z gwiazd 
ja ciągle 
nie mogę spać”
(Anita Lipnicka „Daleko od domu”)

czwarta nad ranem...


28 listopada 2010

Czym i jak poruszać się po Kairze?

5 listopada 2010; godzina 23:30
Jeszcze kilka słów o środkach transportu w Kairze.
Po Kairze można się poruszać na wiele różnych sposobów i trudno powiedzieć, który z nich jest najbezpieczniejszy, najszybszy i najwygodniejszy. Po pierwsze możesz korzystać z autobusów miejskich, ale do tego potrzebujesz dużo cierpliwości (nigdy nie wiadomo, o której godzinie przyjedzie autobus); dużo odwagi i bardzo wygodne buty (większość autobusów nie zatrzymuje się na przystankach więc możesz być zmuszony do wsiadania i wysiadania podczas jazdy...w biegu). Jest to o tyle wygodne, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w dowolnym momencie z autobusu po prostu wysiąść.
Drugim sposobem podróżowania po Kairze są prywatne minibusy. Za odpowiednią opłatą zawiozą cię gdzie tylko chcesz...tylko czasem taka podróż może trwać cały dzień. Dlaczego? Wyobraź sobie minibusa z siedmioma pasażerami, z których każdy chce jechać w zupełnie innym kierunku. Jest jednak jedna zaleta – zwiedzisz miasto i na pewno będziesz miał miejsce siedzące, gdyż w odróżnieniu od autobusu, nie można podróżować minibusem na stojąco. No i jeszcze jedna dobra strona – nie musisz wsiadać ani wysiadać w biegu, bo jest to po prostu niemożliwe do wykonania.
Kolejnym sposobem poruszania się po mieście są taksówki i nie ma w tym mieście nic prostszego niż jej znalezienie. Wystarczy wyjść na ulicę a taksówka sama cię znajdzie. Jest jednak kilka zasad dotyczących podróżowania tym środkiem transportu. Po pierwsze – staraj się zatrzymać taksówkę w kolorze białym (taksówki czarno-białe są bardzo drogie, a kierowcy nie porozumiewają się w innym języku niż arabski). Poza tym w „białych” taksówkach są zainstalowane liczniki kilometrów, dzięki którym wiesz ile naprawdę powinieneś zapłacić. Mimo to staraj się zapytać o cenę przejazdu zanim zdecydujesz się wsiąść do wybranej taksówki, a najlepiej zapytaj w hotelu lub znajomych ile powinieneś zapłacić za przejazd. Kierowcy bowiem często wykorzystują niewiedzę zabłąkanych turystów. Musisz również uwzględnić, iż cena przejazdu taksówką zależy od takich czynników jak: dzień tygodnia, pora dnia, czas przejazdu, liczba pasażerów, ilość bagażu, czy też humor kierowcy ( a nawet twój wygląd, niestety to też może mieć znaczenie dla ceny twojego przejazdu).
Kolejnym sposobem poruszania się po Kairze jest własny samochód, ale jeżeli nie jesteś kierowcą rajdowym i nie masz dużo cierpliwości oraz nerwów ze stali, zapomnij o tym. W tym mieście prowadzenie samochodu jest jednym ze sportów ekstremalnych. Wszyscy jadą gdzie chcą, jak chcą i kiedy chcą; bez względu na sygnalizację świetlną i znaki drogowe. Skręcanie w lewo ze skrajnego prawego pasa, zatrzymywanie się na środku ronda, wymuszanie pierwszeństwa przejazdu to zwykła codzienność dla każdego kierowcy.
Ostatnim sposobem poruszania się po Kairze jest zaufanie własnym nogom, ale ten sposób przemieszczania się polecam tylko wówczas, jeżeli masz do pokonania niewielkie odległości. I oczywiście musisz mieć nerwy ze stali, szczególnie jeśli będziesz musiał przejść na drugą stronę ulicy ( a większość ulic w Kairze jest wielopasmowa). Wśród Egipcjan mówi się, że aby dokonać tego cudu należy zamknąć oczy, modlić się i mieć nadzieję, że bezpiecznie dotrzesz na drugą stronę. Skacząc pomiędzy trąbiącymi samochodami pewnie przyjdzie ci do głowy pytanie, czy nie powinieneś wykupić dodatkowego ubezpieczenia (mam na myśli ubezpieczenie dotyczące uprawiania sportów ekstremalnych) przed przyjazdem do tego miasta. I jeszcze jedna zasada dotycząca ruchu pieszego – żaden z mieszkańców Kairu nie używa chodników; dlatego nie zdziw się, jeżeli na środku chodnika napotkasz wielką donicę z kwiatami albo rosnące tam drzewa. Tutaj wszyscy poruszają się po ulicy i trudno powiedzieć czemu służą chodniki. 





27 listopada 2010

Parkowanie samochodu

4 listopada 2010; godzina 24:00
, początek weekendu. Miasto tętni życiem do późnych godzin nocnych. Tego wieczoru wszyscy mieszkańcy Kairu ( a jest ich około 18 milionów), bez względu na wiek, postanawiają spędzić poza domem. Spotykają się z rodzinami, przyjaciółmi, znajomymi poznanymi przypadkowo na ulicy czy w zawsze zatłoczonym autobusie. Po prostu wszyscy wychodzą z domów; bo tu w Egipcie najważniejsza jest integracja z innymi i nikt nie lubi być sam. Ma to też swoje złe strony...szczególnie jeśli próbujesz w czwartek (lub w piątek) późnym wieczorem znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu. Może się zdarzyć, że w trakcie poszukiwania miejsca parkingowego będziesz zmuszony całkowicie zmienić swoje plany na wieczór...tylko dlatego, że miejsca nie znajdziesz. Albo możesz mieć na tyle szczęścia, że znajdziesz wolne miejsce, w którym mógłbyś zostawić swój ukochany samochód, ale bardzo trudno dostępne. Co wtedy? Nie ma nic prostszego...jeśli zauważysz miejsce, do którego nie można swobodnie dojechać, musisz po prostu wysiąść z samochodu, zwołać kilku ludzi (jeśli akurat jesteś tego wieczoru sam, bez przyjaciół) i przestawić wszystkie samochody znajdujące się na drodze do upatrzonego przez ciebie miejsca parkingowego. W Kairze nie ma nic prostszego. Tylko nie zdziw się jak któregoś razu po wyjściu z restauracji znajdziesz swój własny samochód w innym miejscu niż to, w którym go zostawiłeś. Po prostu stałeś komuś na drodze do jego miejsca parkingowego:)

23 listopada 2010

Klimatyzacja

2 listopada 2010; godzina 15:00
Oprócz wszechobecnego prania....jest tu jeszcze coś, bez czego Kair  nie mógłby funkcjonować. Coś, co całkowicie zmienia pejzaż miasta, a przede wszystkim wygląd jego budynków. Są to wszechobecne klimatyzatory. Znajdują się dosłownie wszędzie...przy każdym oknie i na każdym balkonie. Nie ważne czy jest to kamienica z początku poprzedniego wieku, czy nowo wybudowany ekskluzywny budynek mieszkalny, czy może biurowiec w centrum miasta. Wszędzie są klimatyzatory...pracujące klimatyzatory. Są w stanie popsuć obraz nawet najpiękniejszego budynku w całym mieście. Jednym słowem te wszechobecne klimatyzatory szpecą całe miasto...Ale jakże ciężkie byłoby życie bez nich?! Za oknem 40 stopni Celsjusza, bezchmurne niebo, skwar nie do wytrzymania...lato trwające przez większą część roku...i jak tu wysiedzieć za biurkiem osiem godzin bez włączonej klimatyzacji? Jak przespać całą noc kiedy temperatura powietrza wynosi wciąż 30 stopni? W Egipcie po prostu nie da się normalnie funkcjonować bez tych szpecących wszystkie budynki wszechobecnych klimatyzatorów. 


7 listopada 2010

Wszechobecne pranie

01 listopada 2010; godzina 17:00
Muszę zrobić pranie, a w związku z tym muszę kupić jakiś proszek lub lepiej płyn do prania i miskę. Z płynem do prania nie ma większego problemu, wystarczy przejść na drugą stronę ulicy. Ale gdzie ja tu znajdę miskę? Po śniadaniu rozpoczynam poszukiwania. W hotelu powiedziano mi, że muszę znaleźć sklep z plastikowymi przedmiotami. Tylko gdzie go szukać? Większość sklepów zlokalizowanych w pobliżu mojego hotelu oferuje ubrania, buty, buty i jeszcze raz buty. Na ulicy równoległej do tej, gdzie znajduje się hotel mogę bez żadnego problemu kupić sprzęt elektroniczny, sprzęt komputerowy, akcesoria telefoniczne, a także różnego rodzaju kable. Ale plastikową miskę?? No nic...wyruszam na poszukiwania. Po godzinie nie wiem już gdzie jestem i w którym kierunku znajduje się mój hotel, ale za to w nagrodę udało mi się znaleźć sklep z plastikowymi przedmiotami.  Zamiast miski kupiłam wiaderko...ale w zasadzie to bez znaczenia. Pranie da się w nim zrobić. Tylko jak teraz wrócić do hotelu?! Błądzę to w lewo, to w prawo; wszystkie uliczki wyglądają podobnie. Ale chyba mam dzisiaj szczęście, bo jakimś cudem bez większego kłopotu odnajduję kamienicę, w której mieści się hotel.
A tak na marginesie to jest tu w Kairze coś, co chyba można zobaczyć tylko tutaj – wszechobecne pranie zawieszone przy każdym balkonie, przy każdym oknie, bez względu na dzień tygodnia, czy też porę dnia. Nikogo nie dziwi, że spacerując po chodniku w centrum miasta, można otrzymać darmowy prysznic z zawieszonego przy którymś z balkonów prania. To jest całkiem naturalna rzecz. I specjalnie podkreślam, że pranie jest wywieszone przy balkonie, a nie jak w Polsce na balkonie. Tutaj balkon służy przede wszystkim do relaksu i do podglądania życia toczącego się na ulicy...nie ma miejsca na suszarkę. Ta prawie zawsze znajduje się już poza balkonem. 


5 listopada 2010

Nocne lody

30 października 2010; godzina 23:30
Życie tutaj jest szalone!!! Spędziłam wieczór w towarzystwie jednego z przyjaciół. Najpierw był spacer nad Nilem, potem szybka przekąska, kawa po turecka, a na koniec krótki spacer do hotelu, w którym mieszkam. Po pół godzinie mój telefon komórkowy oznajmił mi, że otrzymałam wiadomość. „Wyjdź na balkon, to mnie zobaczysz” – brzmiała wiadomość, a otrzymałam ją od kolegi, z którym jeszcze 30 minut wcześniej spacerowałam po ulicach dzielnicy Down Town. „Co on tu jeszcze robi, skoro mieszka po przeciwnej stronie miasta? – pomyślałam. Wyszłam na balkon...15 minut później oboje siedzieliśmy na krawężniku przed wejściem do hotelu i jedliśmy lody z karmelem kupione w restauracji McDonald.

Zawód: "parkingowy"

28 października 2010; godzina 01:00
Muszę napisać kilka słów o tzw. „parkingowym”. Jest to osoba pracująca na ulicy zatrudniana przez samego siebie, której zadaniem jest ułatwić kierowcom zaparkować samochód. Pomagają znaleźć wolne miejsce, a potem instruują „w lewo, do przodu, w prawo, w lewo, do tyłu, stop, do przodu...itd.”. W zamian za pomoc otrzymują od każdego kierowcy pieniądze. I tak sobie spacerują po ulicach, bo generalnie mieszkańcy Kairu parkują po prostu wszędzie, i zarabiają na życie. Bardzo ciekawa praca...zawsze wśród ludzi, haha. Ciekawe jak taki „zawód” przyjąłby się w Europie??

Podróż taksówką

28 października 2010; godzina 17:30
Czwartek – początek weekendu. Muszę się przedostać przez całe miasto. Wychodzę z hotelu i już po 2 minutach siedzę w taksówce. Na wszelki wypadek nazwę ulicy, na którą muszę się dostać, mam zapisaną na kartce papieru po angielsku i po arabsku. To zawsze ułatwia dotarcie na miejsce, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy z kierowcą będzie można się porozumieć po angielsku. Mówię taksówkarzowi nazwę dzielnicy oraz ulicy, na którą chcę dojechać. Wygląda na zmartwionego. Pokazuję mu więc moją kartkę papieru, ale nadal jest niepocieszony. Wyciągam z torebki mapę Kairu i pokazuję mu, gdzie jest zlokalizowana owa ulica. Ale kierowca nadal nie ma pojęcia, gdzie chcę jechać. Zabiera mi mapę, wpatruje się w nią przez kilka minut, po czym każe mi czytać nazwy wszystkich ulic, które znajdują się w pobliżu tej, na którą chcę dojechać. I wszystko staje się jasne – kierowca nie umie czytać po angielsku....a być może w ogóle nie umie czytać? Nie wiem... Zaczynam się niepokoić, czy na pewno uda mi się dojechać w wyznaczone miejsce.
Po dwóch godzinach docieram na miejsce. Jest czwartek – początek weekendu, na ulicach pojawia się wciąż więcej i więcej samochodów. Wszyscy chcą gdzieś dojechać...i w ten prosty sposób tworzą się niekończące „korki”.
Droga powrotna do hotelu zabiera mi trochę więcej niż godzinę i jest jeszcze bardziej zabawna niż poprzednia. Taksówkę udaje mi się zatrzymać po pięciu minutach stania na jednej z głównych ulic dzielnicy Nasr City. Kierowca jest bardzo sympatyczny i nawet udaje nam się nawiązać krótką rozmowę. Okazuje się, że zanim rozpoczniemy podróż do dzielnicy Downtown, kierowca potrzebuje kilku minut na naprawienie radia w samochodzie. Jedziemy więc do serwisu. Taksówka zatrzymuje się na parkingu przed jednym z wysokich bloków mieszkalnych. Kierowca prosi abym wysiadła z samochodu. Boi się, że sama odjadę?? Nie ważne. Wysiadam. Po kilku sekundach zjawia się „parkingowy”, który daje mi plastikowe krzesełko. Siadam obok taksówki i czekam na kierowcę. Wydaje mi się, że wyglądam komicznie siedząc tak sobie na środku parkingu i czekając na kurs. Na szczęście Egipcjanin jest punktualny (o dziwo!) i po kolejnych pięciu minutach rozpoczynamy podróż do hotelu. 
taksówki w Kairze