"Podróżnicy mówią, że nie ma nic jaśniejszego na twarzy Ziemi niż Kair (...)

Ten, który nie widział Kairu, nie widział świata. Jego kurz jest jak złoto, jego Nil jest jak cud, jego kobiety są jak czarnookie niewiasty z raju, jego domy są jak pałace (...)

I jakże mogłoby być inaczej, skoro Kair jest Matką Świata?"

(opowieść żydowskiego lekarza)

7 października 2011

Mały krokodyl

01 września 2011, godzina 19:00

Uff!!!! Co za popołudnie!!! Ale może zacznę od początku....
Biorąc pod uwagę fakt, że nie jestem muzułmanką i nie obchodzę świąt zakończenia postu, a zawód, jaki wykonuję nie zna ani niedziel, ani świąt, postanowiłam dzisiejszy dzień spędzić w pracy. Mój ambitny plan rozpoczęłam realizować około godziny 16 na tarasie hotelu, w którym mieszkam (do pracy jest mi bowiem potrzebny tylko i wyłącznie laptop z internetem). Słońce chyliło się ku zachodowi, temperatura powietrza powoli spadała poniżej 30 stopni Celsjusza, a mimo to na tarasie nie spotkałam żadnego z mieszkańców hotelu. Wokół panował spokój, który pozwalał mi skupić się wyłącznie na pracy. Niestety, pół godziny później turyści zaczęli wracać z całodziennych spacerów po Kairze i kierowali swe kroki na taras. Zostałam zmuszona do zmiany planów, a przynajmniej do zmiany miejsca pracy. Wróciłam więc do ciasnego hotelowego pokoju. I już zabierałam się za kontynuowanie moich ambitnych zawodowych planów, kiedy na ścianie oddalonej ode mnie o pół metra ujrzałam biegającego małego krokodyla. Zamarłam ze strachu! W mojej głowie pojawiło się tysiąc różnych pomysłów: nie spuszczając wzroku z lokatora, obmyślałam plan ucieczki z własnego pokoju. „Mały krokodyl” wciąż nerwowo biegał po ścianie, a mój wzrok dokładnie rejestrował każdy, nawet najmniejszy, jego ruch. W końcu zdobyłam się na odwagę: w jednej sekundzie podniosłam się z łóżka, podbiegłam do drzwi i wyskoczyłam na korytarz. Dalsze losy małego krokodyla pozostawiłam w rękach pracowników hotelowej recepcji.

* dla wyjaśnienia dodam tylko, że mały krokodyl tak naprawdę był małym gekonem, które dość licznie zamieszkują Kair.  

gekon na ścianie w hotelowym pokoju

5 października 2011

Święto zakończenia postu (Eid al - Fitr), czyli wyludnione ulice Kairu

31 sierpnia 2011, godzina 21:00

Rozpoczęło się trzydniowe święto zakończenia postu – Eid al-Fitr. Oznacza to, że po raz kolejny Kair wygląda jak miasto opuszczone; część mieszkańców, korzystając z kilku dni wolnych od pracy ( w tym roku są to cztery, a nawet pięć dni wolnych), wyjechała z miasta na krótkie wakacje. Ci, którzy z różnych powodów nie mogli wyjechać, cały swój czas spędzają nad Nilem. Ulice Downtown – dzielnicy, w której mieszkam, są puste, ciche i spokojne. Siedząc na hotelowym tarasie ma się wrażenie, że w Kairze brakuje już nie tylko turystów, ale również mieszkańców. 

2 października 2011

Kontrakt małżeński „orfi”

26 sierpnia 2011, godzina 19:00

W nawiązaniu do wcześniejszego wpisu pragnę wyjaśnić czym jest kontrakt małżeński „orfi”. Najprościej jest to po prostu ślub tymczasowy zawierany na, z góry określony, czas. Do zawarcia związku małżeńskiego, jak w każdym przypadku, potrzebni są świadkowie – najczęściej po jednym dla każdej ze stron, a uroczystość zaślubin odbywa się nie w meczecie, ale w kancelarii prawnej.
Dla Egipcjan „orfi” jest nic nie znaczącym kawałkiem papieru. Powód, dla którego muzułmanie decydują się na taki rodzaj związku, jest chyba tylko jeden – odkąd są małżonkami mogą całkiem legalnie i bez grzechu mieszkać pod jednym dachem i sypiać w jednym łóżku. A po wcześniej ustalonym czasie kontrakt po prostu wygasa, a małżeństwo przestaje istnieć.
Dodam jeszcze, że zaproponowanie przez mężczyznę kontraktu „orfi” świadczy o jego kompletnym braku szacunku dla kobiety - prawie zawsze Europejki, która najczęściej nawet nie ma pojęcia, czym jest „orfi”. Słysząc propozycję małżeństwa, nawet nie zastanawia się nad jego formą i powodami, dla których nowo poznany mężczyzna prosi ją o rękę. A młodzi Egipcjanie decydując się na to, jakże krótkotrwałe małżeństwo, mają po prostu czyste sumienie przed Bogiem. 

1 października 2011

„Darling, I lowe ju” (2), wnioski po obejrzeniu filmu

25 sierpnia 2011, godzina 14:30

(jeżeli nie ukończyłeś/aś 18 roku życia, przejdź do innego postu lub cierpliwie poczekaj na nowy wpis...)

 „Większość Polek, które tutaj spotkałem przynoszą wstyd Polsce i wszystkim Polakom. One tu nie przyjeżdżają dla atrakcji turystycznych. One tu przyjeżdżają, żeby się puszczać z miejscowymi (...) Wstyd mi, że jestem Polakiem”. To jedno z ostatnich zdań, jakie pada w filmie i jednocześnie najtrafniejszy wniosek, jaki się nasuwa po obejrzeniu dokumentu Anny Błaszczyk. Mi też czasami jest wstyd, że jestem Polką, ale w przeciwieństwie do związku Polaków w Kairze, nie uważam, że problem poruszany w filmie nie istnieje. Niestety, problem polskich (seks) turystek „wypoczywających” na plażach Morza Czerwonego istnieje i z każdym rokiem staje się coraz większy. Do Hurghady przyjeżdżają zarówno młode dziewczyny, które po zdanym egzaminie dojrzałości postanowiły odpocząć na plażach Egiptu, ale także mężatki w średnim wieku na co dzień pracujące na wysokich stanowiskach.  Ma się wrażenie, że wiek, status społeczny czy materialny, nie mają żadnego znaczenia. Najważniejsza jest zabawa w miejscowych klubach i „mocne”, niezapomniane wrażenia. Jedna z „bohaterek” filmu jest kobietą w pełni dojrzałą, emerytką, a nawet babcią – ale jakże naiwną. Aż trudno uwierzyć, że ta w pełni dojrzała kobieta daje się nabrać na czułe słówka młodych Egipcjan. A co więcej - jest w pełni usatysfakcjonowana ze swojego „powodzenia” wśród młodych mężczyzn, jest wręcz wniebowzięta z ilości otrzymywanych wyznań miłosnych ( za pomocą wiadomości tekstowych wysyłanych na jej telefon komórkowy). Kamera towarzyszy jej podczas wizyty w dość ekskluzywnym sklepie obuwniczym. Kobieta wydaje się być niezwykle szczęśliwa, kiedy sprzedający w owym sklepie Egipcjanin chwyta ją za pośladki, całuje, a następnie pyta o kolor bielizny. A w domu na tę kobietę czeka mąż... ale tu, w Hurghadzie liczy się tylko chwila teraźniejsza.
Kolejnym przykładem na poparcie moich słów jest młoda dziewczyna, która w kilka dni po przylocie do nadmorskiego kurortu, zakochuje się w przystojnym Egipcjaninie (mężczyzna nawet nie zgodził się na pokazanie swojego wizerunku we wspomnianym filmie, ciekawe dlaczego?). Po kilku dniach podczas jednej ze wspólnie spędzanych nocy, mężczyzna pyta o ślub. Bez chwili zawahania dziewczyna odpowiada „tak”. Jest wniebowzięta!!! Cała „uroczystość” odbywa się u prawnika i nie trwa dłużej niż 10 minut, a całkowity koszt ślubu wynosi dla kobiety 1 funta (równowartość 50 polskich groszy), a dla wybranka aż 100 funtów. Taką też kwotę otrzyma młoda dziewczyna w przypadku rozwodu... ale rozwodu nigdy nie będzie. Rodzaj ślubu, na jaki zdecydowała się ta młoda Polka raczej wyklucza taką możliwość, gdyż jest to ślub tymczasowy – tzw. „orfi”.
Obie bohaterki są równie naiwne, co pięcioletnie dzieci. I o ile można by taki „poryw serca” wybaczyć zauroczonej egzotyczną urodą dwudziestolatce, o tyle trudniej zrozumieć postawę babci – emerytki (jak bohaterka nazywa samą siebie). Ale nie zamierzam nikogo ani oceniać (a tym bardziej negatywnie), ani oskarżać o niemoralność... tylko dlaczego tak powszechne, i w tutejsze kulturze naganne, zachowania Polek wypoczywających na plażach Hurghady, wywierają równie negatywny wpływ na postrzeganie wszystkich przedstawicielek narodowości polskiej???!!!  I dlaczego kiedy jakiś przesympatyczny Kairczyk pyta o kraj mojego pochodzenia, zaczynam się zastanawiać nad odpowiedzią?! Bo jak wyznał jeden z młodych Egipcjan, „Europejki można pieprzyć, ale nie szanować”. A ja jednak wolałabym, żeby otaczający mnie mężczyźni odnosili się do mnie z szacunkiem i patrzyli na mnie przez pryzmat tego, co ukrywam w moim sercu i duszy, a nie traktowali mnie tylko jako obiekt seksualny. 

30 września 2011

Ramadan

20 sierpnia 2011, godzina 19:00

Mój powrót do Kairu przypadł na połowę świętego miesiąca Ramadan – miesiąca postu. W trakcie trzydziestu dni każdy muzułmanin ma obowiązek powstrzymywać się od jedzenia, picia, palenia papierosów (o innych używkach nie wspominając), a także od uprawiania seksu i spoglądania na kobiety pożądliwym wzrokiem – a wszystko to od wschodu do zachodu słońca. W praktyce oznacza to mniej więcej czas pomiędzy godziną 4 nad ranem a 18:30.
Jak wygląda codzienne życie mieszkańców Kairu w trakcie świętego miesiąca?
Mam to szczęście, że mieszkam na szóstym piętrze starej kamienicy w samym centrum stolicy kraju faraonów skąd swobodnie mogę prowadzić obserwacje jej mieszkańców. Życie codzienne różni się od tego, które miałam okazję obserwować i analizować przez ostatnie dziesięć miesięcy - przede wszystkim cały cykl dnia podporządkowany jest „zasadom” obowiązującym każdego muzułmanina podczas Ramadanu. I tak życie na ulicach Kairu „zamiera” około godziny czwartej nad ranem, kiedy śpiewny głos muezina ogłasza czas modlitwy, i od kiedy zaczyna obowiązywać post. Większość mieszkańców udaje się na spoczynek, a miasto pogrąża się we śnie. Z ulic znikają samochody, spacerowicze, rodziny z dziećmi, bezpańskie psy i bezdomne koty – panuje, jakże obca temu miastu, cisza. Około godziny siódmej rano rozpoczyna się kolejny dzień, ale jakże inny od tych, które znałam do tej pory. Część okolicznych kawiarni i restauracji jest zamknięta do wczesnych godzin popołudniowych, sklepikarze pracują jakby wolniej, na ulicach spacerują tylko turyści. Jest środek lata, temperatura przekracza trzydzieści stopni Celsjusza i kto nie musi spieszyć się do pracy, pozostaje w zaciszu domowym i spędza dzień na odsypianiu nocnych spotkań towarzyskich. Miasto zaczyna się budzić około godziny 16. Wtedy to na ulicach pojawiają się stoły i krzesła, gdzie półtorej godziny później uroczyste śniadanie będą mogli zjeść najubożsi. W restauracjach i kawiarniach panuje ożywienie, na ulicach pojawia się coraz więcej mieszkańców, szukających wolnych stolików w restauracjach. Zbliża się czas „iftar”, czyli uroczystego śniadania spożywanego w gronie rodziny lub przyjaciół, ale nigdy w samotności. Ramadan to taki czas w roku, w którym potrzeba bliskości drugiego człowieka jest szczególnie  mocno odczuwalna. O zachodzie słońca głos muezina ponownie wzywa na modlitwę, a jednocześnie jest to sygnał zakończenia codziennego postu. Na ulicach miasta, z każdą godziną, pojawia się coraz więcej jego mieszkańców, którzy mogą już swobodnie jeść i pić. Jest to czas spotkań z rodzinami, przyjaciółmi, sąsiadami... czas, kiedy całe życie towarzyskie przenosi się na ulice Kairu. Jest to czas „wspólnej biesiady”, która potrwa aż do wschodu słońca. A potem wszyscy udadzą się na zasłużony spoczynek, by kolejnego dnia znów spotkać się przy wspólnym stole. 

6 września 2011

Doniesienia z Kairu

19 sierpnia 2011, godzina 12:00

Ostatni miesiąc spędziłam w Polsce, do której wiadomości z Egiptu, a już w szczególności z Kairu, nie docierały. Nie oznacza to, że przez cały mój pobyt w rodzinnym kraju nie korzystałam z możliwości jakie daje internet i nie śledziłam losów „mojego” miasta i jego mieszkańców.  Spróbuję w bardzo dużym skrócie przybliżyć wydarzenia, które miały tu miejsce podczas mojej nieobecności.
Kiedy 17 lipca opuszczałam Kair, na Placu Tahrir znów zbierali się demonstranci, którzy po raz kolejny utworzyli „miasteczko namiotowe” w centrum miasta. Domagali się wprowadzenia zapowiadanych kilka miesięcy wcześniej zmian oraz ukarania wszystkich tych, którzy ponoszą jakąkolwiek odpowiedzialność za śmierć protestujących. Dwa tygodnie później rozpoczął się Ramadan – święty miesiąc w kalendarzu muzułmanów. Większość mieszkańców Egiptu głęboko wierzyła, że na ten czas w mieście zapanuje względny spokój, ale tak się nie stało. Protestujący zgromadzeni na Placu Tahrir zapowiedzieli, że nie wrócą do swoich domów dopóki ich żądania nie zostaną spełnione. Kilka dni po rozpoczęciu Ramadanu wojsko wraz z policją użyli siły do rozpędzenia demonstrującego tłumu. Z Placu Tahrir zniknęły wszystkie namioty, zniknęli protestujący.
Poza tym zaraz na początku sierpnia rozpoczął się proces sądowy byłego prezydenta, jego dwóch synów, a także byłego ministra spraw wewnętrznych. Relację z pierwszej rozprawy pokazywano we wszystkich stacjach telewizyjnych na całym świecie, także w Polsce. Ale nigdzie nie wzbudziła ona takiego zainteresowania, jak w krajach arabskich - relację śledzono w domach, kawiarniach, restauracjach, sklepach... Ze względu na stan zdrowia były prezydent Hosni Mubarak pojawił się w sali rozpraw na szpitalnym łóżku, co wzbudziło ogromne emocje wśród Egipcjan. Większość przeciwników byłego prezydenta nie mogła uwierzyć, że to, co widzą na ekranie telewizora, dzieje się naprawdę. Nie mogli uwierzyć, że udało im się doprowadzić do procesu Hosniego Mubaraka. Niestety, ogólnodostępna transmisja z sali rozpraw doprowadziła do wzrostu napięcia wśród mieszkańców Egiptu i na terenie Kairu doszło do kolejnych zamieszek, w wyniku których kilkanaście osób zostało rannych. Podobnie sytuacja przedstawiała się podczas kolejnej rozprawy, która odbyła się 15 sierpnia. W związku z powyższym sędzia prowadzący zadecydował, że kolejne rozprawy nie będą transmitowane przez żadną stację telewizyjną, aż do ogłoszenia wyroku.
I to chyba najważniejsze wydarzenia jakie miały miejsce w Kairze podczas mojego miesięcznego pobytu w Polsce. 

4 września 2011

Na lotnisku w Kairze


18 sierpnia 2011, godzina 02:30

Jest środek nocy, chociaż mieszkańcy miasta, w którym się aktualnie znajduję absolutnie nie myślą jeszcze o spoczynku. Dla nich ten wieczór będzie trwał jeszcze dwie godziny. Jak nietrudno zgadnąć – wróciłam do Kairu.
Już nie raz wylatywałam i wracałam do tego miasta, ale nigdy wcześniej nie czułam takiego smutku jak dzisiejszej nocy. Międzynarodowe lotnisko w Kairze dosłownie „świeci” pustkami, a w samolotach jest więcej miejsc pustych, niż pasażerów chcących spędzić w stolicy kraju faraonów choćby kilka dni. Niestety, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – turyści przestali przyjeżdżać do Egiptu. Ze względu na ogólną sytuację polityczną w tym regionie, większość odpoczywających wybrała w tym roku plaże Turcji. Z tego co mi wiadomo, hotele w kurortach nad Morzem Czerwonym są obłożone zaledwie w 50%, natomiast w samym Kairze jest to mniej więcej 20%.
Wysiadam z prawie pustego samolotu, przechodzę przez opustoszałe lotnisko, mijam kontrolę paszportową, odbieram bagaż, w końcu spotykam kierowcę i opuszczam terminal. Ale przez całą długą drogę do hotelu, w którym mieszkam, nie opuszcza mnie smutek.

Jeszcze kilka miesięcy temu cała Europa, a nawet cały świat solidaryzował się z mieszkańcami Egiptu, wspierając ich w walce o lepszą przyszłość dla swoich dzieci. A dzisiaj? A dzisiaj, kiedy gospodarka tego kraju jest w „opłakanym” stanie i kiedy najbardziej potrzebne są nam wpływy od zagranicznych turystów, cały świat o nas zapomniał. A przecież tak niewiele się tu zmieniło – w Gizie wciąż wznoszą się Piramidy, wody Nilu wciąż cierpliwie wdzierają się w piaski pustyni, w Muzeum w Kairze nadal można podziwiać zabytki starożytnego Egiptu. A jednak coś się zmieniło – na ulicach Kairu na próżno można szukać turystów.
Docieram do hotelu z jednym pytaniem w głowie – kiedy, i czy w ogóle, to miasto będzie znów takie, jak dawniej, jak jeszcze osiem miesięcy temu? 

2 września 2011

Wakacje w Polsce – w kawiarni


10 sierpnia 2011, godzina 23:00

Jest godzina 23. W Kairze właśnie rozpoczyna się wieczór (szczególnie teraz, w okresie Ramadanu), ale tu w Polsce wieczór dobiega końca. Ludzie wracają do swoich domów – o ile w ogóle z nich wyszli, powoli gasną światła, miasto układa się do snu. Często zdarzało mi się o tej godzinie dopiero rozpoczynać spotkania towarzyskie, spacerować nad Nilem, czy szukać wolnego stolika w zatłoczonych kawiarniach. A tutaj?
Umówiłam się z dawno niewidzianą koleżanką na kawę, i nawet (ku mojemu zaskoczeniu) nie musiałam jej specjalnie przekonywać, że może lepiej byłoby wypić tę kawę w przytulnej kawiarni, a nie spotykać się (jak to mamy w zwyczaju) w domu. Na miejsce naszego spotkania wybrałyśmy dość znaną kawiarnię w jednym z centrów handlowych. Wieczór był niezwykle przyjemny – ale to już zasługa dobrego towarzystwa, bo samo miejsce sprawiło mi wiele niespodzianek. Przez ostatnie osiem miesięcy przyzwyczaiłam się, że do kawiarni (nawet najbardziej lokalnej, usytuowanej pod gołym niebem) się po prostu wchodzi, siada przy stoliku, przegląda menu i czeka. Obie z koleżanką zasiadłyśmy wygodnie w fotelach i zaczęłyśmy „studiować” dziesięciostronicowe menu. Ja, jak zawsze, wybrałam duże Latte... potem rozpoczęło się oczekiwanie na kelnerkę... i trwałoby wiecznie, gdyby moja koleżanka nie zdecydowała się podejść do lady. Okazało się, że nie dość, że nikt tak naprawdę nie obsługuje klientów, to jeszcze należy zapłacić za zamówienie „z góry”, nie tylko przed wypiciem, ale jeszcze przed odebraniem napoju – po który także należy się osobiście zgłosić do lady, bo kelnerka nie biega między stolikami. Jest tylko jeden plus systemu pracy owej kawiarni – klient zaoszczędza na napiwkach... bo musiałby go zapłacić samemu sobie.
Ale to nie koniec niespodzianek – dokładnie o godzinie 20:50 usłyszałyśmy, że do  zamknięcia lokalu pozostało już tylko dziesięć minut... (dobrze by więc było dopić kawę, herbatę, sok, drinka itp., spakować „manatki” i opuścić kawiarnię). Coś podobnego nie zdarzyło mi się nigdy w Kairze – choćbym poszła na kawę w środku nocy. No, ale widocznie w Polsce nie wszędzie obowiązuje hasło „klient nasz pan”. 

29 sierpnia 2011

Wakacje w Polsce – kaprysy pogody


29 lipca 2011; godzina 21:00

Jestem w Polsce już prawie dwa tygodnie... Od drugiego dnia mojego pobytu nieustannie pada deszcz, a za oknem panuje coraz większy chłód. Czasami mam wrażenie, że zamiast w przestrzeni, przeniosłam się w czasie i oto „dopadła” mnie kolejna zima. Temperatura w nocy spada do mniej więcej 14 stopni, a więc do poziomu wczesnej zimy panującej w stolicy kraju faraonów. Mam tylko nadzieję, że zgodnie z telewizyjnymi prognozami pogody, wkrótce zacznie się robić cieplej, a zza chmur wreszcie wyjrzy słońce. Jakoś nie mam ochoty przeżywać kolejnego „szoku termicznego”, a zostanę w Polsce nie dłużej niż dwa i pół tygodnia. 

Wakacje w Polsce – na zakupach


19 lipca 2011, godzina 13:30

Od dwóch dni przebywam na jednej z wielkopolskich wsi. Miejscowość jest typowo letniskowa, położona na obrzeżach Puszczy Noteckiej. Wieś jest na tyle mała, że nie ma tutaj ani sklepu, ani nawet kościoła ( do najbliższej świątyni trzeba jechać aż 5 kilometrów).  W celu zrobienia tygodniowych zakupów, wybrałam się z moją najukochańszą Mamą do nieco większej miejscowości, oddalonej od owej wsi o 12 kilometrów. I niby wszystko było takie normalne, jak dawniej, jak jeszcze rok temu....do momentu, w którym nie stanęłyśmy obie przy kasie w jednym z marketów. Kasjerka w tempie błyskawicy podnosiła towar do czytnika, a potem równie szybko odkładała go na oddzielająca nas ladę. Moja Mama w równie szybkim tempie błyskawicy pakowała zakupione produkty do bawełnianych siatek i odkładała z powrotem do wózka. Następnie, prawie krzycząc, kasjerka poinformowała nas o wysokości rachunku. W przeciągu kilku kolejnych sekund nastąpiła wymiana banknotów i drobnych monet. Jeszcze dobrze nie zdążyłyśmy odejść od kasy, a cała procedura rozpoczęła się od nowa – z kolejnym, zniecierpliwionym już, klientem. I niby wszystko było jak zawsze... a jednak „robienie” przez mnie zakupów przez ostatnie sześć miesięcy wyglądało zupełnie inaczej.
W Kairze robienie zakupów jest jedną z form nawiązywania, podtrzymywania i zacieśniania kontaktów międzyludzkich. Aby nie zostać uznanym za osobę niesympatyczną, nie należy nerwowo przedreptywać z nogi na nogę, nie należy wywoływać na twarzy zniecierpliwionego uśmiechu, nie można nie zapytać o zdrowie sprzedającego i połowy jego rodziny, nie można tak po prostu bez słowa wejść do sklepu, zapłacić i bez słowa wyjść.
Ach to afrykańskie pojęcie czasu... 

27 sierpnia 2011

Wakacje w Polsce – pierwsze wrażenia...


18 lipca 2011, godzina 22:00

Od ponad 24 godzin jestem w Polsce – po długich sześciu miesiącach nieobecności. W zasadzie nic się tutaj nie zmieniło, a jednak moje własne odbieranie otaczającego mnie świata uległo całkowitej przemianie – aż sama jestem zaskoczona. Zauważyłam to już po pierwszych trzech godzinach spędzonych w hali przylotów warszawskiego Okęcia.
Pogoda jest dość przyjemna, a nawet upalna – jak podkreśliła jedna z moich przyjaciółek w rozmowie telefonicznej. Powiedzmy, że jak dla kogoś przybywającego z zakątka świata, w którym temperatura w ciągu dnia waha się pomiędzy 35 a 38 stopni, jest tutaj dość ciepło. Co nie zmienia faktu, iż wciąż mam na sobie, oprócz długich spodni i koszulki z krótkim rękawem, także jeansową marynarkę. To prawda, że przechodzący obok ludzie, patrzą na mnie ze zdziwieniem – pogoda zachęca do zrzucania maksymalnej liczby odzieży, a nie do wręcz odwrotnego działania. Ja jednak pozostaję w marynarce. Siadam w jednej z kawiarni, zamawiam duże Latte i oddaję się obserwacji otaczających mnie podróżnych (a także tych, którzy na owych podróżnych czekają).
Moje zdziwienie jest równie duże. Przez ostatnie sześć miesięcy „odwykłam” od widoku roznegliżowanych do granic możliwości przedstawicielek płci pięknej. Szanująca się muzułmanka jest zobowiązana do zakrywania nóg (aż do kostek, a przynajmniej do kolan, chociaż większość z nich nie odsłania ich w ogóle), ramion i włosów. A tu? Gdziekolwiek nie spojrzę, widzę młode dziewczyny ubrane w spódniczki zakrywające zaledwie pośladki. Zawsze w takiej sytuacji marzę o jednym – żeby jej tak coś upadło na podłogę ;) (myślę, że każdy się domyśla dlaczego). Nie muszę nawet zgadywać jaki jest kolor bielizny, którą mają na sobie owe „damy” – spod skąpej bluzeczki wystają bowiem ramiączka, a nawet fragmenty miseczek. Przyglądam się z lekkim zażenowaniem – moje spojrzenie musi być równie dziwne, jak spojrzenie tych wszystkich przechodniów na widok młodej kobiety ubranej w jeansową marynarkę. Przecież panuje upał... ciekawe, w co ubrałyby się (o ile w ogóle by się ubrały) te wszystkie dziewczyny będąc w Kairze, gdzie od dwóch miesięcy temperatura przekracza 30 stopni Celsjusza?
Nie zamierzam tutaj nikogo ani urazić, ani obrazić, ale muszę przyznać, że zdecydowanie bardziej komfortowo czuję się na ulicach Kairu. Przynajmniej tam nikt mnie nie zmusza do oglądania nie zawsze zgrabnych, nagich łydek i ud, czy też wszechobecnego na ulicach polskich miast (i wsi) cellulitu. 

22 sierpnia 2011

Wakacje w Polsce – długa podróż


18 lipca 2011; godzina 20:00

Po ponad pięciu miesiącach spędzonych w stolicy kraju faraonów, postanowiłam zrobić sobie „małe” wakacje w Polsce. O 3 w nocy z 16 na 17 lipca wsiadłam do samolotu i wyruszyłam w długą drogę do Poznania. Odległość jaką miałam do pokonania wynosi zaledwie 3000 kilometrów, ale czas jaki musiałam poświęcić na podróż wyniosła prawie 15 godzin. A wszystko dlatego, że zamiast skorzystać z oferty niemieckich bardzo znanych linii lotniczych, wybrałam nasze polskie, z przesiadką w Warszawie. Na lotnisku w stolicy wylądowałam o siódmej rano, po czterech godzinach lotu. Po dwóch kolejnych dowiedziałam się, że samolot do mojego rodzinnego Poznania, z powodów technicznych, został odwołany. Przewoźnik zaproponował nam przejazd autobusem lub też oczekiwanie na kolejny samolot, który miał wystartować o godzinie 16:30, co oznaczało, że do odlotu pozostało mniej więcej siedem godzin. A więc spędziłam na lotnisku w stolicy dłuuuuugie dziewięć godzin. 

Przedłużanie wizy, czyli podwyżki cen


13 lipca 2011; godzina 12:00

W związku ze zbliżającym się terminem wygaśnięcia ważności mojej wizy, zostałam zmuszona do odwiedzenia budynku Mogammy na Placu Tahrir. Zdarzyło się to mniej więcej dwa tygodnie temu, kiedy sytuacja w centrum Kairu przedstawiała się całkiem normalnie i spokojnie. A jednak te dwa tygodnie, które musiałam czekać na przyznanie mi nowej wizy, zmieniły oblicze miasta. Po odbiór kolejnej wizy miałam się zgłosić w niedzielę, 10 lipca, co po piątkowych protestach zorganizowanych na Placu Wyzwolenia, okazało się niemożliwe. Na Tahrir wciąż pozostawali demonstranci, którzy zablokowali tę część miasta na kilka, a nawet kilkanaście dni. Także budynek Mogammy pozostawał zamknięty, co całkowicie uniemożliwiało mi przedłużenie wizy. Nie stanowiłoby to większego problemu, gdyby nie fakt, że miałam już wykupiony bilet na samolot do Polski (na 17 lipca) i bałam się problemów związanych z brakiem ważnej wizy jakie mogły mnie spotkać na lotnisku. Tak więc codziennie rano odbywałam spacer na Plac Tahrir, który miał na celu sprawdzenie, czy Mogamma nadal pozostaje zamknięta.
Po trzech kolejnych dniach sytuacja w centrum miasta zmieniła się o tyle, że otwarto urząd, a więc mogłam przedłużyć wizę. W związku ze zbliżającym się wyjazdem do Polski złożyłam wniosek o przyznanie mi wizy na miesiąc. Jak duże było moje zdziwienie, kiedy Egipcjanka w średnim wieku oznajmiła mi, że muszę zakupić znaczki skarbowe o wartości 53 funtów – a więc o wartości, która przedłuża wizę o całe sześć miesięcy. Próbowałam jej wytłumaczyć, że potrzebuję wizę tylko na jeden miesiąc, która kosztuje niecałe 4 funty, ale kobieta nie posługiwała się językiem angielskim. Powtarzała tylko „53 funty, 53 funty...”. Nie miałam wyjścia; musiałam zapłacić całe 50 funtów więcej niż dotychczas, a wizę otrzymałam i tak tylko na miesiąc. Taka podwyżka cen ze względu na ogólną sytuację w Egipcie... tylko nie bardzo rozumiem, jak to się wiąże z jednym z haseł Rewolucji dotyczącym walki z korupcją?! 

11 lipca 2011

Nadchodzi rewolucja?

11 lipca 2011; godzina 18:00

Z założenia blog miał dotyczyć życia codziennego w stolicy kraju faraonów, miał przybliżać kulturę i tradycję Egiptu, miał ukazywać jego mieszkańców. I absolutnie nie miał być blogiem politycznym! Jednak sytuacja, w której znajduje się obecnie Egipt zmusza mnie do skorygowania pierwotnych założeń, więc zamiast o codziennym życiu, będzie trochę o polityce. Nie zamierzam dokonywać dogłębnych analiz życia politycznego, nie zamierzam oceniać ani byłego prezydenta, ani partii politycznych i systemu, jaki tu panował, nie będę również prowadziła rozważań na temat tego, co wydarzy się po wyborach i która z partii zdobędzie większość parlamentarną. Powyższe rozważania pozostawiam arabistom.
Trudno jednak pisać o życiu w Kairze zapominając lub nie zauważając tego, co aktualnie dzieje się w centrum tego miasta. A wyczuwa się nadchodzącą kolejną rewolucję... Od piątku, a właściwie od czwartkowego wieczoru, na Placu Wyzwolenia po raz kolejny gromadzą się protestujący, po raz kolejny powstało „miasteczko namiotowe”, ulice dochodzące do Placu są zamknięte dla ruchu samochodowego, a każdy, kto ma ochotę znaleźć się wśród protestujących jest legitymowany i przeszukiwany. Tylko policja i armia pozostają z boku, aby nie prowokować, nie wywoływać agresji i nie doprowadzić do sytuacji, w której na ulicach Kairu zginą kolejni Egipcjanie, walczący o przyszłość kraju i swoich dzieci. Jeśli chodzi o hasła, które pojawiają się na ustach protestujących, to niewiele się zmieniło przez ostatnie kilka miesięcy – wciąż żądają godnej pracy i płacy, sprawiedliwego traktowania, zbudowania zaplecza socjalnego dla najuboższych, wprowadzenia demokracji i wolnych wyborów. Poza tym żądają, aby wojsko, które 11 lutego 2011 roku objęło dowództwo nad krajem, rozpoczęło wprowadzać obiecywane pięć miesięcy temu zmiany, szczególnie zmiany w konstytucji. Żądają również ukarania wszystkich, którzy ponoszą odpowiedzialność za strzelanie do demonstrantów podczas Rewolucji – według oficjalnych źródeł na ulicach Egiptu zginęło wówczas 846 osób. Czy obecne protesty przemienią się w kolejną rewolucję, czy wojsko spełni żądania i oczekiwania Egipcjan? Trudno powiedzieć. Tak naprawdę nikt nie wie, co wydarzy się za godzinę, za dwie, jutro... pozostaje nam czekać i mieć nadzieję, że Rewolucja przyniesie ze sobą zmiany w tym kraju, i że będą to zmiany na lepsze. Pozostaje wierzyć, że śmierć 846 demonstrantów miała sens...

więcej o obecnej sytuacji w centrum Kairu na stronach arabia.msn.com (w języku angielskim)


5 lipca 2011

Początek lipca w Kairze

05 lipca 2011; godzina 21:45

W centrum Kairu wciąż jest niespokojnie. Na Placu Wyzwolenia znów zbierają się protestujący, znów stoją namioty, wciąż słychać karetki pogotowia. Słychać też skandujących ludzi. Dni zaczynają przypominać te z początku rewolucji... czyżby miała być następna?

29 czerwca 2011

Niespokojna noc w centrum Kairu

29 czerwca 2011, godzina 16:00

Dzień zapowiadał się całkiem normalnie i nic nie wskazywało na to, że zakończy się najbardziej pozbawioną sensu nocą, jaką miałam okazję przeżyć. W związku ze zbliżającym się terminem wygaśnięcia mojej wizy, musiałam wybrać się najbrzydszego, najbardziej nielubianego i chyba najgorszego budynku w tym mieście, czyli do Mogammy. Plac Tahrir, na którym zlokalizowany jest urząd, wyglądał całkiem spokojnie. Jedyną zmianą, jaka mnie napotkała podczas składania formularza dotyczącego przedłużenia wizy, była dodatkowa kontrola paszportu, którą przeprowadzał oficer policji. Poza tym wszystko było jak zawsze. Po 25 minutach czekania przy okienku, usłyszałam, że mam się stawić za dziesięć dni po odbiór specjalnej naklejki – wizy do paszportu.
Popołudnie i wczesny wieczór właściwie też były całkiem normalne... do czasu. O godzinie 21:30 usłyszałam dochodzące zza okna krzyki protestujących, ale właściwie to też nie stanowiło niczego nadzwyczajnego. Od kilku miesięcy ulicami Kairu maszerują demonstranci, którzy domagają się przeprowadzenia zapowiadanych w czasie Rewolucji, zmian w Konstytucji. Kiedy po raz kolejny przez ostatnie pięć miesięcy usłyszałam krzyki, nawet nie podeszłam do okna. Ale kiedy około godziny 22:00 postanowiłam jednak sprawdzić, co dzieję się na ulicy, przy której mieszkam, zobaczyłam coś, czego się absolutnie nie spodziewałam zobaczyć. I tak, jak o godzinie 22:00 wyszłam na balkon, tak pozostałam na nim przez kolejne 14 godzin (z małymi przerwami, kiedy dużo bezpieczniejsze było pozostawanie wewnątrz hotelowego  pokoju).
Trudno mi nawet nazwać to, co wydarzyło się tej nocy, ale obrazek był identyczny z tym, jaki pozostał mi w pamięci z wydarzeń sprzed pięciu miesięcy (28 stycznia 2011 roku). W każdym razie przez kolejne 14 godzin na ulicy, przy której mieszkam i która jest jedną z głównych ulic dochodzących do Placu Tahrir, trwała regularna bitwa pomiędzy rozkrzyczanym i rozzłoszczonym tłumem dwudziestolatków, a policją. 14 godzin nieustających krzyków, wzajemnego obrzucania się kamieniami i „koktajlami Mołotowa”, nieustających strzałów, unoszącego się w powietrzu gazu łzawiącego. Przez 14 godzin policja nie była w stanie zmusić tłumu rozzłoszczonej młodzieży do rozejścia się... przez 14 godzin na ulicach centrum miasta nie pojawiło się wojsko, które jest odpowiedzialne za bezpieczeństwo.
Z pewnością te 14 godzin złożyło się na najbardziej bezsensowną noc w moim życiu – bo gdyby tak zapytać tę młodzież, o co walczą, to pewnie nawet nie umieliby odpowiedzieć. Jaki był powód, jaki był sens nocnych starć z policją? Ja nie wiem...
Teraz jest godzina 16:00 – na ulicy leżą porozrzucane śmieci, kamienie, gruz. Miedzy tym spacerują ludzie... i fotografują... nikt nie sprząta, nikt nie otwiera swojego, w pośpiechu zamkniętego wczoraj wieczorem, sklepu. Nie ma też samochodów... jest cicho, pusto i spokojnie. Kair.... a czuję się jakbym była w zupełnie innym mieście. 

Pająk i ja

12 czerwca 2011, godzina 04:30

Znów nie mogę spać. Ja nie wiem jak to jest, że nagle z dnia na dzień człowiek tak po prostu zmienia swoje przyzwyczajenia. W Polsce nie do pomyślenia, żebym nie położyła się do łóżka przed pierwszą w nocy, a tutaj... o tej porze zaczynam życie. Może to sprawa klimatu? W końcu z domu wychodzę dopiero wieczorem, bo wcześniej można się najzwyczajniej ugotować. Ale dzisiaj nie będzie o pogodzie.
Jak wspomniałam, nie mogę spać. Jest czwarta nad ranem, a więc za oknem wciąż jeszcze jest ciemno. Znużona czekaniem na sen, postanawiam wstać z łóżka i spędzić trochę czasu z laptopem... może jakoś sen sam przyjdzie. Zapalam małą nocną lampkę i w tej samej sekundzie dostrzegam na ścianie pająka – mutanta. Ma duży, okrągły i gruby brzuch oraz bardzo cienkie nóżki. Jego średnica wynosi tak mniej więcej 8cm... skrada się w ciemności po ścianie wprost do mojego łóżka. Wyskakuję z pościeli jak oparzona, najchętniej zaczęłabym krzyczeć, ale na szczęście, pamiętam, że jest środek nocy. W pośpiechu chwytam laczek i zamierzam się w pająka. W tym samym momencie intruz skacze wprost do mojego łóżka. Nie, tego już za wiele! W ułamku sekundy zapalam światło, które pozwoli mi zobaczyć więcej, niż tylko fragment mojego łóżka i właściwie w tym samym ułamku sekundy rozglądam się po pościeli. Trudno jednak dostrzec czarnego pająka w równie czarnej pościeli. Chwytam delikatnie za róg kołdry i równie delikatnie potrząsam, żeby dostrzec choćby najmniejszy ruch intruza. Pająk po raz kolejny daje mi do zrozumienia, że skoki w dal nie stanowią dla niego żadnego problemu i kieruje się prosto we mnie. Odskakuję, jakby chciał mnie zabić – chociaż może tak właśnie jest, w końcu nie zapytałam o jego zamiary związane z moją osobą. Pająk – mutant spada na podłogę. I wtedy zadaję śmiertelny cios, a szczerze mówiąc, to aż cztery ciosy! Już nigdy więcej nie zakradnie się nocą do mojego łóżka.  

20 czerwca 2011

41 stopni w cieniu

10 czerwca 2011, godzina 13:00

No to mamy w Kairze pełnię lata, co oznacza, że temperatura za oknem przekroczyła magiczne 40 stopni Celsjusza. I chociaż okna mojego pokoju wychodzą na północ, a więc słońce tu raczej nie zagląda, wytrzymuję na balkonie nie dłużej niż kwadrans. Czuję się, jakby ktoś wsadził mnie do dużego garnka i postanowił ugotować na obiad. Powietrze jest gorące i duszne, a wiatr, który zazwyczaj przynosi ukojenie, pali skórę. Po piętnastu minutach poddaję się i wracam do klimatyzowanego pokoju. Ale owe piętnaście minut nie było bynajmniej czasem straconym, udało mi się bowiem poobserwować mieszkańców Kairu, a raczej mieszkanki. Egipt jest krajem muzułmańskim i jak wiadomo szanująca się kobieta nie powinna pokazywać obcym mężczyznom swojego ciała. Kraj faraonów nie jest co prawda tak rygorystyczny pod tym względem jak Iran, czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, ale jednak ciało kobiety powinno pozostać zakryte. I tak mamy pełnię lata, czterdzieści stopni Celsjusza, a kobiety spacerujące po ulicach, w żadnym wypadku nie mogą odsłonić ani ramion, ani nóg. Oczywiście, nie wszystkie przedstawicielki płci pięknej zakrywają całe ciało, od przysłowiowych stóp do głów, ale jednak żadna z nich (nawet te z młodszego pokolenia) nie ubiorą się w top na cienkich ramiączkach, czy też spódnicę krótszą niż do kolan (a właściwie większość pań nosi spódnice do kostek). Większość muzułmanek szczelnie zakrywa również swoje włosy i szyję – aby nie prowokować mężczyzn. Ale są również kobiety, które mimo upału panującego w Kairze, zakrywają całe swoje ciało i jedyne, co pozostaje odsłonięte, to piękne, czarne oczy.
Ja jestem ubrana w długą spódnicę oraz bluzeczkę z krótkim rękawem i mimo, iż nie wystawiam się na działanie promieni słonecznych, wytrzymuję na balkonie kwadrans. Kwadrans, po którym najchętniej wskoczyłabym pod zimny prysznic, albo zjadła ogromną porcję zamrożonych lodów. Nie mam pojęcia, co czuje kobieta zmuszona do przebywania na słońcu (bo przecież trzeba zrobić zakupy, bo trzeba odebrać dzieci ze szkoły...), zakryta od stóp do głów. Ale jedno wiem na pewno – nigdy się o tym nie przekonam. 

Atak na siedzibę policji

03 czerwca 2011, godzina 23:00

I znów piątek, i znów protesty w centrum Kairu. Z balkonu hotelu, w którym mieszkam niby wszystko wyglądało normalnie, jak w każdy inny dzień. Było całkiem spokojnie, nawet nie zamknięto dzisiaj naszej ulicy, a przecież dochodzi do Placu Wyzwolenia. A jednak nie było spokojnie, nie było bezpiecznie i nie było normalnie. Zamieszki miały miejsce wokół głównej siedziby policji przy ulicy Ramsees (w pobliżu dworca kolejowego) – jednej z głównych ulic łączących Downtown z pozostałymi dzielnicami Kairu po tej stronie Nilu. I znów rzucano kamieniami, „koktajlami Mołotowa”, i znów było niebezpiecznie. 

19 czerwca 2011

Modlitwa na Placu Tahrir

27 maja 2011, godzina 22:30

I znów protesty w centrum Kairu. Po wspólnej modlitwie na Placu Tahrir, mieszkańcy znów demonstrują na ulicach – domagają się, aby armia, która przejęła pełnię władzy w tym kraju, zaczęła wprowadzać obiecywane zmiany w konstytucji. I znów, jak prawie w każdy piątek, ulice prowadzące na Tahrir zostały zamknięte dla ruchu samochodowego, i znów było słychać rozkrzyczany tłum. A wieczorną ciszę ponownie przerwał odgłos strzałów z policyjnej ( albo wojskowej) broni.